Pasja pracy

Lech  Lech

Po przyjeździe do Polski wróciłem natychmiast do pracy.  Wydaje mi się, że wiele osób było zaskoczonych, że nie przedłużyłem urlopu. Dwaj koledzy, którzy wyjechali do Danii w tym samym okresie co ja, przedłużyli urlopy o miesiąc czy dwa i wrócili do Polski z używanymi samochodami.

W pracy rzuciłem się w wir komputeryzacji. W Zelmocie utworzono osobny dział Przetwarzania Danych. Kierownikiem zostal pan Marian L. Już sam wybór kierownika świadczył o poważnym traktowaniu tematu. Pan Marian zajmował przedtem bardzo ważne stanowisko Głównego Technologa i cieszył się w Zelmocie dużym respektem.
W dziale na początku było nas 5 osób w tym 2 koleżanki, które ukończyły ten sam wydział co ja. Systemy projektował dla nas nadal Centralny Resortowy Ośrodek Przetwarzania Informacji (CROPI). Nasza rola polegała na współpracy przy analizie zagadnień i formułowaniu rozwiązań, a następnie wdrażanie i eksploatacja systemu.

System był przetwarzany na angielskim komputerze ICL 1900 zlokalizowanym w zakładach radiowych im. Marcina Kasprzaka. Podstawowym nośnikiem informacji były nadal karty perforowane. 
Eksploatacja systemu wyglądała w następujacy sposób – najpierw wszelkie informacje wejściowe były dziurkowane na kartach. Po wydziurkowaniu każda karta była powtórnie „dziurkowana” na sprawdzarce. Sprawdzarka sygnalizowała przypadki gdy wprowadzane dane nie zgadzały się z pierwotnym dziurkowaniem. Wówczas kartę trzeba było porównać z dokumentem źródłowym i ewentualnie wydziurkować od nowa.
Następnie karty były sortowane na sorterze, który układał je w kolejności zgodnej z logiką przetwarzania – według numerów części, według daty, itp. Wprawdzie komputer potrafił szybko posortować dane z kart, ale jednak jego czas był wydzielany bardzo oszczędnie więc opłacało się poświęcić pół godziny na sortowanie żeby oszczędzić 5 minut czasu komputera na bardziej istotne czynności.
Teraz można było jechać do Kasprzaka na przetwarzanie. 

ICL 1900

Komputer ICL 1900 to było kilka wielkich szaf umieszczonych w klimatyzowanej sali. Prócz tego była tam konsola operatora, czytnik taśmy perforowanej, czytnik kart i drukarka. Pamięć operacyjna komputera liczyła sobie 96 kB czyli tyle ile zajmuje zdjęcie w nagłówku tego blogu. Komputer nie był wyposażony w dyski, nośnikiem informacji była taśma magnetyczna. To tłumaczy dlaczego tak istotne było właściwe kodowanie a następnie sortowanie informacji. Żeby dotrzeć do informacji na taśmie trzeba ją przewinąć do właściwej pozycji co zajmuje sporo czasu. Logiczne jest przewijanie tylko w jedną stronę. Cofanie taśmy bardzo zwalnia przetwarzanie, a zbyt częste grozi jej uszkodzeniem.
Nie pamiętam jaka była szybkość procesora, pewnie kilkadziesiąt tysięcy operacji na sekundę. To była zawrotna szybkość, 90% czasu przetwarzanua zajmowało wczytywanie kart, organizacja informacji na taśmach magnetycznych i drukowanie wyników.

Dygresja – wpółczesny czytelnik może roześmiać się – komputer o pamięci 96kB, procesor o szybkości kilkudziesięciu tysięcy operacji na sekundę. Odpowiem słowami Gogola – z kogo się śmiejecie? Z siebie samych się śmiejecie.
Powyższe możliwości są całkiem wystarczające do przetwarzania informacji dla przedsiębiorstwa średniej wielkości. Wszystko ponad to, to jest „user friendly interface” czyli umizgiwanie się do użytkownika.

Pierwszym etapem przetwarzania było formalne sprawdzenie danych na kartach – czy użyto właściwych kodów, poprawność dat, itp. Na ogół program znajdowal jakieś błędy i na tym sesja się kończyła. Jeśli błędów było niewiele a ich poprawa oczywista to była szansa wykonać poprawki na miejcu i ubłagać operatorkę żeby przetworzyła jeszcze raz. Najczęściej jednak trzeba było wrócić do zakładu, poprawić dane i czekać na kolejny dostęp do komputera.
Komputer pracował całą dobę. Oczywiście pierwszeństwo miał jego właściciel, użytkownicy zewnętrzni mieli przydzielany czas po godzinach pracy. Sesje dłuższe niż godzina były naogół przydzielane w nocy. W poczekalni dla użytkowników poznałem sporo ciekawych osób z instytucji o bardzo róznorodnym profilu. Niektóre znajomości twają do dzisiaj.

Płynny czas pracy otworzył przede mną nowe możliwości. Przyjąłem propozycję pracy na pół etatu w Warszawskich Zakładach Mechanicznych (WZM) na Czerniakowie. Moim zadaniem było opracowanie projektu komputeryzacji zakładu. 

Frania

Moje dochody stały się całkiem pokaźne. Pensja w Zelmocie ponad 3,000 zł, do tego szkoła zawodowa – kilkaset złotych miesięcznie, pół etatu w WZM – 1,800 zł.
Nie było wielkich możliwości wydawania pieniędzy. Żywność nie była zbyt droga, mieszkanie było niewielkie więc nie stwarzało pokusy do ulepszania zresztą nie było wielkiego wyboru mebli ani sprzętu domowego. O przepraszam – udało nam się kupić lodówkę i mechaniczną pralkę Frania – zdjęcie ze strony Legendy-PRL.pl
Książki i rozrywki kulturalne były tanie. 

Nowe mieszkanie miało pewne minusy. Było na X piętrze, na szczęście winda działała dość sprawnie i tylko kilka razy trzeba było wdrapywać się po schodach. Natomiast poważnym minusem było oszczędnościowe ogrzewanie centralne. Nie wiem zresztą czy było oszczędnościowe gdyż oszczędzono tylko na kranach – nie było ich – a zatem kaloryfera nie można było regulować ani wyłączyć. Przez cały sezon grzewczy kaloryfery grzały całą parą. U nas, na najwyższym piętrze, były oczywiście najgorętsze. Trzeba było mieć przez cały sezon grzewczy otwarte lub przynajmniej uchylone okna, Podczas deszczu czy silnego wiatru trzeba je było jednak przymykać. Prócz tego trzeba było trzymać pod kaloryferem pojemniki z wodą gdyż powietrze było zbyt wysuszone. Do tego doszły stuki w kaloryferach. To rezultat zapowietrzenia. Jednak żeby odpowietrzyć trzeba było prosić Spółdzielnię o pomoc, to trwało kilka dni. W rezultacie, przed pójściem spać, schodziłem do piwnicy i zakręcałem kaloryfery w całym naszym pionie. Rano, natychmiast po wstaniu je odkręcałem – wtedy dopiero słychać było stuki. Wstawałem dość wcześnie, ale pewnie niejedna osoba budziła się przede mną, w wyziębionym mieszkaniu. Niektórzy lokatorzy składali skargi, dozorczyni patrzyła na mnie dość podejrzliwie, ale ona patrzyła na każdego podejrzliwie, więc sądzę, że nie zostałem zdemaskowany.
Oczywiście złożyłem w tej sprawie zażalenie i prośbę o kolejną wymianę wadliwego mieszkania. Wydaje mi się, że nadmiar zajęć w pracy nie pozwolił mi nadać tej sprawie właściwego rozgłosu i wytrzymaliśmy w tym mieszkaniu chyba 4 lata.

Wspominałem, że podczas mojego pobytu w Anglii Syiwia pojechała na wczasy do Bierutowic. Poznała tam bardzo sympatyczną parę – Bożenę i Krzysztofa. To znaczy na początku pobytu nie byli oni jeszcze parą, dopiero pod okiem Sylwii ich znajomość zakwitła. Po kilku latach pobrali się.
Nasz pierwszy bliższy kontakt to był wspólny wyjazd do Zakopanego na narty na Wielkanoc 1969 roku. Śniegu była masa. Bożena i Krzysztof jeździli na nartach bardzo dobrze, Sylwia też zrobiła pewne postępy. Jeździliśmy głównie na Kalatówkach gdyż o wjeździe kolejką na Kasprowy można było tylko pomarzyć. Jednak raz wdrapaliśmy się z Krzysztofem przez Boczań na Halę Gasiennicową.

Zakopane

Znajomość z Bożeną to było dla mnie odkrycie nowego świata. Jej ojciec prowadził prywatny zakład naprawy maszyn liczących, posiadał autoryzacje wszystkich poważnych producentów tych maszyn. Rodzice mieli elegancką willę na Mokotowie w sąsiedztwie rezydencji zagranicznych dyplomatów. Siostra Bożeny mieszkała na stałe w Szwajcarii. Do tego czasu słowo „prywaciarz” podobnie jak „badylarz” miało dla mnie pejoratywny charakter. Okazało się, że w polskiej komunie można było prowadzić zaawansowaną technicznie, nowoczesną i zyskowną działalność. Oczywiście nad każdym „prywaciarzem” wisiała groźba domiaru ze strony wszechmocnego urzędu podatkowego. Ojciec Bożeny żartował, że dobrze mieć samochód podrapany z jednej strony i tak go parkować pod urzędem podatkowym  żeby właśnie ta strona była widoczna z okien.
Bożena przebywała jakiś czas w Anglii, pracowała, zarobiła na samochód – volkswagen garbus. 

Wspominałem, że umiałem programować i na prośbę użytkowników dopisywałem do opracowanego przez CROPI systemu dodatkowe programy. Gdy projekt wkroczył w sferę planowania i rozliczenia produkcji zacząłem projektować i programować całe moduły systemu. Zacząłem również ulepszać istniejące programy. Jeden z nich, planowanie kosztów materiałowych produkcji, przekraczał możliwości komputera niewyposażonego w dyski. Program przewijał wielokrotnie taśmę i chyba nigdy nie zakończył swojej pracy sukcesem. Zmieniłem całkowicie koncepcję programu i udało mi się skrócić jego pracę do kilkunastu minut i do jednego przewinięcia taśmy.
W tym okresie czułem, że potrafiłbym opracować systemy bardziej przydatne dla Zelmotu niż robiło to CROPI, ten przypadek to udowodnił. Moje usprawnienie nagrodzono wieloma pochwałami, ale to mi nie wystarczało – przecież CROPI dostało dużo pieniędzy za ten system, skoro tak to mnie należy się przynajmniej nagroda za racjonalizację. Mój szef mnie poparł, wysokość nagrody 10,000 zł. Okazało się jednak, że przepisy dotyczące wynalazczości i racjonalizacji nadążały za postępem – dodano jednoznaczny przepis, że usprawnienia programów komputerowych nie zaliczają się do racjonalizacji. Podziwiam wytrwałość mojego szefa, który wymógł na dyrekcji przyznanie mi nagrody, nie wiem z jakiego konta.

Od tej chwili wyznaczono mi znacznie szersze pole działania i w każdej wolnej chwili, nawet w niedziele i podczas urlopu, wymyślałem coraz to nowe zastosowania komputera. Zorientowałem się, że praca dla zakładu przemysłowego średniej wielkości, do tego nie posiadającego własnego komputera, to dla mnie za mało. Zacząłem rozglądać się za inną pracą. W międzyczasie napisałem cykl artykułów o moich projektach, które zostały opublikowane w miesięczniku Organizacja i Zarządzanie. Honoraria były całkiem wysokie, pieniądze pchały się do mnie drzwiami i oknami. 
Przyznam się do jeszcze jednego, moralnie podejrzanego, czynu – napisałem dla kogoś pracę magisterską. Moja praca dyplomowa została nagrodzona. Podobno prof. Chajtman prezentował jej fragmenty na wykładach. Nic dziwnego, że zrobił mi reklamę. Nie miałem wielkich wyrzutów sumienia gdyż mój klient był już inżynierem i wiedziałem, że jest dobrym fachowcem. Tytuł magisterski był mu potrzebny do otrzymania dodatku do pensji.

A propos tytuł magisterski. Kierownik działu administracyjnego Zelmotu zawsze pamiętał o tytule osoby, z którą rozmawiał. Gdy zrobiłem dyplom zaczął mnie tytułować inżynierem magistrem.
– Ja wiem, że poprawnie mówi się magister inżynier – tłumaczył – ale dla mnie jednak inżynier to jest inżynier. Rozumiemy się panie inżynierze magistrze? Bo magister to już nie wiadomo. Na przykład ten P. M-a-g-i-s-t-e-r P. Skąd on ma ten tytuł? Skąd on ma to nazwisko? Rozumiemy się panie inżynierze magistrze? My, ludzie z cenzusem, musimy trzymać się razem. Niech pan do mnie wpadnie to panu dam kalendarz TENO. One są tylko dla dyrekcji, ale mam kilka dodatkowych, Dla pana, dla magistra W (pana Tadeusza). Dla ludzi z cenzusem. Rozumie pan.

Mimo pewnych zapasów finansowych nie chciałem słyszeć o kupnie samochodu czy jakiejś podmiejskiej działki. Posiadanie nieruchomości przerażalo mnie, posiadanie samochodu również – wydawało mi się, że jest to uzależnienie się od niezbyt uczciwych mechaników samochodowych. Dużo bardziej wolałem spędzać czas nad projektowaniem i projektowaniem. Wyrosłem na idealne dziecko komuny – od każdego według jego możliwości – tak, czułem w sobie duży potencjał i szukałem kogoś kto zechce i potrafi to wykorzystać.
Co do drugiej strony medalu – każdemu według jego potrzeb – nie miałem jasnego stanowiska. Wydaje mi się, że byłbym w stanie zaakceptowac tę zasadę gdyby była powszechnie stosowana. Tak jak akceptowałem powojenną biedę, która była udziałem wszystkich znanych mi osób.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s