1982 – Wakacje w świecie Disneya

Do USA wylecieliśmy 26 lipca. Po drodze był dwugodzinny postój w Londynie. Wieczorem dolecieliśmy do Nowego Jorku i dotknęliśmy amerykańskiej ziemi. Poniżej nasza wiza.

LUSAVisa

Mieliśmy w USA dwójkę krewnych. Ja – ciocię Krysię. Z wyprzedzeniem uprzedziłem ją listownie o naszym przyjeździe, ale nie dostałem odpowiedzi. Sylwia miała wujka w Filadelfii. Odwiedził kiedyś Polskę – pełen energii, optymizmu i wiary w Amerykę. Był naukowcem, doktorem chemikiem, pracowal w dużej firmie na odpowiedzialnym stanowisku. Sylwia miała ciche nadzieje, że może zostanie z dziećmi u wujka kilka dodatkowtych tygodni. Jednak wujek potraktował nasz plan wyjadu na urlop do USA podobnie jak urzędnik amerykańskiego konsulatu. tylko z odwrotnej pozycji…
… przyjeżdża tu wielu Polaków, Polonia pomaga im znaleźć jakąś pracę, po pewnym czasie mają szansę dostać zieloną kartę, ale wy tam chyba jakimiś szejkami naftowymi jesteście. Na miesięczny urlop do Ameryki! Ja pracuję w swojej firmie 30 lat, przysługuje mi 2 tygodnie urlopu rocznie, ale nigdy nie biorę więcej niż tydzień. Wszyscy tak robią. Przecież jakby mnie nie było w pracy dwa tygodnie to szef mógłby zacząć się zastanawiać czy ja w ogóle jestem potrzebny.

Pierwszy nocleg załatwił nam poznany w Kuwejcie Amerykanin polskiego pochodzenia Joe Kubiak.
Pierwszy dzień walczyliśmy z różnicą czasów. Popołudniu odwiedziliśmy dom rodzinny Joe. W telewizji baseball, na talerzach polska kiełbasa.

ten tola

Coprawda naszym założeniem było wrócić po urlopie do Kuwejtu, ale po doświadczeniu ze stanem wojennym mieliśmy poczucie zawodności wszelkich planów. A nuż Irak albo Iran napadnie na Kuwejt? W związku z tym zabraliśmy ze sobą wszystkie pieniądze. Za część z nich kupiliśmy sztabkę złota – ten tola .

Następnego dnia rano polecieliśmy na Florydę, do Jacksonville. Na lotnisku czekal na nas Ken i zawiózł nas do swojego letniego domu. Dom byl przestronny, kilka kilometrów od szosy, w gęstym lesie nad jeziorem. Na brzegu było ostrzeżenie o krokodylach. Było bardzo ciepło, parno i często padały deszcze. Nie było to problemem bo padały krótko a po nich następowało lekkie ochłodzenie i wyraźnie odświeżenie powietrza. Po kuwejckiej spiekocie była to duża ulga.

LUSA10

Kilka dni spędziliśmy w domu Kena a potem wybraliśmy się na kilkudniowy objazd Florydy. Sea World, DisneyWorld. W tym drugim spędziliśmy dwa dni. Dla dzieci była to wielka zabawa…

LUSA07

Niezliczona ilość atrakcji, co parę godzin na głównej ulicy odbywała się wielka parada, każda z innym tematem przewodnim – dziki Zachód, myszka Miki, przybysze z kosmosu. Nad wszystkim królowała sylwetka zamku Neuschwannstein.
Mnie osobiście najbardziej podobały się przejażdżki zwariowaną kolejką – roller coaster. W drugim dniu pobytu zacząłem zauważać rysy pod lukrową powierzchnią rozrywkowej maszyny – kwiaty były sztuczne, młodzi ludzie udający radosne automaty w licznych paradach nie byli automatami i nie byli tacy radośni, liczne meksykańskie orkiestry w rzadkich chwilach odpoczynku nie ukrywały znużenia.

Kolejny etap wycieczki był dla mnie jakiegoś rodzaju odtrutką na ten fikcyjny świat – Kennedy Space Centre  na przylądku Canaveral – KLIK.

LUSAM7Rakieta

Tu były prawdziwe statki kosmiczne pamiętne z często dramatycznych relacji z pierwszym wypraw w kosmos. Dla dzieci było to jednak rozczarowanie – nie można nacisnąć żadnego guzika, nic się nie błyska ani nie trzęsie.

Za namową Kena odwiedziliśmy również najstarsze miasto w USA – St Augustine – KLIK.

Kolejnym etapem wakacji był Waszyngton. Ken poradził pojechać tam autobusem Greyhound. Gdy wysadzał nas na stacji Greyhound w Jacksonville mina mu zrzedła. Dworzec był w dzielnicy opuszczonej przez mieszkańców, na pustych ulicach pojawiali się czasem mocno podejrzani osobnicy. Jednak w środku budynku panowal porządek. Kupiłem bilety, nadałem bagaż i spytałem gdzie zajedzie nasz autobus. Tego bileterka nie wiedziała – rozejrzyj się po przystankach.
Rozejrzałem się. Nie widziałem nigdzie tabliczki z napisem Waszyngton. Ktoś wyjaśnił mi, że musimy wsiąść do autobusu udającego się do Toronto. W końcu znaleźliśmy. Podróż trwała całą noc. Do Waszyngtonu dojechaliśmy bardzo wczesnym rankiem. Poszedłem odebrać bagaże. Pani w okienku popatrzyła na mnie ze zdumieniem
– A ty skąd się tu wziąłeś?
– Jak to skąd, z Jacksonville.
– To niemożliwe, twój bagaż przyjedzie dopiero za 2 godziny. Przyleciałeś tu samolotem?
Dworzec był znowu w podejrzanej okolicy. Co pewien czas zajeżdżała limuzyna albo taksówka i wysiadał z niej bardzo elegancko ubrany Murzyn. Siadał na ławce w poczekalni i nieomal zapadał w sen, ale zanim zasnął przyjeżdżała po niego inna taksówka albo limuzyna.
Po poczekalni nieustannie krążyli strażnicy z pałkami przypominającymi kije baseballowe. Ich zadaniem było chyba wyganiać ludzi bez biletów. Co pewien czas zbiegali do toalety i tam sprawdzali wszystkie kabiny po kolei najpierw waląc kijem w drzwi a potem zagladając do środka.
Wreszcie przyjechał bagaż. Miałem powazne obawy czy taksówka zawiezie nas do hotelu, ale zawiozła.

W Waszyngtonie odwiedziliśmy okolice Białego Domu gdzie bardzo nas ujął pomnik Tadeusza Kościuszki wśród pomników bohaterów Amerykańskiej Rewolucji – KLIK.

LUSA11LUSA12

Napis na zdjęciu po prawej stronie: And the freedom shrieked when Kosciuszko fell.

Prócz tego odwiedziliśmy cmentarz wojskowy Arlington, National Gallery, Smithsonian Institute i muzeum dinozaurów.
W National Gallery trafiliśmy na bardzo bogatą wystawę malarstwa El Greco. Przy okazji wstąpiliśmy na lunch w muzealnej, a może galeryjnej, stołówce.
Domowe jedzenie – klops z kapustą i gotowanym ziemniakiem. Szczególnie ten ziemniak przypadł Michałowi do gustu gdyż dotąd na ogół jadaliśmy frytki. Nic dziwnego, że gdy następnego ranka planowaliśmy rozkład dnia, zaproponował – a może jeszcze raz do Galerii? Posłuchaliśmy tej rady.

Ostatniego dnia wypożyczyliśmy auto i ruszyliśmy w dalszą drogę. Przy wynajmie samochodu pewnym kłopotem był fakt nieposiadania przeze mnie karty kredytowej. W Kuwejcie można było założyć tylko kartę Diners’s Club, kosztowała dość drogo a ja nie widziałem żadnej korzyści z posiadania karty. Agentka Hertza zrobiła kopię mojego paszportu i biletów lotniczych, widziałem jednak, że czuła się bardzo niepewnie.

Ruszyliśmy na północny wschód. Naszym ostatecznym celem był Nowy Jork, ale kolejny etap podróży wybrało dla nas przeznaczenie…

LUSA17

Punkt informacyjny Niagara Falls. W środku przywitał nas niezwykle elokwentny pan.
– Chcecie odwiedzić wodospad Niagara! Doskonale trafiliście, U nas macie ostatnią szansę załatwić sobie przyzwoitą kwaterę.
– Ale my tam dojedziemy dopiero za dwa dni.
– Czy wiecie co tam się teraz dzieje?
– ???
– Motorowodne mistrzostwa Ameryki, kilkanaście tysięcy kibiców i masowy chrzest Baptystów, ponad 3,000 do ochrzczenia, każdy przyjedzie z rodziną i przyjaciółmi.
Zadzwonił i dość szybko załatwił nam noclegi i namówił nas jeszcze na wykupienie wycieczki historycznej po okolicach wodospadu.
W zamian dał mi kopię artykułu w gazecie o tym jak zjechał w zimie na nartach po zamarzniętym poboczu wodospadu i został za to aresztowany oraz udzielił rady jak podjechać wieczorem w pobliże wodospadu i znaleźć bez problemu parking.
Ruszyliśmy w drogę. Okolice były tak piękne, że trochę żal nam było, że tak pędzimy zamiast zatrzymać się gdzieś w lesie nad rzeczką.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s