Studia – początek

Lech  Lech

Przypomnę historię – zdawałem egzamin wstępny na wydział elektryczny Politechniki Warszawskiej, matematyka poszła doskonale, fizyka fatalnie, nie dostałem się. Po kilku tygodniach przyszła depesza od stryja z Warszawy – przyjeżdżajcie oboje, sprawa studiów.

Pojechaliśmy z Matką jeszcze tego samego dnia. Stryj Ziemowit wyjaśnił sytuację – przy wydziale mechanicznym powstał nowy kierunek inżynieryjno-ekonomiczny, mało kto o nim wiedział więc niewiele osób na niego zdawało, jest kilka miejsc wolnych i przyjmują osoby, które zdały egzamin lecz nie dostały się na inne wydziały.
Stryj postawił sprawę jasno – on uważa, że absolutnie powinienem trwać przy  początkowym wyborze, wszak to jest moje powołanie. Zacząłem naukę o rok wcześniej, dobrze mi zrobi rok pracy i solidne przygotowanie się do ponownego egzaminu. Doceniałem prostolinijność stryja, który powiadomił nas o tej możliwości mimo, że była ona niezgodna z jego koncepcją.
Inny wydział niż elektryczność – to nie mialo dla mnie żadnego znaczenia. Swoją drogą opcja pracy przez rok nie przestraszała mnie, pod warunkiem, że to stryj Ziemowit znajdzie mi tę pracę.
Dla Matki było oczywiste, że skoro jest szansa na studia to należy ją wykorzystać i taką decyzję zakomunikowaliśmy stryjowi. Napisałem podanie i złożyłem je w rektoracie uczelni. Stryj kręcił głową z niezadowoleniem, ale od razu przystąpił do spraw praktycznych. Zakładam, że Lech zostanie przyjęty, ale ponieważ jest już po terminie to nie dostanie miejsca w domu akademickim. To nawet dobrze się składa, stryj Jerzy mieszka samotnie, potrzebuje towarzystwa i drobnej pomocy, Lech zamieszka z nim, to otworzy mu szanse na powrót do Warszawy na dobre.

Pod koniec sierpnia przyszła dobra wiadomość – zostałem przyjęty, przyznano mi też częściowe stypendium – 270 zł. Uroczysty początek roku akademckiego 1 października w auli gmachu głównego Politechniki.

Zamówilismy u krawca garnitur na studia, jedyne co nas gryzło to mieszkanie. Stryj Jerzy był kawalerem. Przed wojną powodziło mu się bardzo dobrze i miał absolutną wiarę w moc pieniądza. Wojna i Powstanie bardzo uszczupliły jego oszczędności, reszty dokonała władza ludowa. Po powrocie z obozu koncentracyjnego w Dachau stryj zainwestował resztkę majątku w firmę elektrotechniczną. Byznes szedł bardzo dobrze, za dobrze. Urząd podatkowy obciążył go ogromnym domiarem, firma upadła, stryj zaczął pracować w instytucji państwowej, ale większość zarobków zabierano mu na spłatę domiaru. Obliczył, że nie spłaci go do końca życia. W rezultacie wpadł w głęboką depresję, był niezdolny do pracy, utrzymywał się z renty inwalidzkiej. To miał być mój codzienny towarzysz na lata studiów. Nie podobało mi się to, ale wyznawałem szwejkowską zasadę – jak będzie tak będzie, zawsze jakoś tam będzie bo jeszcze nigdy tak nie było żeby jakoś tam nie było. Matce nie dawało to jednak spokoju.
Póki co okazało się, że mój doskonały kolega szkolny – Ostaś – jedzie z rodzicami na 2 tygodnie na Mazury. Państwo Ostaszewscy chętnie wzięli mnie ze sobą. Z tego wyjazdu nie pamiętam żadnych wydarzeń poza słuchaniem transmisji z mistrzostw Europy w lekkiej atletyce. Polska zdobyła 8 złotych medali – Wunderteam. Poza tym na pewno graliśmy dużo w bridża.

Po powrocie Matka poinformowała mnie, że będę mieszkał u jej siostry Eugenii na ul. Filtrowej, tuż przy placu Narutowicza. To było duże zaskoczenie. Odwiedzałem ciocię Genię podczas każdego pobytu w Warszawie i miałem wrażenie, że jej kontakt z moją Matką nie był zbyt serdeczny. Ciocia mieszkała w dwupokojowym mieszkaniu z osobną kuchnią i toaletą, oczywiście bez łazienki. Mniejszy pokój zajmowała jej i Matki siostra – ciocia Janka. Większy, przechodni, pokój zajmowała ciocia Genia i jej córka Jola. Teraz jeszcze ja miałem do tego dołączyć. Takiej solidarności rodzinnej nie spodziewałem się i byłem nią nieco zażenowany.
Jola przełamała pierwsze lody, przyjęła mnie bardzo serdecznie. Matka kupiła dla mnie amerykankę – to był taki fotel rozkładany na łóżko. Dostałem dwie szuflady na bieliznę i pościel i jedną na materiały związane ze studiami. Więcej nie było mi potrzebne.
Mieszkanie przy placu Narutowicza to była doskonała lokalizacja – na przeciwko, przy ul Akademickiej 5, znajdował się ogromny dom akademicki…

Akademik

Tam spędzałem cały wolny czas, do domu wpadałem tylko na posiłki i na nocleg.

Program studiów – matematyka, fizyka, chemia, geometria wykreślna, rysunek techniczny, metalurgia, język obcy – wybrałem niemiecki, wychowanie fizyczne.
Najlepiej poszło z tym ostatnim. Dowiedziałem się, że mogę ten przedmiot zastąpić udziałem w zajęciach którejś z sekcji sportowych Politechniki. Zapisałem się do sekcji pływackiej. Zajęcia odbywały się w akademiku. Był tam basen o długości 20m i szerokości trzech pasów. Do sekcji należało mniej niz 10 osób więc nie było tłoku. Póltoragodzinne treningi odbywały się 2 razy w tygodniu. Oczywiście moim ulubionym stylem był styl dowolny, ale tu była za duża konkurencja. Trener przydzielił mi styl klasyczny i grzbietowy i w tych stylach występowałem na zawodach. Bez większych sukcesów. Zorientowałem się, że pływanie to nie jest moja specjalność, ale atmosfera w sekcji była bardzo miła więc wytrwałem w niej ponad 3 lata.

Metalurgia niezbyt przystawała do mojego kierunku studiów. Wydaje mi się, że był to prezent emerytalny dla profesora Stanisława Szczawińskiego, bardzo zasłużonego dla polskiego odlewnictwa. Najbardziej zainteresowało mnie jego wspomnienie, że jako młody człowiek pracował w okolicach Odessy (wikipedia mówi, że to był Mikołaiw) przy spawaniu kadłuba słynnego w kinematografii Pancernika Potiomkin. Niestety nie rozwinął tego tematu. O wyniki egzaminu z tego przedmiotu nie trzeba było się martwić. Od starszych kolegów można było otrzymać karteczki z pytaniami egzaminacyjnymi. Można było za tanie pieniadze kupić pięknie opracowane odpowiedzi, ale ja opracowałem swój temat osobiście. Na egzaminie dostałem czwórkę.

Chemia to był również dość dziwny przedmiot. Wykładowca – profesor Aleksander Pokrasen – google stwierdza, że byl to ceniony specjalista od pokryć ochronych, ale to nie miało nic wspólnego z inżynierią mechaniczną. Jedyne dwa wspomnienia z nauki tego przedmiotu to relacja profesora z aktualnych występów Jana Kiepury w Warszawie i sprawdziany wiedzy przy tablicy. Profesor wywoływał do odpowiedzi po dwóch studentów. Podzielcie tablicę „pa pałam” – polecał – zaciągał nieco po rosyjsku. Następnie dyktował dość skomplikowany wzór chemiczny z wielką zawartością węgla i wykrzykiwał polecenie – spal to pan! Spalenie polegało na wyliczeniu ilości atomów tlenu.

Jeśli dotychczasowa relacja z programu studiów wygląda niezbyt poważnie to pozostałe cztery przedmioty w pełni to rekompesują.

Rysunek techniczny – to byl bardzo ważny przedmiot i musiałem w niego włożyć sporo pracy. Nie miałem problemu z wyobrażeniem sobie przekrojów części maszyn. Cała sztuka polegała na pewności ręki i szybkości. W przeciwnym razie groziło zeskrobywanie tuszu z papieru i z przyrządów kreślarskich. Pomogła mi bliskość akademika gdzie mogłem korzystać ze stołów kreślarskich i dobrych rad kolegów.
Matematyka – rachunek różniczkowy i całkowy. To bardzo mi się podobało. Na egzaminie po pierwszym semestrze dostałem ocenę 4.5.
Fizyka – już po raz trzeci ten sam materiał – ruch, dynamika, termodynamika, elektryczność. Jednak po zastosowaniu różniczek i całek nabrało to nowego wymiaru. Przedmiot uchodził za bardzo trudny, wykładowca, zawsze elegancko ubrany profesor Ścisłowski, ostrzegał, że zdać na trójkę to duży sukces. Egzamin dopiero na koniec roku.
Geometria wykreślna – to był balet przy tablicy. Wykładał profesor Zbigniew Lewandowski. Przed wykładem asystenci rysowali kredą na tablicy wstępny szkic do tematu zajęć. Profesor przychodził kilka minut przed wykładem żeby sprawdzić poprawność tego szkicu i kręcił z dezaprobatą głową ilekroć używali linijki lub cyrkla. Wykład zaczynał się od prezentacji tematu poczym profesor rozwiązywał go na tablicy. Używał tylko kredy i kawałka sznurka, który w jego rękach zamieniał się w czarodziejską pałeczkę. Przejeżdżał sznurkiem po kredzie, następnie przykładał go do tablicy, napinał lekko palcem i puszczał jak cięciwę łuku – powstawała precyzyjnie wymierzona linia.
– Mamy prostą, ale gdzie jest punkt? Gdzie jest punkt? – powtarzał dramatycznie. – Studenci zdolni i pilni już go widzą. Dla tych mniej uzdolnionych – znowu prztyknięcie nakredowanym sznurkiem – pokażę go, jest tutaj!
Geometria wykreślna nadawała martwym bryłom nowe wymiary. Walec przecięty płaszczyzną dawał w wyniku elipsę. Punkt na obwodzie krecącego się koła kreślił nowe kształty. Nowe pojęcia – cykloida – KLIK, ewolwenta – KLIK. Profesor wyrażał troskę, że przedmiot trudny a zdolnych studentów coraz mniej. Stwierdził, że zdanie egzaminu z materiału przerobionego w ciągu roku przekracza nasze możliwości a zatem egzamin będzie po pierwszym semestrze. Po drugim semestrze będzie tylko zaliczenie ćwiczeń. Z egzaminu dostałem czwórkę.
Wyniki pierwszego semestru pokazałem z dumą stryjowi Ziemowitowi. Widziałem, że była to dla niego ulga. Może jednak wyjdę na ludzi.
Jedynym zawodem były brak dziewczyn na naszym wydziale – na 300 studentów pierwszego roku było ich tylko 6 oraz brak czasu i okazji na zainteresowanie się kabaretem Stodoła.

Studia zajmowały mi bardzo dużo czasu. Ze spraw pozastudenckich pamiętam tylko, że córki cioci Eugenii – Jola i Danusia – zgromadziły sporą bibliotekę, w której dominowali autorzy francuscy – Malraux, Mauriac, Camus, Sartre. Szczególnie ten ostatni zasiał trochę zamętu w mojej głowie. Inna ważna sprawa to zakup abonamentu do Filharmonii Narodowej. Zakupiłem miejsce na II balkonie. Często byłem jedynym słuchaczem w tej strefie. Uczynni portierzy poinformowali mnie, że należało kupić wejściówkę i korzystać z niezajętych miejsc w lepszych strefach. W następnych sezonach korzystałem z tej rady. Pamiętam, że pierwszy koncert jakiego wysłuchałem to był występ niemieckiego klawesynisty Hansa Pischnera, który jednocześnie pełnił funcję wiceministra kultury NRD.

Drugi semestr – metalurgię zastąpiło odlewnictwo. Skończyła się chemia, przybył nowy przedmiot – mechanika. To były pozytywne zmiany. Odlewnictwo to była specjalność profesora Szczawińskiego i wykładał je interesująco. Mechanika teoretyczna – przybliżenie fizyki do realnego świata.
W międzyczasie dostałem powiadomienie, że na następny rok przyznano mi miejsce w akademiku. Wystarczyło tylko zdać egzaminy. Było ich cztery. Na prośbę Matki podalem jej terminy  żeby w odpowiednim dniu mogła zapalić świeczkę w kościele. Zdecydowałm, że w czerwcu będe zdawał z trzech przedmiotów, fizykę odłożyłem na wrzesień.
Mechanika – świetnie – czwórka. Matematyka – powtórzyło się znane mi z matury zaćmienie umysłu. Ze wstydem wręczałem indeks do wpisania oceny niedostatecznej. Wykładowca – pani Berezowska – przekartkowała indeks. Cztery i pół – odczytała ocenę z pierwszego semestru – ja pana pamiętam, chciałam wtedy panu postawić piątkę a tu taki wstyd. Nie, ja panu tej dwójki nie wpiszę, proszę przygotować się porządnie i przyjść na egzamin po wakacjach.
Pozostawał problem – co napisać Matce? Napisałem, że dostałem 3,5.
Odlewnictwo to miała byc formalność. Jak metalurgia w I semestrze. Miałem kartkę z pytaniem, miałem przygotowaną kartkę z odpowiedzią. Na egzaminie czekała nas duża niespodzianka. Profesor Szczawiński polecił najpierw asystentom  żeby sporządzili listę obecnych. Następnie oznajmił – doszły mnie słuchy, że niektórzy studenci oszukują i przynoszą na egzamin podrobione kartki z tematami oraz gotowe odpowiedzi. Osobiście w to nie wierzę, ale dzisiaj, dla sprawdzenia, pytania są wydrukowane na czerwono. Na sali wybuchła panika. Kilka bardziej przytomnych osób puściło czerwone kartki w ruch, może trafią do kogoś, kto ma przygotowany właśnie ten temat. Ja nie należałem do tych szczęśliwców. Nie czekałem nawet na ogłoszenie wyników. Do Matki napisałem, że dostałem czwórkę. W odpowiedzi dostałem list, w którym Matka gratulowała mi sukcesu i wspomniała, że powiadomiła swojego brata i siostrę mieszkających za granicą, że przeszedłem już na drugi rok. Oni nie rozumieją co to znaczy sesja jesienna to po co mącić im w głowach, przecież ten jeden egzamin zdasz z łatwością. Co racja to racja. Problem w tym, że pierwszego roku nie można było powtarzać, jeśli nie zdam tych trzech egzaminów we wrześniu to wyrzucą mnie ze studiów. Zdał wszystkie egzaminy, ale go wyrzucili – to był makabryczny sen, który nie raz obudził mnie w nocy.

Na razie nadchodziły długie wakacje. W lipcu odbywały się praktyki robotnicze. Razem z pochodzącym również z Kielc kolegą wybraliśmy Nową Hutę. Na sierpień planowaliśmy wspólną wyprawę autostopem na Mazury.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s