Studia – wakacje

Lech  Lech

Praktyka robotnicza w Nowej Hucie. Pojechałem na nią razem z Danielem, kielczaninem, którego poznałem dopiero na studiach. To było w jakiś sposób spełnienie moich dziecinnych tęsknot gdy oglądałem reportaże o dzielnych brygadach młodzieżowych budujących nowe miasto. Nowa Huta nie rozczarowała mnie…

Nowa Huta

… szerokie ulice, sporo zieleni, nowe domy przypominające MDM. Dostaliśmy zakwaterowanie w czteroosobowym pokoju w hotelu robotniczym. Nasi współlokatorzy odbywali taką samą praktykę. Przed 6 rano zabierał nas do pracy autobus. Huta robiła dużo większe wrażenie niż na kronikach filmowych. Potężne urządzenia, płynne żeliwo i stal, rozgrzane do białości stalowe płyty pędzące po wirujących walcach, białe węże walcowanych prętów. To budziło respekt, kroniki nie kłamały.
Nasza praktyka odbywała się na odlewni żeliwa. Jednym z naszych zadań była pomoc w przygotowaniu form odlewniczych w ziemi. Ziemia w odlewni była wilgotna i kleista. Odlewano w niej elementy dużych konstrukcji. Kopano dół, w którym umieszczano drewniany model. Po wyjęciu modelu trzeba było utwardzić powierzchnię formy szkłem wodnym. Po kilku godzinach zalewano formę płynnym żeliwem. Po dwóch dniach odlew stygł na tyle, że można było go odkopać i oczyścić. Współraca z robotnikami układała się dobrze. Nadzór techniczny troszczył się o naszą wiedzę. Wykłady profesora Szczawińskiego nabierały właściwej barwy, chyba potrafię zdać ten egzamin bez pomocy gotowców.
Za pracę w warunkach szkodliwych dla zdrowia każdy z nas otrzymywał przydział 2 litry mleka dziennie. Odkryliśmy, że mleko wlane do butelki po wodzie sodowej bardzo szybko kwaśniało, doskonały dodatek do kolacji. Pracę kończylismy o 2, potem obiad w zakładowej stołówce. Lipiec był słoneczny więc często chodziliśmy na basen. Tam okazało się, że Daniel nie umie pływać, niezła rekomendacja dla partnera do wycieczki kajakowej po mazurskich jeziorach.
Podczas pobytu w Krakowie zauważyłem plakat informujący, że wkrótce odbędzie się przedstawienie dyplomowe Wyższej Szkoły Teatralnej – Pies Ogrodnika Lope de Vega a wystąpi w nim córka stryja Ziemowita – Anna. Anna ukończyła historię sztuki i jej późniejsze studia aktorskie były rodzinną sensacją. Moja Matka nie wróżyła jej sukcesów – ma niezbyt mocny głos i jest przeintelektualizowana – stwierdziła – nie będzie miała wystarczającej spontaniczności. Jednak w roli hrabiny Diany Anna wypadła bardzo dobrze. Widząc jej kapryśne igraszki z wieloma zalotnikami nie miałem śmiałości odwiedzić jej po przedstawieniu.

Do Kielc wracaliśmy autostopem. Autobusem dojechaliśmy na obrzeża Krakowa poczym długie godziny czekania przy szosie. Robiło sie ciemno gdy zabrała nas jakaś ciężarówka, ale tylko do Jędrzejowa. Dojechaliśmy późną nocą, do Kielc pozostawało prawie 40 km. Po chwili dołaczyło do nas dwóch komandosów, Czerwone Berety. Ucieszyliśmy się – jak panowie staną na szosie to każdy samochód się zatrzyma. – Stanąć na szosie? Nie ma mowy.
Okazało się, że cała ich kompania dostała zadanie przedostać się w ciągu 2 dni z okolic Nowego Targu gdzieś w okolice Słupska. Jednocześnie WSW czyli rodzaj wojskowej milicji dostało zadanie aby ich łapać. Za każdego złapanego komandosa patrol WSW dostanie 1 dzień dodatkowego urlopu. Złapany komandos dostanie tydzień aresztu na gołych deskach o chlebie i wodzie.
– Panowie zatrzymujcie samochody a dopiero jak się okaże nie ma tam żadnej zasadzki to my doskoczymy – oświadczyli komadosi.
Samochód pojawił się dopiero koło północy. Zdesperowani stanęłiśmy z Danielem na szosie – musi się zatrzymać. Zatrzymał się, kierowca dał znak żeby wsiadać, nasi towarzysze wyskoczyli z krzaków i przed nami wskoczyli do skrzyni ciężarówki. W tym samym momencie ze skrzyni wyskoczyło dwóch czy trzech żołnierzy. To byli też komandosi, gdy zobaczyli ludzi w mundurach myśleli, że to wojskowa milicja. Nie pomogło nawoływanie, że tu sami swoi, zniknęli na dobre w lesie. Wreszcie i my wsiedliśmy do samochodu. Nasza radość zupełnie nie pasowała do sytuacji. W skrzyni ciężarówki stała trumna, u jej szczytu paliły się świeczki. Na ławach siedzieli smutni ludzie w czarnych ubraniach. Po pewnym czasie napięta początkowo atmosfera  poprawiła się i dowiedzieliśmy się, że wracają z wesela. Człowek w trumnie to ojciec pana młodego zabity podczas bójki.
– Czternaście nożów dostał i jeszcze się ruszał –  wspominał z dumą któryś z żałobników.

Po dniu odpoczynku w Kielcach ruszyliśmy również autostopem do Warszawy. Nocowaliśmy w noclegowni dla autostopowiczów zorganizowanej w salach gimnastycznych w naszym akademiku. Następnego dnia poszliśmy na plażę nad Wisłą. Naszą uwagę zwrócił statek pasażerski odbywający rejsy do Gdańska. Postanowiliśmy pojechać nim to Torunia a dalej, na Mazury, autostopem.
Mazury właśnie stawały się bardzo modne. Autostop okrzepł przed dwa lata i był bardzo popularny. To była mieszanka wybuchowa. Przy mazurskich szosach koczowały ogromne grupy autostopowiczów. Nie pozostawało nic innego tylko do nich dołączyć. Czekając na samochód słuchaliśmy niezwykłych opowieści. Dla niektórych autostop stał się sposobem życia, jechali przed siebie bez żadnego celu, tylko żeby pokonywać kilometry. Nasz sąsiad w rowie wyjeździł od początku roku prawie 15 tysięcy kilometrów. Opowiadano o kierowcach, którzy aby uzbierać dużo kuponów robią dodatkowe „puste” kursy ze skrzynią pełną autostopowiczów. Wreszcie udało nam się wcisnąć do jakiejś ciężarówki. To nie było sympatyczne doświadczenie. Do skrzyni wepchnnęło się chyba 40 osób, wszyscy stalismy, niektórzy jechali niebezpiecznie wychyleni, inni wymachiwali nad głowami kijami a może nawet maczetami. Kierowca wysadził nas koło jakiejś niewielkiej miejscowości. Kilkanaście osób pozostało przy szosie czekając na kolejną okazję, my dołączyliśmy do grupy szukającej noclegu. Kto przyjmie na nocleg taką bandę – zastanawialiśmy się z Danielem. – Niech spróbuje odmówić, zadepczemy mu pole – warczeli bardziej zdeterminowani. Nie odmówił tylko błagał żeby nikt nie palił papierosów.
– Panowie, nie palimy, gospodarza trzeba uszanować – zaanonsował samozwańczy lider. – A teraz trzeba poszukać coś do zjedzenia, ale pamiętajcie – swojego gospodarza szanujemy.
– Coś do jedzenia? W małej wsi w środku nocy? – wyszliśmy z innymi przed stodołę. – O tam, to wygląda jak kukurydza, może gdzieś znajdzie się rzepa. Tylko pamiętajcie – z pola naszego gospodarza nic nie brać. Ze wstydem przyznaję, że urwaliśmy po kolbie kukurydzy. Następnego dnia dojechaliśmy do celu, do Giżycka nad jeziorem Niegocin. 

Wypożyczyliśmy kajak i ruszyliśmy na północ w kierunku Węgorzewa. Późnym popołudniem dotarliśmy do jakiegoś dużego gospodarstwa, to był PGR. Poprosiliśmy o nocleg w stodole, kajak zostawiliśmy na brzegu.
Następnego ranka po kajaku nie było ani śladu. Pracownicy PGR udawali Greków – zostawiliście kajak na brzegu? No to każdy mógł go ukraść. Zdecydowaliśmy powiadomić milicję. W tym celu trzeba było jechać do Węgorzewa. Uczynni gospodarze zaoferowali rower. Kto jedzie? To było dobre pytanie – nie umiałem jeździć na rowerze. Daniel proponował losowanie, ale wykręciłem się tłumacząc, że boli mnie noga. On pojechał a ja włóczyłem się po okolicznym lesie. Tam spotkałem starszą kobietę, która pokiwała do mnie palcem żebym podszedł bliżej, rozejrzała się czy nikt nas nie widzi i szeptem poinstruowała gdzie szukać kajaka. Był niezbyt daleko, dobrze ukryty pod gałęziami. Przyholowałem kajak do zabudowań, w tym samym czasie Daniel wrócił z Gizycka. Było zbyt późno żeby wiosłować gdzieś dalej więc poprosiliśmy o zgodę na kolejny nocleg. Nasi gospodarze przyjęli bardzo obojętnie fakt znalezienia kajaka i zgodzili się. Tym razem wciągnęliśmy kajak do stodoły.

Następnego dnia trzeba było znowu pojechać do Węgorzewa, powiadomić milicję, że kajak się znalazł. Mnie nadal „bolała noga”. Po powrocie Daniela ruszyliśmy w drogę. Pierwsza rzecz to w jakiś sposób zemścić się na naszych gospodarzach. Sposób był pod ręką – stado kaczek w jeziorze. Sprawdziliśmy, że nikt nas nie obserwuje z brzegu, odpędziliśmy jedną z kaczek nieco dalej od stada, i łaps! Ofiara tak się wystraszyła, że zabrudziła nam kajak. Ukręciliśmy jej łeb i wiosłowalismy dalej zastanawiając się co też teraz z tym łupem zrobić. Zdecydowaliśmy zatrzymać się w jakimś gospodarstwie na obrzeżach Węgorzewa, blisko lasu, żeby móc w ukryciu oporządzić naszą zdobycz. Mimochodem spytaliśmy gospodynię jak najłatwiej usmażyć gęś. Poradziła kupić w Węgorzewie smalec.
Po smalec powiosłowaliśmy następnego dnia. Było bardzo gorąco, owinięty w papier smalec roztapiał się nam w dłoniach. Włożyliśmy więc paczkę ze smalcem do jeziora, zasłoniliśmy ją kajakiem żeby nie odpłynęła i poszliśmy zwiedzać miasteczko. Nie było niczego do zwiedzania, nie spotkaliśmy żadnych żeglarzy ani wioślarzy. Jedynym wartościowym nabytkiem była gazeta Sztandar Młodych a w niej publikowana w odcinkach książka Sławomira Mrożka – Ucieczka na południe. Wikipedia podaje 1961 jako rok publikacji tej książki. Chodzi oczywiście o wydanie książkowe, my czytaliśmy to w odcinkach latem 1959 roku. Prasę dostarczano do kiosku co kilka dni więc mogłem kupić jeszcze kilka starych numerów gazety. Wróciliśmy do przystani – smalec zniknął. Całe szczęście, że nie kajak bo przecież był przywiązany do przystani kawałkiem linki.
Jedyne osoby w pobliżu to jakiś wędkarz z dziewczyną. Daniel był bardzo zasadniczym człowiekiem więc zaczął go dość ostro wypytywać. – Jaki smalec? Nie widziałem żadnego smalcu – oponował wędkarz. Daniel nie ustawał w pytaniach. Wtrąciła się dziewczyna wędkarza – ja widziałam, połknęła go ryba, taaaka wielka ryba – rozłożyła szeroko ręce. Rzeczywiście była wielka. Wędkarz patrzył na swoją dziewczynę z podziwem. Wróciliśmy do sklepu, na szczęście smalcu nie zabrakło. Mieliśmy ze sobą menażkę więc nalaliśmy wody, włożyliśmy w nią paczkę ze smalcem i powiosłowaliśmy do miejsca zamieszkania. 
W lesie oskubaliśmy kaczkę i wypatroszyliśmy ją. Zakopaliśmy wszystko w głębokim dole i zabraliśmy się do smażenia. Kaczka była chuda i żylasta. Nie jestem pewien czy mieliśmy choćby sól, ale wystarczał nam smak zemsty.

Następnego dnia ruszyliśmy w drogę powrotną. Zostało nam trochę kaczki na obiad i sporo smalcu. Włożyliśmy go znowu do menażki wypełnionej wodą, którą co pewien czas zmienialiśmy żeby była chłodna. Przed Giżyckiem zauważyliśmy przybrzeżny basen. Zatrzymaliśmy się na kąpiel. Ugotowaliśmy zupę w proszku i zjedliśmy na zimno resztki kaczki. Przy okazji stwierdziliśmy, że smalec w menażce całkiem się roztopił i zmieszał z wodą tworząc dość gęstą ciecz. Z północy wiał lekki wiatr, na jeziorze robiły się fale. Przypomniałem sobie sytuację z powieści podróżniczej – chyba 15-letni kapitan J. Verne – burza na morzu, ogromne fale, kapitan kazał rozbić beczki z tranem gdyż tłuszcz uspokoi wzburzone morze. Spytałem Daniela czy to zna. Nie znał. – A może by tak teraz spróbować? Popłynęliśmy nieco na północ i wlaliśmy do jeziora zawartość menażki. Wielka tłusta plama wolno popłynęła w stronę basenu. Fale się nie zmniejszyły za to po chwili od strony basenu dobiegły nas rozpaczliwe krzyki. Powiosłowaliśmy energicznie dalej.
Kolejną noc spędziliśmy w stodole u bardzo miłego gospodarza. Nikt nikomu niczego nie ukradł.

Następnego dnia wypłynęliśmy na jezioro Niegocin kierując się na południe, do Mikołajek…

Niegocin

To było ogromne jezioro, jak morze. Niepokoiła mnie nieco świadomość, że Daniel nie umie pływać, ale liczyłem na to, że w przypadku wywrotki kajak utrzyma się na powierzchni wody i przyjdzie nam z pomocą jakaś żagłówka, których było w pobliżu sporo. Północny wiatr nam sprzyjał, kajak ślizgał się po falach jakby miał żagiel – sama radość. Kanałami dopłynęliśmy do niewielkiego jeziora Tałtowisko a następnie do jeziora Tałty. Tam dogoniła nas wielka ulewa. Mijaliśmy osadę Tałty więc postanowiliśmy tam się zatrzymać. Dostaliśmy nocleg w stodole, gospodarz pozwolił nam wciągnąć do środka kajak. Zdziwiło nas, że dość słabo i z wyraźną niechęcią mówił po polsku. W osadzie nie było żadnego sklepu, do Mikołajek było około 6 km. Nie mieliśmy ze sobą żadnych zapasów żywności oprócz płatków owsianych, zupy w proszku i dżemu. Na obiadokolację zjedliśmy więc zupę mocno zagęszczoną płatkami a na deser płatki z dżemem.

Następnego dnia nadal lał okropny deszcz. Iść na piechotę 6 km do Mikołajek a potem wracać, woleliśmy płatki w dwóch postaciach. Zastukaliśmy do kilku chałup z pytaniem czy ktoś nie odstąpi nam mleka i choć dwie kromki chleba. Wszędzie spotykała nas niechęć, odmowa i komentarze po niemiecku. Daniel aż się gotował ze złości, szczególnie na ten niemiecki. Swoje pretensje wylał na naszego gospodarza – jesteście Polakami, jak możecie mówić w języku naszych niedawnych okupantów?
– Jakimi Polakami – odparował gospodarz – my jesteśmy Niemcy.
– Jak czujecie się Niemcami to jedźcie do Niemiec.
– Toż my o to od lat prosimy, ale Polska nas nie wypuszcza.
To było zupełne zaskoczenie – skuliliśmy ogony pod siebie i zabraliśmy się za gotowanie płatków.
Następnego dnia deszcz nieco zelżał więc poszliśmy do Mikołajek. Podobnie jak przedtem Węgorzewo Mikołajki wydawały się być wymarłe. Żadnych ludzi, żadnych turystów. Nawet z zakupem chleba były kłopoty. Większość dnia spędziliśmy w barze mlecznym posilając się i czytając kolejne odcinki Podróży na południe.

Wreszcie deszcz ustał, rano obudził nas silny wiatr. Zapakowaliśmy kajak i ruszyliśmy w drogę powrotną. Dość szybko dojechaliśmy do jeziora Niegocin i miny nam zrzedły. To było rozszalałe morze. Giżycka nie było nawet widać, przeciwny wiatr, ogromne fale toczyły się w naszą stronę. Zaatakowaliśmy je. Fale były wysokości ponad metr. Gdy kajak znajdował się w dołku to z każdej strony górowały nam nami masy wody. Przechylaliśmy się do tyłu żeby odciążyć przód kajaka i wiosłowałiśmy jak szaleni by wspiąć się na szczyt fali. Przez chwilę dziób kajaka wisiał nad przepaścią poczym zaczynał się zjazd. Fale były krótkie więc dziób wbijał się w nadchodzącą fale i znikał pod wodą. To była chwila grozy – podniesie się do góry czy wciągnie nas pod nadchodzącą falę? Znowu rozpaczliwe przechyły do tyłu i wiosłowanie. Nie wiem jak długo to wytrzymaliśmy, wydaje mi się, że dość długo, ale było wiadomo, że w ten sposób nie dopłyniemy do celu, wcześniej lub później nastąpi katastrofa. Zresztą zabraknie nam sił. Woda była ciepła więc perspektywa dopłynięcia do brzegu nie przestraszała mnie. Na treningach przepływałem regularnie ponad 2 km, pływanie na falach było mi znane z pobytów w Sopocie. Ale Daniel nie umiał pływać. Zostawić go przy podtopionym kajaku i wzywac pomocy? Na jeziorze nie było widać żadnej łodzi, wezwanie pomocy z Giżycka zajmie  kilka godzin, gdzie wtedy szukać przewróconego kajaka o ile jeszcze nie pójdzie na dno.
Zdecydowaliśmy skręcić w prawo – na wschód i dopłynąć do brzegu. Płynięcie  bokiem do fal było jak balansowanie na linie, ale dopłynęliśmy. W najbliższym gospodarstwie zostawiliśmy nasze bagaże żeby odciążyc kajak i ruszyliśmy w drogę wzdłuż brzegu. Tu nie było już żadnego niebezpieczeństwa, ale wiosłowanie było jeszcze trudniejsze bo fale łamały się przy brzegu. Nie wiem dlaczego nie wpadliśmy na oczywisty pomysł – odczekać do następnego dnia – lecz zdecydowaliśmy, że Daniel pobiegnie do Giżycka żeby nie zamknęli nam przed nosem wypożyczalni kajaków a ja będe wiosłował sam. To było bardzo długie wiosłowanie, ale w Giżycku przywitali mnie jak bohatera. Daniel przybył tam ponad godzinę wcześniej i jego opowieści wzbudziły sensację. Takiej wichury dawno tu nie było. Kilka żaglowek, które wiatr zaskoczył na jeziorze, wywróciło się. Zabroniono wypływania na jezioro. Byliśmy jedyną jednostką pływającą, która pokonała jezioro w tym dniu. W restauracji każdy chciał poczęstować nas piwem, z trudem znaleźliśmy naszą stodołę.

Powrót autostopem do Kielc nie pozostawił żadnych wspomnień. W Kielcach byłem bohaterem z innego powodu. Matka była niezmiernie dumna z moich akademickich sukcesów. Odwiedzała ze mną swoje koleżanki i mimochodem wspominała – Lech jest już na drugim roku Politechniki. Koszmar senny – zdał wszystkie egzaminy, ale go wyrzucili ze studiów – dręczył mnie coraz częściej. Przygotowanie się do egzaminów w Kielcach nie było możliwe. Dla większośći przedmiotów nie było żadnych podręczników, polegaliśmy tylko na notatkach swoich i kolegów. Nieocenione były rady starszych kolegów. Rwałem się do Warszawy, miejsce w akademiku czekało na mnie już od 1 wrzesnia. 
– Wyskoczysz do Warszawy na dwa-trzy dni – przecież to tylko jeden egzamin –  planowała na głos Matka. Nie pamiętam jakich argumentów użyłem – wyjechałem 17 września.
W ciągu następnych 10 dni zdałem wszystkie trzy egzaminy. Te oblane w czerwcu zdałem dokładnie na taką ocenę jaką podałem wcześniej w listach do Matki.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s