Przed maturą

 Tadeusz
W średniej szkole, po początkowych miesiącach euforii stawania się młodzieżą, moje zainteresowania sporo odskoczyły od szkoły. Lekcje poszły na dalszy plan, przedmioty, zwłaszcza takie jak geografia, chemia, historia, języki czyli wymagające więcej zapamiętywania niż rozumienia stawały się po prostu pracą do odrobienia, polem kalkulacji średniej otrzymanych ocen. Nie przeżywałem zainteresowania biologią, ale nie wiem dlaczego – to były sprawy jednak dość ciekawe, nowe, logiczne, i nawet z materiału zapamiętałem do dziś dużo. Wbrew swej specyfice język polski nie stanowił dla mnie przedmiotu przydatnego do przemyśleń – zupełnie absurdalnie był całkowicie oderwany od książek czytanych poza szkołą. Lektury czytane były na zasadzie odrabiania słupków z działaniami arytmetycznymi w podstawówce. W wypadku wielotomowych lektur moja nonszalancja i lenistwo powodowały czytanie tylko skrajnych tomów! Ale i tak w stosunku do dzisiejszych wymagań to przeczytałem bardzo dużo – podobno teraz trzeba tylko niewielki fragment przeczytać i zrozumieć. Nasze prace domowe były bardzo schematyczne – kolega Krzysiek Zając wywołany do odczytania zadanego wypracowania odczytał tekst z zeszytu choć go w nim nie miał. Zaimprowizował tak skutecznie, że nie został przyłapany. Każdy z nas wiedział kto wielkim poetą był i dlaczego. Przy okazji – Ferdydurke wówczas była znana tylko nielicznym koneserom literatury, a sam Gombrowicz w spisie pisarzy częściowo zakazanych.
Od tych moich karygodnych postaw wobec szkolnej wiedzy humanistycznej  odrębny był stosunek do matematyki i fizyki. Matematyka z całkowitą nowością czyli trygonometrią i jej zastosowaniem do obliczeń przestrzennych dawała poczucie przeżywania przygody, wywoływała ambicje gry z partnerem w postaci zadania – szukania niewiadomych jakiegoś splotu równań lub znalezienia parametrów przestrzennej figury. Oczywiście bez przesady – nie garnąłem się do dodatkowych zadań. 
Fizyka, ściślej jej program szkolny, była w tamtym czasie w fazie jakby dojścia do celu w opowiadaniu świata, jego budowy. Zjawiska elektryczne przy odpowiednim odkryciu analogii do prostej mechaniki stawały się oszałamiająco proste. Atomistyka była klarowna, prosta, piękna w swej zrozumiałej strukturze. Jeszcze do programów szkolnych nie weszły dziwne i do dziś nieukończone odkrycia kwantowe. Zrozumienie świata przy pomocy narzędzi Newtonowskich było dla nastolatka dostępne, medialne nowości były intrygujące. Rozszerzanie wiadomości szkolnych przez systematyczne kupowanie i wręcz studiowanie takich czasopism jak Młody Technik i Radioamator szkołę i dom łączyły, uzupełniały. To był w tamtym czasie mój jedyny teren wspólny uczenia się i rozrywki jednocześnie.
Inne pozaszkolne zajęcia nie miały już tak pożytecznego charakteru. Poza rozrywkami banalnymi jak kino, flirty, poważniejsze książki, ale też kryminały (pojawiły się tłumaczenia np. Conan Doyle’a, seria z kluczykiem itp.) prawdziwie mnie zajmowały, a dokładniej bardzo dużo czasu zabierały brydż i filatelistyka.
O brydżu Lech trochę wspominał. Dodam, że brałem nawet raz udział w zawodach sportowych gdy kielecka drużyna przy Wojewódzkim Domu Kultury miała jakieś kłopoty z zawodnikami. Ale bez sukcesów, które bym zapamiętał. W owym czasie brydż opanował całą populację inteligencji, rodzice grali z dziećmi, różnice w poziomie umiejętności nie zawsze były jaskrawe. Gdzie było to możliwe czytałem teksty o brydżu, jakieś kąciki w czasopismach, fragmenty z podręcznika Ely Culbertsona, nowinki licytacyjne typu pytania o asy Blackwooda. Najważniejszym źródłem zasad gry był jednak Ostaś, jego rodzice byli źródłem pierwotnym – i nic dziwnego bo to było małżeństwo inżyniera i głównej księgowej! Dopiero w 1959 wyszła najlepsza polska książka o brydżu Bogusława Seiferta. Ale na zawsze pozostałem przy naturalnym systemie Culbertsona. Systemy licytacji nowe i sztuczne, skuteczne przy ustalonych składach, uniemożliwiały grę towarzyską z przypadkowymi partnerami. 
Zbieranie znaczków jak to już wspominałem, zaczęło się w szkole podstawowej. Wtedy była to przede wszystkim lekcja geografii i nazw w językach obcych, nieco zwierzątek egzotycznych i portretów monarchów i prezydentów, zabawa egzotycznymi obrazkami. W liceum byłem już członkiem młodzieżowego koła Związku Filatelistów Polskich! Miałem cotygodniowe spotkania, kupowałem rozszerzony abonament polskich nowości. Ale największą zmianą była wymiana listów z zagranicą. Przypadkowo zdobyty adres w jakimś biuletynie owocował dziesiątkami kontaktów. Przeważnie kończyły się one wysłaniem polskich znaczków bez żadnego rewanżu. Niekiedy jednak dochodziło do wielokrotnej korespondencji, wzajemnych drobnych prezentów np. kawy Neski (to była całkowita nowość u nas), wiecznego pióra, no i oczywiście znaczków. Miałem zaprzyjaźnionego filatelistę w Anglii, oto list od niego z sierpnia 1957, na kopercie pełna, nowo wydana seria znaczków. Taka koperta z pierwszego dnia obiegu miała większa wartość nawet niż znaczki niekasowane.

Uczenie się angielskiego dawało owoce, namacalne i konkretne. Parę miesięcy temu dostałem od 
internauty zdjęcie innej koperty będącej spadkiem po jego ojcu – list jest do mnie z 1958 roku!

Jako już doświadczony filatelista wybrałem specjalizację – Polska międzywojenna, ściślej – lata 1860-1944. Zbieranie wszystkiego to dziecinada. Najczęstsze było zbieranie jakiegoś tematu np. zwierzęta, sport, kwiaty. Zagraniczne znaczki wymieniałem lub sprzedawałem. Moja kolekcja Polski rosła. Gdy kilkanaście lat temu żegnałem się w okresie kłopotów finansowych ze swym zbiorem, miałem komplet wydań oficjalnych bez 3 pozycji – ale one miały wartość nowego samochodu średniej klasy. Miałem nawet słynny nr 1 czyli znaczek Królestwa Polskiego z 1860 roku! Filatelistyka, jak każde kolekcjonerstwo,  ma tę cechę, że nie ma końca zbierania, po zdobyciu wydań podstawowych dochodzą odmiany, błędy, stemple, datowniki… Ale to temat rzeka i nie nadaje się do wspomnień. 
W przeciwieństwie do Lecha zupełnie nie interesował mnie ani sport ani wydarzenia polityczne. Mgliście pamiętam Królaka, który wygrał Wyścig Pokoju i Sidłę. Imprezy sportowe poznawałem dzięki seriom znaczków z ich okazji wydawanych. Krzesińską znam ponieważ  do serii olimpijskiej z olimpiady w Melbourne dodany został znaczek z  wydrukowanym jej wynikiem w skoku w dal. Oczywiście wówczas wiedziałem o sukcesach, medalach, ale szybko takie informacje wypadały mi z pamięci. 
Rozbuchane rozrywki pozaszkolne zaowocowały bardzo wyraźnie i bardzo boleśnie. W połowie X klasy zorientowałem się, że niemal nieuchronnie  grożą mi trzy dwóje (dzisiejsza jedynka) i pozostanie na drugi rok. To byłaby dla mnie klęska niedopuszczalna, niewyobrażalna. Miałem wpojone przez mamę przeświadczenie, że tym stróżem u Maćka niechybnie zostanę jeżeli szkołę zawalę. W tamtych strasznych komunistycznych czasach podręczniki były szare, brzydkie, marnie oprawione. Ale miały pełną potrzebną wiedzę wymaganą do dowolnie dobrej oceny podaną w sposób jasny, zrozumiały. Wystarczyło się z nich nauczyć! Przysiadłem więc fałdów. Udało się. W X klasie kończyły się dwa przedmioty – chemia i geografia, stopnie z nich przechodziły na świadectwo maturalne. Chemię dociągnąłem do czwórki, ale geografia została jako jedyna trója na maturze. Wyjaśnienie dla młodzieży – wówczas funkcjonowały trzy stopnie pozytywne – trójka, czwórka i piątka.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s