Bilet w jedną stronę

Załączona do mojego poprzedniego wpisu depesza z Kuwaitu wspominała o interview w sierpniu w hotelu Hilton. Takiego hotelu nie było w Warszawie, założyłem że goście zamieszkają w hotelu Forum.
Życie biegło dalej – był lipiec – moja kolejka na wakacje z dziećmi. Tym razem wczasy pracownicze LOT w Międzywodziu. Przez dwa tygodnie pogoda była kiepska, do tego bardzo zimno. Dzieciakom to jednak nie przeszkadzało. Kąpaliśmy się codzienne. Dopiero po wyjściu z wody robiło się zimno…

LMWodzie1980

Ania i Michał to ci wyżsi. Pozostała dwójka to dzieci przypadkowo spotkanego w Międzywodiu kolegi, Jacka S.
Jacek pożyczył mi na jeden dzień swój samochód – malucha – i pojechałem z dzieciakami do NRD.
Poszliśmy na plażę – w porównaniu z Międzywodziem było tam wiele ludzi, widocznie Niemcy są bardziej odporni na kaprysy pogody, a może mają większe poczucie obowiązku – jak wakacje nad morzem to trzeba spędzać czas na plaży.
Pokręciliśmy się po mieście. Wydało mi się, że zaopatrzenie w żywność było dużo lepsze niż w Polsce. A więc u nas było aż tak źle?LMWodziePiasek

Zdjęcie z prawej – naszyjnik z piasku – zrobione wyprodukowanym w NRD aparatem Vera. Dzisiejszym sprzętem nie potrafiłbym takiego zrobić.

Po powrocie z wakacji trzeba było pomyśleć o kontrakcie w Kuwejcie. Wiadomo było, że bez oficjalnego wsparcia nie dostanę paszportu.
Rozwiązanie wydawało się być proste – POLSERVICE – firma zajmująca się wysyłaniem polskich specjalistów do innych krajów. Wiadomo mi było, że pobiera za to myto w wysokości 35% zarobków, to nie był zły układ.
Udałem się do biura Polservice i pokazałem otrzymaną depeszę…
– Czy, jeśli interview wypadnie pomyślnie, Polservice weźmie mnie pod swoje skrzydła, wyda paszport służbowy i załatwi inne formalności?
– A czy jest pan na naszej liście ekspertów?
– Nie..
– No to musi pan złożyć podanie, zdać egzamin z języka obcego, komisja zdecyduje czy wpisać pana na listę ekspertów.
– Ale proszę pani, ja już zostałem zaproszony na interview…
– O, proszę pana, u nas każdemu się wydaje, że jest wielkim specjalistą, ale o tym zadecyduje komisja. Na naszej liście ekspertów mamy świetnych specjalistów w każdej dziedzinie i być może zaproponujemy klientowi kogoś innego.

Wyszedłem jak zmyty. Życie nie znosi próżni, za kilka dni zadzwonił do mnie dyrektor firmy MeraSystem – pan S.
– Panie inżynierze, od dawna zamierzałem się z panem skontaktować. Jak pan pewnie wie nasza firma wysyła specjalistów komputerowych za granicę a ja z wielu źródeł wiem jak doświadczonym jest pan specjalistą.

– Obecnie mamy licznych klientów z Kuwaitu. Wysłaliśmy już tam sporą grupę specjalistów. Są wśród nich pana dobrzy znajomi. 

– Za kilka dni przyjeżdżają do Warszawy przedstawiciele naszego klienta. Zamierzamy wstawić pana na listę osób na interview.
– Dziękuję bardzo. Jeśli są to przedstawiciele Kuwait University, to nie musi mnie pan nigdzie wstawiać gdyż ja otrzymałem już bezpośrednio zaproszenie na interview.

Nastała chwila milczenia. Mój rozmówca musiał widocznie zmodulować ton głosu.
– Proszę pana, pan chyba zapomniał w jakim kraju żyjemy. Nikt z zagranicy nie może sobie prywatnie werbować pracowników w Polsce. Ci panowie przeprowadzą interview w naszym biurze. Jak pana nie będzie na naszej liście, to pana nie wpuścimy do budynku.
To był dobry argument. Zgodziłem się na wpisanie na listę.
– Dobrze, że się rozumiemy. Druga sprawa, to musi pan złożyć wypowiedzenie pracy w LOT, my już mamy dla pana etat.
– Chwileczkę, dlaczego ja mam składać wypowiedzenie? Ja chcę kontynuować pracę w LOCie. Jeśli zakwalifikuję się na wyjazd to na pewno dostanę urlop bezpłatny.
– Pan bardzo utrudnia nam działanie. Niech pan pamięta o jednym – bez naszej zgody nie dostanie pan paszportu.
– Pamiętam, pamiętam, ale po co uprzedać fakty? Poczekajmy na wyniki interview.

Okazało się, że moi koledzy – Piotr, Adam i Jan – odbyli podobne rozmowy. W wyznaczonym dniu pojechaliśmy do biura MeraSystem. Okazało sie, że na liście oprócz nas było conajmniej 6 innych osób.

Interview prowadziły dwie osoby: dr Ali Akbar okrągły dobroduszny Arab i Nissar Shariff, chyba Pakistańczyk – szczupły, bardzo zasadniczy i nieco agresywny – szef ośrodka komputerowego. Przypomniały mi się kursy w Anglii w 1974 roku, tam inscenizowaliśmy takie interview. Uznałem, że nie ma sensu przechwalać się moimi wcześniejszymi sukcesami. Mówiłem krótko – mam kilkanaście lat doświadczenia, uczestniczyłem we wdrożeniu wielu systemów. Odbyłem pełne szkolenie programisty systemowego na UNIVAC – tu są świadectwa – na komputerach UNIVAC nigdy nie pracowałem.
To było dobre posunięcie – dr Ali patrzył na mnie z sympatią, uprzedziłem ewentualne podchwytliwe pytania pana Shariffa. Rozmowa nabrała swobodnego charakteru. Pan Shariff opowiedział o centrum komputerowym, dr Ali wypytywał mnie o sytuację rodzinną.

Pozostawało czekać na wyniki.  Przyszły pod koniec sierpnia…

LKUSelect

Następnego dnia w pracy dowiedziałem się, że tylko Janek N. dostał podobne powiadomienie. Żaden z kandydatów MeraSystem nie został zakwalifikowany. Nieco dziwiło mnie, że nie wybrali Piotra ani Adama. Obaj mieli większe ode mnie doświadczenie jako programiści systemowi. Być może na mój plus przemawiała sytuacja rodzinna – żonaty, dwójka dzieci. Janek N. też był żonaty i miał jedno dziecko. W kraju arabskim to mogło mieć istotne znaczenie.

Za kilka dni zadzwonił dyrektor S. z gratulacjami. Ponowił propozycję zatrudnienia w MeraSystem. Już przedtem konsultowałem taką opcję z moim partnerem Jankiem N. i zgodziliśmy się, że pozostajemy w LOCie. Przekazałem moje stanowisko. Dyrektor S. nie był zadolony i chyba dzwonił do mnie w tej sprawie kilka razy.
Nadszedł grudzień, do rozpoczęcia kontraktu pozostał niespełna miesiąc. Wreszcie nadeszło pismo z centrali handlu zagranicznego Metronex…

LKUInstr

Nie byle jakie pismo, Instrukcja Wyjazdowa. A zatem osiągnęłi porozumienie z naszym pracodawcom. Pobiegliśmy wraz z Jankiem do działu kadr i dostaliśmy urlopy bezpłatne. Zadzwoniłem do Metronexu dowiedzieć się jak wygląda sprawa naszych paszportów i biletów.
Wydało mi się, że nie wiedzą o czym mówię. Nasze paszporty służbowe znajdowały się w składnicy LOT. Ku naszemu miłemu zaskoczeniu, po okazaniu Instrukcji Wyjazdu, wydano je nam bez żadnego problemu.
Bilety – tu pomogły wcześniejsze kontakty w działem rezerwacji. LOT obsługiwał bezpośrednie połączenie z Kuwejtem. Szefowa działu rezerwacji, pani Basia W., osobiście sprzedała nam bilety – w jedną stronę.

Na drugim planie była bezczynność w pracy. Pozytywnym efektem było załatwienie pralki automatycznej. Wymagało to wpisania się na listę i codziennego potwierdzania obecności. Na szczęście do sklepu przy ul. Nowowiejskiej było blisko.

Innego rodzaju efektem była eksplozja „poetycka”. Od początku mojej pracy zawodowej pisałem okazjonalne wierszyki. Pod koniec 1980 roku napisałem ich ponad 20 i przygotowałem całą szopkę świąteczną. Wykorzytałem melodie kolend i popularnych piosenek. Kilka wierszyków było tak rytmicznych, że melodie same przyszły mi do głowy. Te musiałem zaśpiewać sam, pozostałe odśpiewali Sylwia i nasz szwagier – szkolone w chórze głosy. Wszystko nagrane na magnetofon gdyż podczas przedstawienia musiałem manipulowac kukiełkami.
Przedstawienie odbyło się w pracy. W którymś momencie zorientowałem się, że widzowie czują się trochę niezręcznie. No tak, wena poniosła mnie, przeszarżowałem z szyderstwem i kilka osób z naszego otoczenia mogło się czuć urażone.
Takie uboczne efekty pełnej wolności w sztuce.

Tuż po Świętach Warszawę odwiedziła mieszkająca w Australii kuzynka Sylwii Basia. Poznałem ją w 1974 podczas pobytu w Anglii. Wtedy jej córka Iwonka miała ledwie rok. Teraz wyrosła na dużą pannę a w rodzinie przybył jeszcze syn – Andrzej…

L1980Czepuls

Zdjęcie przed naszym domem – od lewej – Sylwia, Basia, Iwonka, Andrzej i ich ciocia z Gdańska. Całe to towarzystwo, razem z bagażami, zmieściło się bez problemu do naszego malucha.

Zaprowadziłem dzieci do kina Oka – koło placu Dzierżyńskiego – wyświetlali tam radzieckie filmy trójwymiarowe. Były zachwycone, czegoś takiego w Australii nie widziały.
Mieli i inne doświadczenie. Michał przechodził ciężkie zapalenie ucha, zaaplikowano mu serię antybiotykowych zastrzyków. Pielęgniarka przychodziła do nas i robiła te zastrzyki wysłużoną, grubą igłą. Było to bardzo bolesne, Michał okropnie krzyczał. Australijskie dzieci zapamiętały to do dnia dzisiejszego.

Basia zauważyła, że Kuwejt to już nieco bliżej Australii, może kiedyś wpadniemy na urlop. Może, może…
Do Kuwejtu wylecieliśmy chyba 7 stycznia 1981. Dwa dni przed odlotem odebrałem pralkę automatyczną.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s