Klasa czwarta – zima i wakacje

Lech 1949 Lech

Zima.
Och co to były za zimy! Poważne opady śniegu zaczynały się w połowie grudnia. Na Święta wszystko było przykryte grubą warstwą śniegu. Mielśmy podwójne okna. Na tych zewnętrznych zakwitały lodowe kwiaty. Trzeba było w nich wyskrobać niewielką szczelinę żeby zobaczyć wskazania termometru.
Na ulicach brzęczały dzwonki sań. Nikt nie zawracał sobie głowy odśnieżaniem ulic czy chodników. Droga do szkoły to była jedna wielka ślizgawka. Nie trzeba było wiele. Dzieci idące do szkoły co chwila podbiegały kilka kroków i śilzgały się po śniegu. Po kilkunastu minutach takiego traktowania wyślizgany śnieg zamieniał się w czarny, błyszczący lód. Podczas powrotu do domu miałem na trasie kilkanaście pięknych ślizgawek.
Na Placu Obrońców Stalingradu była jeszcze większa atrakcja. Na wschodniej stronie placu było spore wzniesienie, na którym powstawało kilka całkiem długich ślizgawek, na których można było rozwinąć sporą prędkość.
W czwartej klasie dostałem łyżwy śnieżki…

Łyżwy

Źródło: Wikipedia.

Nie, nie, źle! Google – najwyższy autorytet w dziedzinie faktów – nie potrafił znaleźć śladu informacji o łyżwach śnieżkach.
A były. A więc UWAGA – tego czym TUTAJ piszę możecie dowiedzieć się tylko w tym miejscu! Również Tadek relacjonował to kilka dni temu w komentarzu.
Moje łyżwy i buty były podobne do tych na zdjęciu, ale były mocowane do obasa w inny sposób. W obcasie szewc robił spore wglębienie i przybijał na nim blaszkę. Łyżwa miała z tyłu specjalną końcówke, którą wkładało się w otwór w blaszce, przekręcało się łyżwę i trzymała się jak przykuta.
Szczękowe uchwyty obcasów, takie jak na powyższym zdjęciu, spotykało się w łyżwach śnieżkach nieco innego kształtu. Matka nazywała je turfle. Google nazywa je uparcie mutant Ninja turtles.

Na łyżwach śnieżkach można było w zimie jeździć wszędzie. Oczywiście jeździłem na nich do szkoły. Jeździło się po chodniku. Na jezdnię zjeżdżało się gdy była okazja doczepić się z tyłu do sań.
Tadek już pisał o tym w komentarzu, ale to są informacje tak cenne, że przeniosłem je do wpisu – może teraz google znajdzie.
Oczywiście najlepiej było jeździć na ubitym i wyślizganym zboczu na Placu Obrońców Stalingradu.

W czwartej klasie po raz pierwszy doczekałem w szkole do końca roku i rozdania świadectw. Po raz pierwszy na świadectwie były oceny inne niż bardzo dobry – KLIK.

Ciocia Stasia uznała, że wakacje w gronie dzieci opóźnionych umysłowo już nie dla mnie i Matka miała kłopot ze znalezieniem innego miejca. W końcu pani Sz, u której się stołowałem załatwiła mi wakacje u swojej rodziny zamieszkałej w Pieszycach na Dolnym Śląsku.

Rano przyjechaliśmy do Pieszyc. Pierwsza rzecz jaką zauważyłem to, że na słupach ogłoszeniowych, obok oficjalnych komunikatów w języku polskim, wisiały ogłoszenia drukowane jakimiś kanciastymi hieroglifami.
– To po niemiecku? – spytałem.
– Nie, to po żydowsku – brzmiała odpowiedź, która mnie bardzo zdziwiła.

Pieszyce nie zrobiły na mnie żadnego wrażenia. Wiele lat później dowiedziałem się, że wraz z sąsiednim Dzierżoniowem i Bielawą tworzą one trójmiasto, któremu nadano pieszczotliwą nazwę – PierDzieLawa.

Na miejscu okazało, że moi opiekunowie mają syna – chyba Andrzeja – starszego ode mnie o dwa lata. Andrzej już mnie wyczekiwał i wkrótce wziął mnie na eskapadę do miejscowego zamku – KLIK.
Celem wyprawy było wypróbowanie modelu samolotu zbudowanego przez Andrzeja. Zamek był najwyższym budynkiem w Pieszycach i Andrzej chciał puścić samolot z wieży.
Zamek był zamknięty, ale Andrzej znał wejście do piwnic przez rozbite okno. Z piwnicy dostaliśmy się na salony. Bardzo obawiałem się, że zaraz ktoś nas złapie, Anrzej uspokajał mnie zapewniając, że zamek jest całkiem opuszczony
Przechodziliśmy przez ogromną salę, pewnie sala balowa. Dekoracyjne parkiety a na nich składnica maszyn rolniczych.
Wdrapaliśmy się na najwyższą wieżę, otworzyliśmy okno i Andrzej puścił swój model. Niestety samolot był chyba za ciężki bo szybko stracił nośność i spadł na dach. Nie było sposobu żeby go odzyskać.

Za kilka dni dołączył do nas kuzyn Andrzeja i razem spędzaliśmy czas.
Jak? Nie pamiętam, ąle na pewno byłem z ich towarzystwa zadowolony. Obaj lubili książki i podsunęli mi nowe lektury. Sporo z nich to były książki radzieckich autorów, jedyna która pamiętam to Opowieść o prawdziwym człowieku – KLIK – historia lotnika z czasów II Wojny Światowej, który pilotowal samolot mimo amputacji obu nóg.

Pamiętam, że chodzilismy razem do kina. A pamiętam dlatego, że któregoś dnia Andzrej przybiegł zdenerowowany – musimy koniecznie zobaczyć film, który właśnie grają bo to jest ostatni czeski film.
Ostatni czeski film? To była smutna wiadomość, czeskie filmy bardzo mi się podobały. Nie bardzo wierzyłem, ale gdy pospieszyliśmy pod kino na plakacie widniało czarne na białym -Statni Cesky Film *. Obejrzeliśmy, Andrzej chyba nawet dwa razy. Bardzo się zdziwiłem gdy kilka miesięcy później, w Kielcach, zobaczyłem plakat innego czeskiego filmu. I też był „ostatni”. Uznałem to za typowo czeski trick reklamowy.

W Pieszycach nabyłem ważną umiejętność – nauczyłem się pływać.
Do tego czasu nie miałem wiele kontaktu z wodą i brak umiejętnoścui pływania mi nie przeszkadzał. W Pieszycach mieszkał z nami wujek Andrzeja i on zaczął mnie uczyć bardzo systematycznie.
Najpierw strzałka, potem nurkowanie. A potem wystarczy tylko dodać ruchy rąk i płynąłem. Nie mogłem uwierzyć, że to takie proste. Byłem bardzo dumny – opanowałem wysoko cenioną wśród moich kolegów umiejętność. I to naprawdę dobrze opanowałem.
Przywiązałem się też do tego wujka. Chyba wtedy po raz pierwszy poczułem, że dobrze byłoby mieć w gronie bliskich osób jakiegoś mentora – mężczyznę.

* Statni znaczy po czesku państwowy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s