1983 – pożegnanie Kuwejtu

Kilka tygodni przed wyjazdem zacząłem szukać w Kuwejcie jakiegoś Australijczyka żeby z pierwszej ręki dowiedzieć się czegoś o miejscu naszego przeznaczenia. Nie było to łatwe co uznałem za dobrą wiadomość – znaczy, że tam tak dobrze, że nie szukają pracy w innych krajach.
W końcu znalazłem, zaprosiłem do domu na obiad. Był bardzo sympatyczny, ale wydawał się nieco bezradny
– Oj żeby tu była moja żona to by wam wszystko dobrze wyjaśniła, ona wszystko wie.
– Macie dzieci?
– Tak dwóch chłopców, jeden ma…. chyba 8 lat… oj żeby tu moja żona była. 7 albo 8, drugi o dwa lata młodszy.
– Szkoła…-
O, szkoły w Australii są najlepsze na świecie. A już najbardziej dla migrantów jak wy.
– Dlaczego?
– Dzieci mogą robić uproszczony kurs angielskiego a poza tym… ileż tam uczą języków obcych.
– ???
– Na przykład w szkole mojego syna są trzy okresy (terms). W pierszym uczą włoskiego, w drugim francuskiego, a w trzecim mają pływanie.
I tak dalej…

Gdy odwoziłem go go hotelu zatrzymaliśmy się na światłach. Światło zmieniło się na zielowe, ktoś zatrąbil na spóźnialskich.
– Co się stało, policja? – zaniepokoił się Australijczyk.
– Nie, ktoś spóźnił się na zmianie świateł.
– Spóźnił na zmianie świateł? U nas, w Australii, dopiero jak przegapisz trzy zielone to na ciebie zatrąbią.
To spodobało mi się najbardziej. Powtórzyłem Sylwii z komentarzem – jak tam jest, tak jest, ale chyba w takim kraju damy sobie radę.
Na marginesie wyjaśnię, że mój rozmówca był ze stanu Queensland a tam rzeczywiście życie toczyło się nieco wolniej.

Bardziej konkretne były rozmowy telefoniczne ze wspominaną na tym blogu kuzynką Sylwii , Basią. Wraz z rodziną mieszkała w Melbourne i tam właśnie radziła nam się osiedlić. Jednocześnie zaoferowała nam mieszkanie do czasu aż znajdziemy sobie coś odpowiedniego.
Przy okazji doradziła aby ubiegać się o miejce w Migrant Centre.
– Chodzi o to, że na początku trzeba załatwić wiele formalności – prawo jazdy, ubezpieczenie, itp. Oni wiedzą co załatwić i zrobią to za was. Po dwóch dniach przeniesiecie się do nas a zaoszczędzicie masę czasu i zachodów.

Nieco inaczej wyglądały rozmowy w konsulacie australijskim.
Niejaka pani R. wyraźnie sobie mnie upodobała i podczas każdej wizyty poświęcała mi sporo czasu. Jej główną troską było aby nasze pierwsze wrażenie z Australii było pozytywne.
– Jesteście wszak ludźmi o dużej kulturze i tradycji. Zmiana kraju to będzie dla was duży szok, szczególnie dla dzieci. Ważne jest żebyście od pierwszej chwili byli przekonani, że jesteście we właściwym miejscu i wśród właściwych ludzi. Dopiero wtedy można zacząć budować nowe życie. Czy zdecydowaliście już gdzie zamierzacie się osiedlić?
– To będzie zależało od tego gdzie znajdę pracę. Zamierzamy przylecieć do Melbourne. – pani R. skrzywiła się z dezaprobatą.
– Melbourne jest dużo lepsze od Sydney, ale to są kosmopolityczne metropolie, niewiele różnią się od Nowego Jorku. W takim mieście nigdy nie czujesz się jak u siebie. Gorąco doradzam ci Perth. To jeszcze jedyne na wskroś australijskie miasto.
Przyjąłem to do wiadomości.

Nic dziwnego, że gdy zapytałem panią R. o formalności zwiazane z załatwieniem pobytu w Migrant Centre to doznała szoku
– Naprawdę chciałbyś zamieszkać w Migrant Centre?
– A co w tym złego?
– Złego? Nic złego, rzad australijski dokłada wszelkich starań żeby ułatwić migrantom start w Australii. Ale żeby ty, profesjonalista, człowiek o dużej kulturze, do Migrant Centre… – kręciła z niedowierzaniem głową.
– Ale co tam jest złego? – nalegałem.
Popatrzyła mi w oczy i ściszonym głosem wyjaśniła.
– Wszak bedziesz z dziećmi, europejskimi dziećmi. Pomyśl sobie jaka będzie ich reakcja gdy pewnego dnia spotkają na schodach wietnamską rodzinę konsumującą kotka, z którym twoje dzieci dzień wcześniej się zaprzyjaźniły!
Nie wiem co o tym mysleć, ale ta wizja mnie rozśmieszyła.
– Czy mogę prosić o formularz aplikacyjny do Migrant Centre?
Pani R. rzuciła mi lodowate spojrzenie, wstała, i poleciła mi udać się do recepcji. Już więcej jej nie zobaczyłem.
Złożyłem aplikację, ale jakimś dziwnym trafem gdzieś się urzędnikom zawieruszyła i nie zdążyli załatwić jej w terminie. Nie przejmowałem sie tym zbytnio, uważałem że osobiste załatwianie formalności będzie dobrym przygotowaniem do życia.

Końcówka w pracy przebiegła spokojnie. O zakończeniu kontraktu poinformowałem dużo wcześniej, tak że szef zdążył znaleźć dobrego nastepcę. Był to Amerykanin hinduskiego pochodzenia, miał duze doświadczenie i nie bał się podejmować nowych projektów.
Trochę mi było szkoda odejść własnie w takim momencie. Jako kierownik rozwoju systemów pracowałem nad projektem przeniesienia systemu administracji studentów na system bazy danych. Zamówiłem już odpowiedni software – DMS-1100 uchodził za najlepszy system bazy danych. Do tego system przetwarzania tranzakcji on-line (TIP). Świerzbiały mnie ręce żeby wreszcie opracować i wdrożyc jakąś dużą aplikację. Może w Australii?

Mój szef , Nisar Shariff, pożegnal mnie bardzo sympatycznie. Zorganizował nawet u siebie w domu pożegnalny obiad, na który zaprosił wszystkich Polaków i Amerykanów zatrudnionych w ośrodku.

LKuw2Fwell

Drugi od prawej – wspomniany kilkakrotnie w tym blogu Bob Stratton, trzeci od prawej – Darek Kucharski, ostatni po prawej – mój następca. Na froncie, w jasnych ubraniach, mój szef i jego żona.

LKuwWieze

Jako prezent pożegnalny dostałem to po prawej. To najbardziej charakterystyczna budowla Kuwejtu – KLIK.

Komentarz Darka: jeśli kiedykolwiek zatęsknisz za Kuwejtem, to usiądź na tym.
Nie tęsknię za Kuwejtem w sensie, że nie odczuwam jego braku, jednak czas tam spędzony uważam za bardzo dobry i istotny.

Pozostało jeszcze zdjąć tabliczkę z mojego biurka.

LKUWLNameT

Ostatnia msza w Ahmadi i spacer ze znajomymi.

LKuw83Ika

Wieczorem polecieliśmy do ciepłych krajów.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s