Studia inżynierskie

Lech Lech

Byłem więc na drugim roku studiów. Nie musiałem już się obawiać, że mnie wyrzucą z uczelni, zostanę inżynierem.

Pierwsza sprawa to akademik, który będzie moim domem przez następne 4 lata, a może i dłużej. Przydzielono mi miejsce w 4-osobowym pokoju nr 836, na 8. piętrze. Pokój miał powierzcjnię około 14 m2. Wejście prowadziło do malutkiego przedpokoju, w którym był wieszak na wierzchnie ubrania. Po jednej stronie przedpokoju wnęka z umywalką, tylko zimna woda, po drugiej szafki na ubrania.
W pokoju dwa piętrowe łózka. Między łóżkami a wnękami po jednej stronie stół, po drugiej półka na ksiązki itp. Na każdym piętrze była wieloosobowa toaleta oraz kuchnia i pralnia. Pościel prała nam administracja akademika, koszule oddawałem do prywatnej pralni na ul. Filtrowej.
Koszt mieszkania – 140 zł miesięcznie, ale każdy mieszkaniec, który nie powtarzał roku, otrzymywał stypendium mieszkaniowe w wysokości 120 zł. Przyznano mi również pełne stypendium pieniężne – 450 zł i stypendium stołówkowe. Stypendium stołówkowe oznaczało, że miesięcznie za posiłki musiałem zapłacić około 360zł. Jego wartość praktyczna była ogromna. Moja sytuacja finansowa była lepsza niż mojej Matki.
Wielka stołówka mieściła się na parterze. Śniadanie – płatki owsiane, kawa lub herbata, chleb, masło, ser żółty i dżem. W niedzielę nie było płatków owsianych, za to były wędliny i jajka. Obiad – zupa, drugie danie, kompot. Kolacja – pewnie podobna do śniadania tylko bez zupy mlecznej. Życie bez stołówki trudno było sobie wyobrazić gdyż w naszych pokojach nie było warunków do przechowywania żywności ani do spożywania posiłków.

Moimi wspólokatorami byli koledzy z tego samego roku. Najbardziej zaprzyjaźniłem się z Ryszardem K., który zaczął towarzyszyć mi w wizytach do Filharmonii Narodowej. Nikt z nas nie palił. Byłem przyzwyczajony do dymu papierosowego gdyż paliła moja Matka jednak w pokojach, w których palili wszyscy mieszkańcy, trudno było oddychać. Nie graliśmy w pokoju w karty, chyba nie piliśmy alkoholu, idealne warunki do studiów.
Nasz pokój był po zewnętrznej stronie budynku. Korytarz oddzielał go od pokoi po wewnętrzej stronie, których okna wychodziły na głęboki i ponury dziedziniec – studnię. Pokoje wewnętrzne były dwuosobowe i mieszkali w nich studenci wyższych lat. Studnia nie była bezpiecznym ani spokojnym miejscem. Niektórzy wyrzucali tam butelki po winie. Często sfrustrowany student otwierał okno i dzielił się z innymi swoją złością wrzeszcząc na cały głos – LEOOON! Wybór właśnie tego imienia wynikał pewnie z jego echotwórczych właściwości. Na ten okrzyk otwierały się inne okna i podchwytywały imię. To trwało dobre kilka minut.

Druga bardzo istotna zmiana to pojawienie się w programie studiów służby wojskowej. Studenci unikali poboru do wojska. Zamiast tego mieli przez 3 lata jeden dzień w tygodniu przeznaczony na zajęcia w Studium Wojskowym, które mieściło się przy ulicy Koszykowej, zaledwie 3 przystanki tramwajowe od akademika. My, jako studenci wydziału mechanicznego, zostaliśmy przydzieleni do służby samochodowej. Po ukończeniu Studium studenci zostawali przeniesieni do rezerwy ze stopniem podporucznika.
Studium wojskowe obowiązywało tylko mężczyzn, nasze koleżanki miały jakieś zajęcia z samoobrony, ale przez większość studiów miały jeden dzień wolny w tygodniu.
Otrzymaliśmy mundury – buty, brezentowe spodnie i bluza, pas, wełniany płaszcz i czapka. To musieliśmy przechowywać w domu. Fasonem było traktować zajęcia wojskowe z wyższością. Po pierwsze – nie dbać o mundur. A zatem nie czyścić butów,nie przyszywać urwanych guzików przy płaszczu, mocować je na zapałkach. nie prać bluzy i spodni.
Po drugie – traktować naszych wykładowców z lekceważeniem. Na internecie można znaleźć całe strony pełne dowcipów ze studium wojskowego. Niektóre całkiem dobre, nic dziwnego – tworzyli je od początku do końca dowcipni studenci – w praktyce takie sytuacje zdarzały się rzadko.
Nasi wykładowcy byli w większości inteligentnymi, wykształconymi, ludźmi. Dobrze przygotowani do wykładów, chętni do podzielenia się ze studentami swoją wiedzą i doświadczeniem. Niestety nie było chętnych odbiorców. To była trzecia reguła – na zajęciach drzemać. Sprzyjało temu zawiesiste powietrze w salach wykładowych – efekt nieprania mundurów.
Jako przyszła służba samochodowa mieliśmy sporo wykładów na temat budowy i konserwacji samochodu. Na trzecim roku studiów, na zajęciach z termodynamiki, wdałem się w dyskusję z wykładowcą. Słuchał mnie z uznaniem. Skąd pan to wie? – zapytał – pan powtarza rok?
– Nie, nam to wykładali na studium wojskowym – odpowiedziałem.
Wykładowca był chyba trochę niemile zaskoczony. Na sali rozległy się nieprzyjazne komentarze – on nie spał na wojsku.
Mieliśmy dwa przedmoty praktyczne – musztra i strzelanie. Do obu byłem przygotowany podczas 3 lat Przysposobienia Wojskowego w szkole średniej. 45 minut musztry było dobrym odprężeniem i okazją do odetchnięcia świeżym powietrzem. Strzelanie to było całkiem nowe doświadczenie. W szkole strzelaliśmy z karabinków sportowych – kbks, tu dostaliśmy do ręki pełnowymiarowy karabin. Pierwsze strzelanie było w pozycji leżącej, trzeba było oddać 3 strzały do tarczy. Szykowałem się do strzału gdy nagle wydało mi się, że ktoś walnął mnie pałką w głowę – dzwonienie w uszach, gwiazdy przed oczami. Nikt mnie nie uderzył, to strzelił kolega z prawej strony. Więc to tak mocno bije, przycisnąłen kolbę do ramienia z całej siły żeby uniknąć kopnięcia przy odrzucie, wymierzyłem – walnięcie z lewej strony. Znowu potrzebuję trochę czasu żeby odzyskać równowagę i wzrok. Strzeliłem prawie bez celowania gdyż obawiałem się, że kolejne strzały nigdy nie dopuszczą mnie do głosu.
Strzelaliśmy również z pistoletu TT. Pistolet trzeba było bardzo mocno ściskać w dłoni żeby odrzut go nie wyrwał. Okazało się, że niełatwo jest uniknąć drgania ręki. Koledzy nauczyli nas sprytnego tricku – razem z kolbą pistoletu chwycić w dłoń skrawek rękawa – to stabilizowało rękę.  Nie wiem dlaczego nasi instruktorzy pilnowali zebyśmy nie stosowali tego oczywistego ułatwienia.

Na drugim roku zdecydowanie przeważały przedmioty inżynierskie, jedynym przedmiotem „szkolnym” była matematyka. Ona jednak wkroczyła w niedostępne dla mnie rejony – transformacja Fouriera, równania Cauchy-Riemanna. Nasza pani wykładowca żmudnie przepisywała swoje notatki na tablicę, studenci kopiowali, nie pamiętam zbyt wielu dyskusji na przerabiane tematy. Nie było więc rady – na egzaminie trzeba było korzystać z gotowców. Tu nie było żadnych karteczek, temat dyktowano nam na egzaminie. Tematów egzaminacyjnych było około 20, mieliśmy więc przygotowane gotowce na każdy z nich. Ktoś w ostatnim rzędzie szybko wertował ukryte w torbie gotowce. Gdy znalazł ten wybrany na egzamin informował kolegów – numer 17. Przez następną godzinę lub więcej trzeba było czymś zapełniać kartki papieru, po tym czasie wystarczyło odliczyć 17 gotowców (wszyscy mieli je ułożone w tej samej koleności) i dokonać podmiany.

Młotek

Mieliśmy także warsztaty mechaniczne. Tu zetknęliśmy się praktycznie z obróbką skrawaniem. Praca na wiertarce, tokarce, frezarce. Zobaczyliśmy w akcji nóż Kolesowa, obiekt zachwytów propagandy lat 50. Jednak najpierw musieliśmy własnoręcznie wykonać głowicę młotka. Najtrudniejszą sprawą było spiłowanie górnej części młotka – usunięcie części materiału zakreskowanej na rysunku. Robiliśmy to ręcznie, pilnikami. Piłowanie twardej stali to była ciężka praca i tylko niewielu z nas udało się to dobrze zrobić. 

Trzy przedmioty inżynierskie miały charakter teoretyczny – wytrzymałość materiałów, metaloznawstwo, teoria mechanizmów i maszyn. Pozostałe to były już specyficzne technologie – spawanie, odlewnictwo, obróbka skrawaniem, obróbka plastyczna, budowa obrabiarek. Pod koniec drugiego roku studenci wybierali technologie, w której zamierzali się specjalizować. Ja i koledzy z mojej grupy dokonaliśmy wyboru przed rozpoczęciem studiów – organizacja i ekonomia.
Większość z nas czuła pewną zadrość. Kierunki technologiczne prowadzili wspaniali specjaliści – odlewnictwo prof Skarbińśki i dr Murza-Mucha, obrabiarki prof Gwiazdowski, spawanie prof Nekanda-Trepka, obróbka plastyczna prof Pełczyński. O naszej specjalności nie wiedziano nic – szkoła dyrektorów żartowali z nas koledzy.
Inna rzecz, że zdawałem sobie sprawę, że sztuka inżynieryjna daje imponujące efekty i jest bardzo ciekawa przy pierwszych kontaktach. Diabeł tkwi w szczegółach. To jest podobne do matematyki – pasjonuje na etapie równań z jedną lub kilkoma niewiadomymi a w zanadrzu chowa Fourriera i Cauchy-Riemanna.

Znamiennym spotkaniem ze sztuką inżynierską był przedmiot Tolerancje i pasowania. Podstawy były ciekawe – czy można jakąś część maszyny wykonać dokładnie według rysunku, na przykład pręt o średnicy 5 mm? Nie można. Chwileczkę – czy można tę średnicę dokładnie zmierzyć? Nie można. Wniosek – przyrząd pomiarowy musi być wykonany z większą dokładnością niż przedmioty, do których mierzenia jest przeznaczony. To nie koniec, zależy co mierzymy. Średnica pręta nie stwarza problemu, ale na przykład twardość materiału na jego powierzchni. Na powierzchni? A gdzie jest ta powierzchnia – spójrzcie przez mikroskop – powierzchnia tego, dokładnie wyszlifowanego pręta, przypomina może nie Alpy, ale conajmniej Góry Świętokrzyskie. Więc gdzie zaczyna się jego powierzchnia? Na szczytach? Jedyne wyjście to wbić przyrząd pomiarowy w tę powierzchnię, tak żeby poczuć opór. Ale uwaga – nie za głęboko bo powstaje ryzyko, że proces pomiaru zniekształci mierzony obiekt, mierzymy już nie to co było naszym zamiarem.
Konkluzja – konieczna jest tolerancja. Tolerancja zależna od przeznaczenia przedmiotu. Część nie musi byc wykonana dokładnie, musi być wykonana nie gorzej niż na to pozwala tolerancja.
Pasowanie – pręt ma być na siłę wciśnięty w otwór. Co to znaczy na siłę? Na jaką siłę? Znowu tolerancja. Powiedzmy, że pręt powinien być o 0.1 mm grubszy niż średnica otworu – z tolerancją 0.05 mm. W takim razie jakie tolerancje zastosować do pręta i do otworu? Czyżby 0.025 – połowę tego 0.05mm? Nie, wystarczy tolerancja 0.1 dla każdej części z osobna, trzeba je tylko dopasować. 
Przekładałem to na sytuacje życiowe – „nie gorszy niż” to było jakieś równanie w dół. Powierzchnia – gdzie zaczyna się sfera osobista człowieka? U niektórych osób już w promieniu pół kilometra. Jak bardzo trzeba się zbliżyć do innej osoby żeby ją poznać? Czy trzeba nacisnąć tak żeby poczuć ból? Czy za bliskie poznanie grozi zniszczeniem związku? Dopasowanie – czy to należy tłumaczyć na – każda potwora znajdzie swego amatora?
Profesor Wolniewicz wyrywał mnie z tych rozważań – do tego są tablice norm. Polskie Normy nie są zbyt szczegółowe, często korzystamy z radzieckich norm GOST – KLIK. Radzieckie normy – to rozwiązywało wiele problemów. Również tych życiowych.

Na marginesie studiów była nauka języków. Niemieckiego uczyłem się na lektoracie. Lektorka – pani Rosemary Tertel – była sympatyczna i miała duże poczucie humoru. Nie wymagała od studentów zbyt wiele, ale było mi przyjemnie zaskoczyć ją swoimi postępami. Przy okazji stwierdziłem, że chyba górowałem swoimi umiejętnościami nad resztą grupy, profesor Miętus dał mi dobre podstawy.
Angielski – starałem się wykorzytać każdą możliwą okazję by z niego korzystać. W Klubie Międzynarodowej Książki i Prasy były dostępne pisma angielskie i amerykańskie – The Times, The Guardian, New York Herald Tribune. Z tej ostatniej pamiętam felietony Arta Buchwalda – KLIK – takie teksty mogłyby ukazać się w naszej Polityce, a więc żyjemy w normalnym świecie.
Nadal próbowałem korepondować z osobami, których adresy podawało najpierw Dookoła Świata a potem pismo Radar. Wspominałem już, że takie kontakty kończyły się po wymianie 3-4 listów. Jednak jeden przetrwał aż do dziś – tak – 55 lat!

Ferie zimowe spędziłem w Kielcach. Przed Świętami nadeszła sensacyjna wiadomość – ciocia Krysia, siostra Matki mieszkająca w Nowym Jorku, zaprosiła Matkę do siebie na rok. Czytaliśmy ten list z niedowierzaniem – wróźby się spełniają. Kilkanaście lat wcześniej, jeszcze zanim zacząłem uczęszczać do szkoły, przysiadła się do nas w parku znajoma Matki, bardzo elegancka pani. W którymś momencie spytała – czy ja mogę państwu powróżyć z ręki? Proszę nikomu o tym nie mówić, ale ja mam zdolności w tym kierunku. Oczywiście nie biorę żadnych pieniędzy. Najpierw wróżyła Matce. Po chwili skrzywiła się – pani pojedzie za wielką wodę, ale to nie będzie dobra podróż. Potem wróżyła mnie – ależ urozmaicone życie, podróże, podróże na koniec świata. Matka była bardzo zadowolona z wróżby dla mnie, ale potraktowała cały incydent sceptycznie – nie ma co robić tylko ludziom bajki opowiada, wszyscy odbędą dalekie podróże, jakie to naiwne. W tym czasie nie wiedzieliśmy jeszcze, że ciocia Krysia przebywa w USA.
Teraz wróżba stała się faktem. Do listu załączone było formalne zaproszenie. Ciocia zarezerwowała bilet na statek Batory na marzec. Nie było co się zastanawiać nad ostrzeżeniem wróżki, Matka złożyła podanie o paszport. Wyjechała przed Wielkanocą.

MöveWielkanoc spędziłem w Kielcach pod opieką gastronomiczną naszej sąsiadki. Od cioci Krysi dostałem w prezencie rower. Kolejny przykład niepraktycznego podejścia Cioci. W Polsce można było dostać bardzo przyzwoite rowery produkowane w Bydgoszczy. Taki rower kosztowałby poniżej 20$ sprzedanych na czarnym rynku. Ciocia zapłaciła około 35$. Decyzji ofiarodawcy nie można było zmienić, dostałem rower Möve produkcji NRD. Bardzo solidny, oczywiście bez przerzutki. Przez 3 dni wyprowadzałem rower wieczorem do pobliskiego lasu i tam, w ukryciu, uczyłem się jeździć. Po trzech dniach wyszedłem na szosę i przejechałem około 50 km. To otwierało nowe możliwości, przyszedł mi pomysł żeby spędzić na rowerze miesiąc wakacji. Drugi miesiąc był zarezerwowany na obóz wojskowy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s