Manilla, ach idylla

Jak boginie w oceanie sinym.
Kąpią się urocze Filipiny.
Wulkanami lazur nieba kłują,
Palmy stopy im wachlują.
Kraj piękniejszy nie śnił się i muzom
Od urody cudnej wyspy Luzon
I pieszczonej spojrzeniami gwiazd
Manilli, perły miast.
Manilla! Manilla!…
Kabaret Starszych Panów – KLIK.

Kontrakt z Uniwersytem gwarantował na zakończenie kontraktu bilet lotniczy do kraju zamieszkania dla mnie i mojej rodziny. Ponieważ nie wracaliśmy do Polski mogliśmy otrzymać bilety na dowolny lot liniami Kuwait Airways.
Do Australii nie latali wybraliśmy więc Filipiny.

Do Manilli przylecieliśmy rano. Zieleń jak na Florydzie a jednocześnie znośne temperatury i słoneczna pogoda. Postanowiliśmy spędzić tu kilka dni.

Atmosfera miasta oczarowała nas. Przede wszystkim przyjaźni ludzie. Po prostu było przyjemnie zmieszać się z nimi na ulicy. Jeszcze przyjemniej wsiąść do zatłoczonego miniautobusiku – jeepney – KLIK. Dokoła pomocne ręce, uśmiechnięte twarze. Kręciliśmy się dość chaotycznie po mieście. Na zdjęciu uwidoczniona wizyta w ogrodzie botanicznym (a może w ZOO) …

LFilLew

Najbardziej bawił mnie fakt, że gęsta dżungla dookoła robiła znacznie większe wrażenie niż ta na obrazku.

Kolejne dwa dni spędziliśmy na wycieczkach w okolice Manilli.
Pierwsza – Tagaytay – wulkan w jeziorze, jezioro w wulkanie –  KLIK.

Po drodze odwiedziliśmy fabrykę, w której produkowano ulubione przez nas jeepneye.

LFilJeepn

Nasz kierowca i przewodnik był bardzo sympatyczny i udzielał wyczerpujących informacji o mijanych miejscach.  Oto cel naszej wycieczki.

LFilJez1

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się na plantacji ananasów. Degustacja na miejscu…

LFilAnanas

Na następny dzień mieliśmy zaplanowaną wycieczkę do wodospadu Pangsanjan – KLIK.

Oczywiście zamówiłem ją w tej samej firmie i poprosiłem żeby towarzyszył nam ten sam przewodnik.
Ledwie zdążyłem złożyć to zamówienie, odwiedził nas Filipińczyk, dla którego Sylwia przewiozła paczkę od jego żony pracującej w Kuwejcie. Bardzo nie podobał mi się pomysł wiezienia do obcego kraju paczek od nieznanych osób, ale uczynność Sylwii nie zna granic.
Filipińczyk był bardzo wdzięczny i koniecznie chciał się jakoś zrewanżować. Gdy usłyszał o planowanej wycieczce zaczął nalegać żebyśmy pozwolili jemu to zorganizować. Byłem przeciwny, już zamówione, sympatyczny przewodnik na nas liczy. Jednak nasz gość prosił ze łzami w oczach, zgodziliśmy się.

Następnego dnia nasz nowy przyjaciel spóźnił się ponad pół godziny. Okazało się, że zepsuł mu się samochód. Jednak pożyczył samochód od kolegi. Była to dość mała, nieklimatyzowana toyota. Co gorsza samochód został pożyczony razem z właścicielem a zatem cała nasza czwórka musiała upchać się na tylnym siedzeniu.
Dojechaliśmy na miejsce gdzie zaczynał się spływ rzeką. Droga zamknięta i informacja, że wyłączne prawo do spływu ma miejscowa firma, koszt spływu był większy niż koszt wycieczki zamówionej w firmie turystycznej.
Mocno się zdenerwowałem, ale nasi gospodarze zapewnili nas, że oni załatwią to dużo taniej. Skręciliśmy z szosy gdzieś w las. Wkrótce dojechaliśmy do jakiejś wioski, otoczył nas rozkrzyczany, przyjazny tłum. Wygladało to na bardzo biedną wioskę, ale ludzie nie byli wychudzeni i mieli uśmiechy na twarzach. Nasi gospodarze udali się szukać przewoźnika a my odwzajemnialiśmy uśmiechy otaczającego nas tłumu.
– Wydaje mi się, że się stąd nie wydostaniemy jeśli nie opłacimy wyżywienia całej wioski przez miesiąc – stwierdziłem.
Nie pomyliłem się. Nasi gospodarze wrócili radośni, znaleźli przewoźnika, cena mniejsza niż oficjalna. Okazało się jednak, że do łodzi mieści się dwójka pasażerów a więc 3 łodzie gdyż musimy zafundować wycieczkę naszym gospodarzom. Zapłaciłem i czekaliśmy na łodzie. Po pewnm czasie zjawił się przewoźnik. Miał stroskaną minę – policja patroluje rzekę, trzeba zapłacić łapówkę. Nie było odwrotu, zapłaciłem. Kolejne pół godzimy czekania i ruszyliśmy.
Rzeka Bumbungan, która płynęliśmy, to miejsce gdzie nakręcono sceny do filmu Apocalypse Now (luźniej adaptacji Jądra ciemności J. Conrada). W filmie Amerykanie wypatrywali na każdym zakrecie zasadzki Vietcongu, my wypatrywaliśmy z równymi emocjami patrolu policji.

LFilRiver2

Droga do wodospadu wiodła wąskim, kamienistym, stromym, wąwozem. Nasi wioślarze przepychali a czasem przenosili łódź wraz z pasażerami.

LFilWodosp1

Wreszcie dotarliśmy na miejsce. Pod wodospad podpływało się tratwą (za dodatkową opłatą).

LFilWodo1

Wieczorem zostawiliśmy dzieci w hotelu a sami wybraliśmy się do kasyna.

Naopowiadałem Sylwii tyle o moich przygodach w kasyno w Birmingham – KLIK, że chciała osobiście sprawdzić. W kasynie obowiązywał strój wieczorowy. Nie miałem zbytniej ochoty zakładać garnituru, na szczęście dowiedziałem się, że jako strój wieczorowy traktowana jest ozdobna filipińska koszula jaką sobie kupiłem.
Kasyno nas rozczarowało. Było bardzo tłoczno, głośno a różnica między minimalną a maksymalną stawką nie pozwalała podwoić stawki więcej niż 5 razy.

Przedostatni dzień spędziliśmy w okolicach hotelu. Był tam duży bazar, na którym kupiliśmy kilka drobiazgów. Było też kilka restauracji oferujących lokalne potrawy, muzykę i towarzystwo odpowiednie dla każdego.

LFilBal3

LFilBalGirls

Gorąco zapraszali nas na wieczorny bal. Ze względu na dzieci przyszliśmy jako jedni z pierwszych. Za chwilę zaczęły się występy.  Konferansjer zaanonsował bardzo szumnie jakiegoś śpiewaka a po zakończeniu jego występu postawił na scenie słoik i zasugerowano żeby wrzucać tam wymierne oznaki uznania. Chyba byłem pierwszym , który coś wrzucił, niewiele, może $5. Konferansjer spytał mnie o nazwisko i kraj i szumnie ogłosił:
– Nasza impreza jest sponsorowana przez pana Milewskiego z Polski!
W miarę upływu czasu przybywało gości. Po każdym występie  była zbiórka do słoika, anons nowych dawców , czasem bardzo szczodrych, i przypomnienie:
– Nasza impreza jest sponsorowana przez pana Milewskiego z Polski!

Oprócz występów były różne konkursy dla widzów. Wszyscy w nich ochoczo uczestniczyliśmy.

LFilBal1

Mnie najbardziej przypadł do gustu taniec, podczas którego trzeba było skakać przez bambusowe pręty…

LFilBallDance

To tinikling – KLIK.

Robiło się późno, zbieraliśmy się do wyjścia, ale podbiegł do nas mistrz ceremonii o poprosił żeby zostać jeszcze chwilę gdyż odbędzie się ceremonia dekoracji Królowej Balu a dokona tego Honorowy Gość… czyli ja.

LFilBalCrown

Gdy wreszcie wychodziliśmy z balu orkiestra zagrała nam fanfarę a konferansjer poprosił całą publiczność o powstanie.

Następnego dnia wyszedłem kupić mleko i pieczywo na śniadanie. Był późny ranek, po ulicy spacerowały parami młode dziewczyny, wyraźnie poszukujące sponsora. Na mój widok machały przyjaźnie dłońmi
– Good morning Mr Milewski from Poland.

Pomyślałem, że gdybyśmy tu dłużej zostali to może zostałbym prezydentem tego sympatycznego kraju, ale wieczorem australijskie linie Qantas zabrały nas w dalsza drogę.

P.S. Jako motto do tego wpisu wybrałem piosenkę Manilla. Na internecie znalazłem tylko tekst przypisywany Kabaretowi Starszych Panów. Piosenki nie znalazłem na youtube, ale moja pamięć mówi, że wykonawcą była Maria Koterbska i w piosence nie było ostrych antykolonialnych akcentów, które znalazłem w zlinkowanym tekście wiersza.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s