1982 – Nowy Jork

Dojechaliśmy do Niagara Falls. Nie wiem gdzie podziali się ci zapowiadani motorowodniacy i Baptyści bo wszędzie była masa wolnych kwater. Na szczęście nasza była bardzo porządna.

Większość pierwszego dnia spędziliśmy na wycieczce historycznej. Była ciekawa i bardzo dobrze zorganizowana, ale dzieci pewnie wolałyby posiedzieć nad wodą.
Wieczorem pojechaliśmy obejrzeć wodospad w nocy. Posłuchałem instrukcji pana w punkcie informacyjnym.
Jechaliśmy do wodospadu wzdłuż długiego muru. Gdy dojechaliśmy do bramy z tabliczką Water Authority – Unauthorised access prohibited  – nacisnąłem lekko bramę a ta otworzyła się bez trudu. Wjechaliśmy. Szosa prowadziła w dół i wkrótce zamieniła się w betonowy kanał. Z boku tabliczka – Danger! Water can be flushed down without warning.
Przypomniał mi się film Chinatown i scena spuszczania wody ze zbiornika. Toż tutaj też w każdej chwili mogą spuścić wodę. Poleciłem Sylwii i dzieciom wysiąść z samochodu, sam podjechalem pod najbliższy most żeby ukryć samochód przed okiem gapiów i policji. Wdrapaliśmy się pod bardzo stromą górę, przeszliśmy przez niski płot i rzeczywiście byliśmy w najlepszym miejscu do podziwiania wodospadu. Inna rzecz, że mnie drążył niepokój czy samochód jeszcze nie został spłukany, czy brama jest nadal otwarta.

Następnego dnia wybraliśmy się zobaczyć wodospad za dnia.
Najpierw wycieczka statkiem. Następnie spacer po pomoście po wewnętrznej stronie wodospadu – między brzegiem a masami spadającej wody.

Kolejny etap wyprawy to Nowy Jork. Jechaliśmy znowu przez tak piękne okolice, że żal nam było, że nie mogliśmy się zatrzymać tam na dłużej. Szczególnie przypadły nam do gustu Finger Lakes – KLIK. Kaskady w parku Watkins Glen podobały nam się bardziej niż Niagara…

LUSA21

Bardzo podobały nam się mijane niewielkie miejscowości. Porządne, kolorowe, o przyjaznej atmosferze. Podczas jednego z postojów znaleźliśmy się w pobliżu sporego parkietu tanecznego pod dachem. Tabliczka informowała, że praktyki square dances odbywają się dwa razy w tygodniu o 5. Square dances – co to może być? Za chwilę zobaczyliśmy na własne oczy – KLIK.

Jedną noc spędzilismy na campingu. Zauważyliśmy tam młode małżeństwo szykujące sałatkę z pomidorów.
– Popatrzcie, sałatka z pomidorów, jak w Polsce – zauważyła na głos Sylwia.
– Bo my jesteśmy z Polski – padła odpowiedź.
Przysiedliśmy się. Przypadkowi znajomi mieszkali w Nowym Jorku, podali nam swój numer telefonu, który okazał się być bardzo przydatny.

Wreszcie Nowy Jork. Starannie sprawdzałem na mapie drogi wjazdowe obawiając się jazdy w tak wielkim mieście. Nie po raz pierwszy podczas tej wycieczki wszystko się jakoś pokręciło i zobaczyłem tablicę informacyjną – Harlem. Poleciłem pasażerom zamknąć okna, zablokować drzwi i unikać kontaktu wzrokowego z przechodniami. Nie na wiele to pomogło bo oto stanęliśmy w korku na światłach. Między samochodami kręcili się potężnie zbudowani Murzyni oferujący wymycie okien. Co robić? Poleciłem Sylwii żeby dyskretnie dała mi dwa dolary. Za chwilę do samochodu podszedł zmywacz, zapukał w okno, uśmiechnął się szeroko. Nie było szansy na ucieczkę, skinąłem głową z aprobatą. Zgrabnie wymył  przednią szybę. Z duszą na ramieniu uchyliłem okno
– Ile się należy?
– Co łaska. Witam w Nowym Jorku!
To już chyba nic złego nie może nas w tym mieście spotkać.

LUSA25

Joe Kubiak zarezerwował nam pokój w hotelu bardzo blisko samego centrum Nowego Jorku. Odwiedzaliśmy kolejno najbardziej znane miejsca – Liberty Island, Rockefeller Center, St Patrick Cathedral, Time Square, Twin Towers gdzie podziwialiśmy panoramę miasta z najwyższych pięter.

Odwiedziliśmy Central Park gdzie akurat odbywał się koncert symfoniczny na świeżym powietrzu. W bocznej alejce spotkaliśmy patrol policji na koniach. Rozmawiali z panem, który został przed kilkoma minutami obrabowany.
Oczywiście skontaktowaliśmy się z poznanymi na campingu Marianem i Wandą. Wanda zaproponowała nam wizytę w miejscu, o którym nigdy nie słyszeliśmy – The Cloisters – KLIK – muzeum w budynku skonstruowanym z fragmentów starych europejskich opactw…

LUSA31

Ostatni wieczór spędziliśmy z Joe Kubiakiem i jego dziewczyną. Dzieci zostawiliśmy w hotelu i poszliśmy na obiad do restauracji a potem na koncert symfoniczny do Lincoln Center. Pamiętam, że w repertuarze był koncert na wiolonczelę A. Dworzaka.

Ostatnie dwa dni pobytu zamierzaliśmy poświęcić cioci Krysi. Na mój list pisany jescze z Kuwejtu nie odpowiedziała. Natychmiast po przyjeździe do USA zadzwoniłem do niej, była bardzo zdenerwowana i powiedziała, że w żadnym wypadku nie możemy się spotkać.
Rozumiałem to, toż to była zawsze przysłowiowa ciocia z Ameryki. W wyniku szeregu niepomyślnych wydarzeń znalazła się na starość w dość skromnym domu dla starszych osób, nie chciała być widziana w takiej sytuacji.
Po przyjeździe do Nowego Jorku zadzwoniłem ponownie z propozycją, że wpadniemy na krótko i pójdziemy razem gdzieś na herbatkę. Zgodziła się.
Dom, w którym przebywała ciocia znajował się gdzieś na dalekim skraju Long Island. Zarezerwowałem pokój w hotelu i spróbowałem wynająć samochód. Brak karty kredytowej był czynnikiem dyskwalifikującym. Nie pomogły żadne argumenty. Zresztą nie dano mi wiele czasu na ich przedstawienie
– Ha-ha-ha, weźmiesz samochód i tyle będziemy cię widzieli – odłożenie słuchawki.
Zadzwoniłem do Mariana po pomoc, może udzieli mi gwarancji, może wynajmie dla nas samochód. Zaproponował dużo prostsze rozwiązanie – weźmiesz samochód z mojego składu, oczywiście gratis.

LUSA35

Skład był na zupełnym odludziu. Kilometry pustych ulic, po obu stronach jakieś wymarłe budynki, fabryki, magazyny.

Jakże inna była jazda przez Long Island, znowu urocze miasteczka, domki, parki.
Ciocia prezentowała się całkiem dobrze, jej dom też.
Na początku była mocno skrępowana, w restauracji długo szukala najtańszych dań. Potem rozluźniała się w czym na pewno duża zasługa Sylwii.
Na pożegnanie mieliśmy niespodziankę – zostajemy  tym hotelu na noc, spotkamy się ponownie jutro. Spotkanie następnego dnia było również bardzo sympatyczne.

LUSA34

Na noc wróciliśmy do gościnnego domu Mariana i Wandy. Następnego dnia wieczorem odlatywaliśmy do Kuwejtu, ranek spędziliśmy na spacerze po okolicy – Greenpoint – dzielnica ta przez długi czas nosiła przydomek Mała Polska – KLIK.

Wróciliśmy do domu. Bez przerwy dzwoniły telefony – prezydent Reagan udzielił Polakom amnestii wizowej. W związku ze stanem wojennym żaden Polak przebywający w USA nie może zostać wydalony.
– No to zostajecie u nas – podsumował sytuację Marian – nie musicie się spieszyć, znajdziemy szkołę dla dzieci, znajdziecie sobie mieszkanie w sąsiedztwie, poszukasz pracy.
– Pracę mam w Kuwejcie – zaoponowałem – urlop kończy mi się za 3 dni.
– Chyba żartujesz. Taka szansa. To już się nie powtórzy. Zależy ci tak na pracy? Jak chcesz to możesz jeszcze dzisiaj w nocy iść pilnować mojego składu samochodów. Teraz straż trzyma mój ojciec – profesor AGH w Krakowie – ty pójdziesz z moim bratem, on taki nerwowy.

Brat był rzeczywiście nerwowy. Kilka razy wracał do tematu – w jakiej sytuacji może użyć broni?
– W żadnej – tłumaczył spokojnie Marian. – Twoim zadaniem jest być przytomnym i wezwać policję gdy zauważysz coś podejrzanego. W żadnym wypadku nie próbowac gonić złodziei ani do nich strzelać. Chcesz sobie postrzelać? Zrób to w biały dzień, jak jesteś pewien że nikogo nie ma w zasięgu strzału. To nawet może być dobre. Rozniesie się pogłoska, że tam jakieś wariaty bez przerwy strzelają.

Poniżej przed domem Mariana i Wandy…

LUSA33
… z lewej Wanda, z prawej – nerwowy brat.

Późnym wieczorem wylecieliśmy do Kuwejtu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s