Z pamiętnika Nazaretanki

Wiesia

Panowie Tadeusz Gajl i Lech Milewski koledzy ze szkoły podstawowej sióstr Nazaretanek w Kielcach są już w swoich wspomnieniach po maturze, a ja dopiero w prapoczątkach edukacji. Właśnie jestem w klasie, drugiej, może w trzeciej i śpiewam o szewczyku, który butki szył i o balu śnił.
Czy pamiętacie salę gimnastyczną w zimie przystrojoną watą i soplami z celofanu, w której odbywały się w tańce, dla nas najmłodszych w kółkach? Należało uważać, bo wyfroterowana przez zakonnice podłoga była śliska. Na jednym z „balów” dziewczynki wystąpiły w  sukienkach uszytych z materiału ze spadochronów, popiskując – myśmy kotki małe, całe jak śnieg białe.  Słuchały tego śpiewu nie tylko najważniejsze siostry Leonilla, Scholastyka i Narcyza, ale i różni goście z zewnątrz, najważniejszy z nich był miejscowy biskup. Siostrę Narcyzę uważałam za świętą. Nad jej welonem, mogłabym przysiąc, widziałam aureolę. – E tam, dzieci komuny. Żadnej komuny u nas nie było, ale po wojnie, po Jałcie. Musieliśmy przetrwać.

Moja droga do „nazareńskiej” szkoły im. Królowej Jadwigi przy Słowackiego 5, prowadziła z Krakowa, ze szpitala na Czerwonym Prądniku zajętego przez Niemców, przez Gwoździec koło Melsztyna –  tam się ojciec ukrywał i Piaseczno pod Warką.
Pielęgniarka namawiała wcześniaka: essen kleine. Jak tylko niemowlę znalazło się poza szpitalem jego ojciec pod becikiem w wózeczku przewoził broń przechowywaną potem m. in. przy ulicy Pawła Popiela 11. Adres nie był bezpieczny, moja ciotka i matka chrzestna, wspaniała ciocia Józa na śmierć  i życie zakochała się w Niemcu. Cudem nie została za to ogolona. Po wojnie ojciec, który był architektem kierował odbudową wsi Piaseczno zburzoną w stu procentach podczas ofensywy wojsk sowieckich w połowie stycznia 1945 r. Jeden z rosyjskich czołgów, które parły na Grójec i Sochaczew w kierunku broniących się przed okrążeniem Niemców utknął w środku Piaseczna nad stawem i służył za miejsce zabaw dla miejscowej dzieciarni przez kilka lat.
Chłopskie rodziny po kolei wyprowadzały się z ziemnych lepianek do dwupokojowych domków budowanych na koszt państwa. Piaseczno, które znikło w stu procentach z powierzchni i pojawiało się powoli zupełnie inne. Domy rozdawano ludziom za darmo. Były identyczne. Niektóre stoją do dziś. Na otwarcie szkoły przyjechał Bolesław Bierut. Nie dalej niż 300 metrów od niej znajdowała się kryjówka sześciu akowców. Wśród nich był ścigany przez władze brat mojej mamy Tadeusz Juszkiewicz. Pochodził z gór, tam walczył, wywiózł  z Piaseczna do Kielc najładniejszą dziewczynę – Honorkę. Kiedy szła przez wieś  wyprostowana, jak struna, mężczyźni zawzięcie gwizdali. Każdy chciał mieć taką Jagusię.

U Nazaretanek siedziałam w jednej ławce z Anką Borkowską. Anka swojego ojca nigdy nie widziała. Różne rzeczy, podsłuchane z rozmów swojej babci z mamą z gorączką szeptała mi do ucha. Nie za bardzo rozumiałam jej straszne tajemnice. Od razu przypadłyśmy sobie do gustu. Ona wyglądała znacznie lepiej, niż ja, istny wówczas patyk. Widać na grupowym zdjęciu komunijnym, które posłużyło do ilustracji wspomnień z dzieciństwa Tadeuszowi Gajlowi…

Zapytał mnie mailem, bo nie widzieliśmy się od dzieciństwa, która to ja? Ano, w przekrzywionym wianuszku, ze skrzywioną twarzą, jakby kilka gwoździ naraz nieszczęśnicę zaczęło uwierać w bucie.

Lklasa1kom

Tadeusz zaznaczony Nr 1, Lech Nr 2, a dziewczynka w przekrzywionym wianuszku? Zgadujcie Państwo sami – kometarz Lecha.

Przed dniem pierwszej komunii obie z Anką zamartwiałyśmy się, że lilie, które miałyśmy trzymać w rękach podczas komunijnego nabożeństwa w kościele nie chcą się rozwinąć. Pąki kwiatów pękły w ostatnim momencie, pomogło dodanie do flakonów kilka godzin wcześniej tabletek aspiryny.

Tadeusza Gajla zapamiętałam, bo – po pierwsze do dziś mam okładkę jego zeszytu do polskiego, kiedyś żółtą dzisiaj już białą, która po dziesięcioleciach wygląda, jak szmatka, po drugie – ponieważ  wydawało mi się, że na mnie i na niego nauczyciele w szkole krzyczeli częściej niż na inne dzieci. Za nic. Albo tylko tak mi się wydawało. Może na lekcjach za dużo rozmawiałam z Anką? Ale przecież to ona, nie ja gadała jak najęta. Tadeusza strofowano, żeby nie robił tego pod ławką, co robi. Chciałam koniecznie zobaczyć co takiego? Podpatrzyłam – rysował.

Anka, córka oficera, na fotografii komunijnej stoi pewna siebie, tak jak uczyła ją przy mnie jej babcia, przypominając: pamiętaj, ojciec z góry patrzy! Przysięgałyśmy sobie, że będziemy przyjaciółkami. W czwartej klasie, w którąś niedzielę – w sobotę wieczorem, na dobę zabierano nas z internatu – bojąc się okropnie, piknęłyśmy igłą swoje kciuki. Ona mój, ja jej i połączyły wytoczone krople krwi. Pomysł był Anki. Działo się to pod fortepianem, jakiś cudem, przewiezionym gdzieś z daleka. Zajmował prawie cały pokój w  mieszkaniu przy ulicy Słonecznej. Babcia Anki opowiadała nam o swoim ogrodzie, w którym rosły czerwone, białe, a nawet czarne róże o aksamitnych płatkach, nazywała wnuczkę ocalałą perełką.

Ja, moja mama i ojciec, a właściwie my dwie, bo ojciec w Kielcach bywał rzadko,   odbudowywał Warszawę. Przyjeżdżał najczęściej ze swoim przyjacielem cichym i skromnym inżynierem Władysławem Wichrem, który tylko przez kilka miesięcy przesiedział w piwnicy z wodą za działalność w Armii Krajowej, darowano mu, ponieważ był potrzebny jako konsultant w pracowniach architektonicznych. Mieszkaliśmy na tej samej ulicy co Anka pod trzynastym. Mimo zaklęć, że się z Anką nie rozłączymy, znikła nagle z moich oczu i przestałam we wszelkie zaklęcia wierzyć. Pewien pan, którego Anka bardzo nie lubiła zapowiedział, że niedługo zabierze ją, jej babcię i mamę z Kielc do Krakowa i tam się z mamą Anki ożeni. Tak jak Anki babcia uważałyśmy, że jest bardzo brzydki. Babcia Anki powtarzała, że do jej synowej, z różnych względów, zupełnie nie pasuje.

W Nazarecie podczas uroczystości nie nosiłyśmy fartuchów, tylko białe bluzy z granatowymi marynarskimi kołnierzami obszyte czterema rzędami czarnych tasiemek, a nie białych, jak  w innych szkołach. Do tego granatowe, plisowane spódniczki. Na beretach lśniły porcelanowe krzyżyki ze złotym napisem Nazaret. Internat, zorganizowany przez siostry tylko dla dziewcząt, na spacery wychodził w parach. Kielczanie swoje zakonnice zawsze pozdrawiali. Mali chłopcy biegli obok nas, po ulicach, po parku i pokrzykiwali Nazaretanki! Nazaretanki! Do szkoły wchodziło się przez furtę. Stała w niej siostra, która sprawdzała, czy kapcie są w workach. Dziewczynek z internatu to nie dotyczyło. Od porannej modlitwy kapcie miałyśmy na nogach, potem mycie, czesanie. Siostry nowicjuszki zbyt ciasno zaplatały moje warkocze, bolało.
Nabożeństwo w kaplicy, po nim śniadanie. Zjeść należało wszystko. Masło dostawałyśmy w krążkach, siostry ostrzegały: wszystkie krążki masła powinny zniknąć z talerzy, bo inaczej dostaniecie anemii. Łykałam je, żeby ominąć karmienie. W końcu jakaś przyjemność, lekcje. Pisanie, czytanie, rysowanie, śpiew, od czasu do czasu wycieczki. Ale dobre się kończyło. Najgorsze było przymusowe picie tranu. Codziennie łyżka stołowa. Do picia należało ustawić się w kolejce, siostry przeliczały, czy któraś z kolejki nie uciekła. Mimo zagryzania tranu kawałkiem posolonego chleba, okropnie mną wstrząsało. Żadna chyba tak nie cierpiała, jak ja. Coś gęstego, paskudnego rozlewało mi się w ustach i dochodziło do czubków palców u nóg. Obrzydliwy smak. Urodziłam się bezrybna.
Były dni, w których na obiady przychodzili księża. Siostra Scholastyka dawała ich za przykład. Mówiła, że księża jedzą ryby, dlatego są mądrzy. A ja każdego dnia od rana sprawdzałam, czy z kuchni nie zalatuje czasem rybi zapach, kiedy tak było, chodziłam struta.
W internacie po odrobieniu lekcji, a właściwie przedłużeniu szkolnej nauki, czekała nas frajda. Siostry nowicjuszki, po kryjomu, chętnie umawiały się z nami, na późnowieczorne spotkania w sali gimnastycznej, opowiadały o duchach. Po powrocie do łóżek odmawiałyśmy krótką modlitwę o dobry Boże kładę się spać i nic mi złego nie może się stać, mam na obronę znak krzyża Twego w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego amen. Marzyłam przed snem, że noszę okulary, takie, jak nosi Ewa Łabęcka, której mama mieszkała w Warszawie, dlatego nawet na niedziele Ewa zostawała w internacie. W okularach w czarnej oprawce wyglądała pięknie! Jej łóżko w wieloosobowej sali stało w pobliżu mojego. Udawałam przez jakiś czas, że niezbyt dobrze widzę, ale okulista, którego wezwały siostry, z miejsca mnie rozpracował. Obiektem innych moich gorących marzeń była też broszka wystawiona w witrynie sklepowej w centrum miasta. Miała kształt owalny i prześliczną wiewiórkę pośrodku. Marzyłam o niej, chociaż wiedziałam, że jej nigdy nie dostanę.  O broszce nie powiedziałam nikomu, o okularach  wiedziała Anka, uważała, że w takich, jak ma Ewa byłby mi do twarzy.

Trwały przygotowania do bierzmowania. Przyjęłam imię Teresa, tak jak większość bierzmowanych wtedy dziewczynek. Prawie wszystkie w przyszłości chciałyśmy zostać zakonnicami. Sakramentu udzielał biskup kielecki Czesław Kaczmarek, mówił o konieczności umacniania wiary. To on, poprosił  wiosną w 1939 r., żeby Nazaretanki założyły w Kielcach szkołę. Dysponowały dwoma gmachami i kadrą nauczycielską. W czasie wojny budynki, poza wydzieloną niedużą ich częścią przeznaczoną na klauzurę zajęli Niemcy. Po wojnie zostały wyremontowane i połączone. Przygotowano sale lekcyjne, świetlicę, kaplicę, pomieszczenie dla internatu. Katolicka szkoła w roku 1950/51, przyjęła ok. 1000 uczniów do podstawówki i liceum. Groźba zamknięcia placówki wisiała nad Nazaretankami cały czas, oddalała się także dlatego, że u kieleckich zakonnic mieszkały i uczyły się podobno również dzieci warszawskich dygnitarzy pod zmienionymi nazwiskami. Sterowane zewnątrz władze centralne naciskały na władze lokalne, by zakonnice odsunąć od oświaty i tak się stało. Już mnie wtedy w Kielcach nie było.
Ostatnie wakacje z Nazaretankami spędzałam w ich domu w Sitkówce. Dworek otoczony był kępami wysokich, srebrnych świerków. Pewnego dnia do Sitkówki przyjechali chłopcy – uczniowie z Nazaretu, żeby zagrać z dziewczynkami w dwa ognie, także z mojej czwartej klasy, rozpoznałam niektórych patrząc przez okno. Siostry wytypowały do gry kilka, mnie nie.

Pod koniec sierpnia mieszkałam już w Warszawie na Muranowie. Za parę dni rozpoczęłam naukę w bezwyznaniowej Szkole Podstawowej TPD nr. 11 na Nowolipiu. Zbudowana została na gruzach getta. Pani dyrektor zapowiedziała na apelu, że nowy, piękny gmach będzie służył zdobywaniu wiedzy i zwalczaniu religijnej ciemnoty. Musimy jej i nauczycieli dla naszego dobra bezwzględnie słuchać. Podczas lekcji w klasie pytała każdego skąd do Warszawy przyjechał. Ja odpowiedziałam, że z Kielc, poprawiła mnie, że z Krakowa, ma przecież zapisane w dzienniku, że urodziłam się w Krakowie, czy nie tak? Tak, wydusiłam.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s