Kuwait 1981 – normalne życie

Lech

Wpisy o stanie wojennym i utarczkach z Metronexem mam już za sobą i mogę spokojnie napisać o naszym codziennym życiu.

Po pierwsze praca. W połowie stycznia uruchomiono komputer i naszym zadaniem było załadować i uruchomić setki systemów i programów oraz napisać kilka drobnych programów w celu umożliwienia drukowania po arabsku. Przez dwa tygodnie mieliśmy zapewnioną pomoc przedstawiecieli UNIVAC z Anglii. Szczególnie jeden z nich – Peter Burwood – ten łysawy na zdjęciu poniżej, był bardzo pomocny…

LKuw1Bur

Drugi z Anglików – John Gunn – był bardziej zajęty sprawami formalnymi. Niezawodny Ibrahim Ezzo ostrzegł mnie, że John robi jakieś notatki podczas moich wystąpień publicznych…

LKuw1Prez

To była prawda. Po akceptacji systemu przez Uniwersytet John wyznał, że miał bardzo poważne obawy czy nasz wątły zespół podoła zadaniu i prowadził na wszelki wypadek tajny rejestr wszystkich naszych niedociągnięć. Jednak daliśmy radę. Według niego był to dowód, nie tyle naszych umiejętności, ale raczej niezawodności systemu.
Przez następne kilka miesięcy mieliśmy sporo pracy, ale były to już rutynowe zajęcia. Na dodatek do zespołu dołączył bardzo sympatyczny pracownik – Ramachandra. Też Hindus, ale w przeciwieństwie do Rakesha, otwarty i nie obawiający się zgłoszenia jakiejś własnej propozycji czy opinii.

Po drugie dom…

LKuw1Home

Z lewej Michał i Ania przed domem. Dom był solidny i wygodny, otoczenie typowe dla Kuwejtu – piaszczyste pole. Na pobliskich ulicach nie było chodników. Większość ulic nie miała nazw, domy nie miały adresów. Poczta była dostarczana do skrytki na poczcie.
W centrum miasta i w okolicy centrów handlowych były normalne ulice i chodniki, ale to były oazy.
Zaskoczyło mnie, że nie było również kanalizacji. Codziennie po naszej okolicy krążyły cysterny z pitną wodą i pompowały ją do zbiorników na dachach budynków. Ograniczeń wody nie było, ale powiedziano nam, że konieczne jest zezwolenie na posadzenie drzewa we własnym ogrodzie i płaci się za to podatek.

Do czasu przyjazdu rodzin stołowaliśmy się wraz z Jankiem na Uniwersytecie. Byla tam stołówka, która wydawała bardzo tanie i sute obiady.
Tuż koło naszego domu było lokalne centrum handowe – poczta, supermarket. Dla przybysza z Polski zaopatrzenie w żywnośc było doskonałe. Nie było oczywiście wieprzowiny ani alkoholu.
Ciekawostka – w Kuwejcie nie było coca-coli. Były to podobno sankcje za kontakty z Izraelem. Podobne sankcje doknęły firmę samochodową Ford. Były za to pepsi-cola i samochody innych amerykańskich marek.

Po przyjeździe Sylwii obiady były oczywiście w domu. Raz czy dwa pojechaliśmy na targ warzywno owocowy. Było tam zapewne bardzo egzotycznie, ale  nie potrafilismy tego docenić.
Ceny były wprawdzie niskie, ale trzeba było kupować całe skrzynki owoców, które potem psuły się w domu więc nie kontynuowaliśmy tam zakupów.
Większym uznaniem cieszyły się  magazyny importowanej żywności. Kupowaliśmy tam wołową szynkę w puszce i polskie wafelki Price-Polo.

Wyposażenie mieszkania było niezłe. Jeszcze przed przyjazdem Sylwii kupiłem telewizor i dobre radio stereofoniczne  – Marantz.

Po podpisaniu ugody z Metronexem zrezygnowaliśmy z wynajmu samochodu i trzeba było coś kupić. Już wcześniej odwiedziłem tutejszą giełdę samochodową i wydawała mi się dobrze zaopatrzona. Teraz wybrałem się tam z całą rodziną. Był upalny, duszny, dzień. Jak na złość nie widziałem żadnego samochodu w dobrym stanie. W którymś momencie Ania i Michał wskoczyli do jakiegoś samochodu, otworzyli okno i zaczęły radośnie krzyczeć – Mamusiu, Tatusiu, wsiadajcie, jak tu fajnie zimno!

LKuwSimca

Rzeczywiście było fajnie zimno. Samochód marki simca. Znajomi, Wojtek i Ika, mieli taki samochód i go nie polecali, ale wizja dalszych poszukiwań była tak niemiła, że kupiłem.
Właściciel samochodu zawołał zarządcę placu, ten napisał coś po arabsku na skrawku papieru, wpłaciłem zaliczkę i opłatę placową. Właściciel samochodu wręczył mi pęk kluczy i obiecał przyjść następnego dnia. Dlaczego tyle kluczy? Do bagażnika jest inny i jeszcze do wlewu paliwa i do drzwi. Zapalił się sygnał alarmowy – ten samochód musiał mieć sporo napraw czy przeróbek, ale lenistwo przeważyło – wziąłem klucze. Właściciel samochodu zniknął. Zasiadłem dumnie za kierownicą, spróbowałem włożyć klucz do stacyjki – nie pasował. Próbowałem po kolei wszystkie klucze – bez skutku. Koło samochodu zebrało się kilku ciekawskich. Za chwilę rozległy się śmiechy i zbiegło się więcej osób. Wezwali zarządcę – rozłożył ręce – jutro właściciel przyjdzie do ciebie to da ci klucze. Ale teraz musisz przesunąć samochód pod mur, nie może zostac na środku placu. Zgromadzony przy samochodzie tłumek tylko na to czekał. Wrzuciłem luz a kilka osób radośnie pchało samochód, trzy razy tyle biegło obok i krzyczało. Oczywiście kierownica zablokowała się i samochód cały czas skręcał. Musieliśmy zrobić kilka kółek zanim wylądowaliśmy w dozwolonym miejscu.

Następnego dnia otrzymałem klucze. Najwyższa pora bo w hotelu Hilton organizowali wystawę pisanek i chciałem żeby Ania coś tam wystawiła. Pojechaliśmy we dwójkę. W pobliżu hotelu coś w samochodzie zacharczało i zatzymał się. Nie miałem pojęcia co zrobić. Nim zdążyłem mrugnąc okiem koło samochodu zebrało się kilka osób, podnieśli maskę, zaczęli stukać kamieniami w styki akumulatora. Z trudem okiełznałem ich entuzjazm i poprosiłem żeby popchali nas w pobliże hotelu. Zrobili to bardzo chętnie i ze śmiechem mimo sporego upału. Zatrzymaliśmy się naprzeciwko hotelu, popychacze już mieli odejść gdy z bramy wypadło dwóch strażników z karabinami – tu jest konsulat amerykański, zabierać ten samochód bo zawołamy wojsko. Popychacze radośnie popchali nas pod sam hotel.
Zostawiliśmy pisankę i wyszliśmy na ulicę szukać przystanku autobusowego. Już po chwili zatrzymał się jakiś samochód i kierowca zaoferował, że nas podwiezie. Był to rodowity Kuwejtczyk, mówił słabo po angielsku. Zaprosiłem go do domu na herbatę, ale kategorycznie oświadczył, że chętnie wstąpi, ale tylko na whisky. To zakrawało na prowokację.
W Kuwejcie był zakaz sprzedaży alkoholu, ale nie było zakazu spożywania go. Na lotnisku pozwalano podróżnym oficjalnie wwieźc jedną butelkę alkoholu na osobę. Sylwia przywiozła pewnie z pięć.
Uznałem jednak, że nasz wybawiciel jest zbyt obcesowy i powiedziałem, że nie mamy w domu whisky.

Zorganizowałem jakoś przewóz simci do warsztatu. W warsztacie stwierdzili, ze największym problemem jest klimatyzacja i najlepiej żebym jej nie używał. Wymiana klimatyzacji to był już spory koszt. W rezultacie po kilku dniach kupiłem nowy samochód – mitsubishi lancer – taki jaki przedtem wynajmowaliśmy. Salon samochodowy Al-Mulla potraktował mnie szlachetnie – przyjął nieszczęsną simcę i obniżył cenę zakupu lancera o kwotę jaką zapłaciłem na giełdzie.

Po trzecie czas wolny.
Gdy przyjechaliśmy do Kuwejtu w styczniu pogody były całkiem umiarkowane, dość chłodno, czasem nawet mżawka. Jednak bardzo szybko ocieplało się. Zanim zaczął sie sezon kapielowy wyjeżdżaliśmy w weekendy na plażę. My to spora grupa polskich komputerowców i lekarzy. Czasem dołączali do nas jacyś znajomi z innych krajów. Czasem przyjeżdżali jakimś ciekawym samochodem, ten poniżej to lamborghini…

LKuw1Pust

W marcu, gdy przyjechała Sylwia z dziećmi było już całkiem gorąco. Plaża było blisko domu, w którym mieszkali nasi najbliźsi przyjaciele Andrzej i Bożena i kilka polskich rodzin, ale to była plaża bezpłatna.
Pierwsze doświadczenie było szokujące. Mężowie pojechali samochodami do pracy a żony z dziećmi wybrały się piechotą na plażę. Już po chwili zostali otoczeni przez sporą grupę mężczyzn. Ciemne twarze, długie szaty, głodne oczy. Mężczyźni wpatrywali się łakomie w kobiety, szukali okazji żeby się otrzeć. Nie minęło wiele czasu gdy pojawiła się policja. Mężczyźni rozpierzchli się a policja była bardzo zgorszona zachowaniem kobiet – zachowujecie się w sposób niegodny i prowokacyjny. Alternatywą była plaża płatna. Nie była droga, ale trzeba było dojechać samochodem.

Istotnym przerywnikeim były niedzielne wyjazdy do kościoła. Niedziele to był normalny dzień roboczy. Msze katolickie odbywały się wczesnym wieczorem. Kuwejt był państwem tolerancyjnym. W centrum miasta była duża katedra, ale na niedzielnych mszach był tam ogromny tłok. Dużo sympatyczniejsze były msze  w odległym około 40 km Ahmadi. Ahmadi powstalo w latach 40 ubiegłego stulecia, gdy w Kuwejcie odkryto zloża ropy naftowej. Tam mieściła się siedziba brytyjskiego Kuwait Oil Company i mieszkało kilka tysięcy Anglików. Było sporo zieleni, przestronno, czysto.
LKuwAhmNel

Proboszczem był ksiądz pochodzący z Malty. Do kościoła przychodziła spora grupa Filipińczyków, którzy pięknie śpiewali.

Tu zetknąłem się po raz pierwszy z anglojęzyczną liturgią. Śmieszyła mnie… baranku Bozy, który gładzisz grzechy świata to – Lamb of God who takes away the sins of the world.
Take away – znaczy na wynos. Grzechy na wynos?
Jakże piękna jest polska wersja – który gładzisz – gładzisz znaczy zabijasz, ale również głaszczesz, wygładzasz, łagodzisz ból, goisz rany.
Myślałem, że może to jakaś uproszczona, filipińska, wersja liturgii. W Australii okazało się, że jest to oficjalny tekst. Nie dziwię się, że Anglicy odrzucili religię katolicką – grzech na wynos – to jakiś kupiecki kalwinizm.

Zniosło mnie z kursu. Ciąg dalszy w następnym odcinku.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s