Handlowa niedziela

W dzień końca świata
Pszczoła krąży nad kwiatem nasturcji, 
Rybak naprawia błyszczącą sieć. 
Skaczą w morzu wesołe delfiny, 
Młode wróble czepiają się rynny 
I wąż ma złotą skórę, jak powinien mieć.

W dzień końca świata 
Kobiety idą polem pod parasolkami, 
Pijak zasypia na brzegu trawnika, 
Nawołują na ulicy sprzedawcy warzywa 
I łódka z żółtym żaglem do wyspy podpływa, 
Dźwięk skrzypiec w powietrzu trwa 
I noc gwiaździstą odmyka.

A którzy czekali błyskawic i gromów, 
Są zawiedzeni. 
A którzy czekali znaków i archanielskich trąb, 
Nie wierzą, że staje się już. 
Dopóki słońce i księżyc są w górze, 
Dopóki trzmiel nawiedza różę, 
Dopóki dzieci różowe się rodzą, 
Nikt nie wierzy, że staje się już.

Tylko siwy staruszek, który byłby prorokiem, 
Ale nie jest prorokiem, bo ma inne zajęcie, 
Powiada przewiązując pomidory: 
Innego końca świata nie będzie, 
Innego końca świata nie będzie.

Czesław Miłosz – Piosenka o końcu świata.

Lech  Lech

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Rok 1980, Niedziela Palmowa, która została wyznaczona na niedzielę handlową (większość sklepów otwarta) przed nadchodząca Wielkanocą. 

Sylwia wyszła z Anią po zakupy i odwiedzić koleżankę, zostałem w domu z Michałem. Wczesnym popołudniem do drzwi zadzwonił pan wojskowy
– Obywatel Milewski? Wezwanie na ćwiczenia wojskowe… o, proszę – podał mi dokument – proszę zabrać potrzebne dokumenty i jedziemy. 

Przypomnę, że podczas studiów odbywałem regularną służbę wojskową i po ostatnim obozie wojskowym – rok 1963 – zostałem przeniesiony do rezerwy w stopniu kaprala podchorążego. Zapowiedziano nam, że zostaniemy wezwani na 3-miesięczny obóz, po ukończeniu którego dostaniemy awans na podporucznika. Lata mijały i nie słyszałem żeby wezwali któregokolwiek z moich kolegów więc miałem nadzieję, że doczekam wieku 40 lat – to już za rok – i to zakończy moją karierę wojskową.
Czyżby jednak mnie dopadli? Przeczytałem wezwanie – wynikało z niego, że to 3-dniowe ćwiczenia. Odetchnąłem z ulgą.

Pan wojskowy niecierpliwił się – samochód czeka, musimy jeszcze podebrać kilka osób…
– Chwileczkę, czy ja mam wziąć syna ze sobą? – wskazałem Michała. 
– W żadnym wypadku, przecież żona…
– Żona wyszła i nie wiem kiedy wróci – handlowa niedziela.
– To może obywatel zostawi u sąsiadów?
…..
Stanęło na tym, że jak tylko żona wróci to pojadę pod wskazany adres.
– Byle przed 6. – nalegał wojskowy – bo potem przyślemy po obywatela WSW (policja wojskowa).

Sylwia wróciła przed 6. Zgodnie z instrukcją wziąłem książeczkę wojskową i pojechałem tramwajem na Okęcie. Zbiórka była w bazie transportowej na ulicy Łopuszańskiej, tuż za zakładami ZELMOT, w których pracowałem 10 lat temu.
W stronę bazy szło sporo osób. Wkrótce obstąpili nas handlarze wódką.
– Pan kierowca? Napij się pan dobrze bo inaczej będziesz pan całą noc ciężarówkę prowadził.
To był poważny argument. Na szczęście mnie nie dotyczył bo nie wziąłem prawa jazdy. Wielu mężczyzn kupowało alkohol i spożywało go na miejscu gdyż podobno w bramie rewidowali.

Odczekałem w kolejce do rejestracji i wręczyłem wezwanie i książeczkę wojskową.
– Prawo jazdy – zażądał rejestrujący nas oficer.
– Nie wziąłem.
– Jak to nie wzięliście? – oficer zaniemówił.
– W instrukcji pisało tylko żeby wziąć książeczkę wojskową. Nie wziąłem żadnych innych dokumentów żeby się nie zniszczyły podczas ćwiczeń.
Oficer sapał ze zdenerwowania – toż przed dwa lata wbijaliśmy wam w głowę, że jesteście kierowcą. Co za baran!
Wolałem nie wspominać, że jestem kapralem podchorążym i szkolono mnie na stanowisku dowódcy drużyny, a może nawet plutonu samochodowego.

Polecono nam czekać na dalszy ciąg wydarzeń. Atmosferę nieco ożywił jeden z „poborowych”. Był lekko upity, na wesoło. Poprosił o pozwolenie skorzystania z telefonu gdyż wyszedł nie powiadomiwszy rodziny.
– Zośka, słuchaj uważnie. Wojna idzie! Nic więcej ci nie powiem bo mnie tu słyszą. Leć do sklepu i kupuj mąkę, ziemniaki, co sie da, no sama wiesz…
– Proszę natychmiast to przerwać! – zainterweniował oficer.
– Zabierają mi telefon – krzyknął rozpaczliwym głosem – pamiętaj co mówiłem, powiedz matce i siostrze. Dbaj o dzieciaki bo nie wiem kiedy się zobaczymyyyyy….

Wreszcze, koło 8. zakończono rejestrację. Wydano nam ekwipunek, chyba nie dostaliśmy broni. Oficer polecił żeby zgłosili się trzeźwi kierowcy. Nie było ich wielu, ale braki uzupełniono kierowcami wojskowymi. Przewieźli nas do jednostki wojskowej na Pradze. Tam wydali nam posiłek i powiadomili o dalszym planie. Jutro – poniedziałek – wyruszymy bardzo wcześnie żeby nie zakłócić ruchu transport komunalnego. Pobudka o 4. Teraz dostaniemy prowiant na śniadanie gdyż rano nie będzie czasu na posiłek.
Po odbiorze prowiantu odbył się apel naszej kompanii…
– Słyszeliście żołnierze, pobudka o 4. Zarządzam pobudkę kompanii o 3. żebyśmy zdążyli się porządnie i bez pośpiechu spakować. Do namiotów, na wypoczynek nocny, rozejść się!
Namiot był obszerny, porządne polowe łóżka. Zaczęliśmy szykować się do snu, ale przerwał nam dowódca naszego plutonu…
– Pobudka kompanii o 3. słyszeliście. My zrobimy cichą pobudkę, o 2. to się pierwsi załadujemy i będziemy mieli spokój. A teraz chłopaki nie kładźcie się. Porozpinamy wszystkie wiązania w namiocie bo rano będzie za duże zamieszanie.
Porozpinaliśmy. Cała konstrukcja chwiała się na lekkim wietrze. Całe szczęście, że nie było silnego wiatru czy deszczu. Była już pewnie 11. Dowódca plutonu i kilka osób nie kładło się spać, chyba grali w karty.

O 2. dowódca osobiście każdym potrząsnął – cicha pobudka. Spakowaliśmy się, zlożyliśmy namiot i łózka. Za chwilę przybiegł do nas wartownik – co tu się dzieje? Cisza nocna! Postawić mi tu natychmiast ten namiot spowrotem.
Postawiliśmy prowizorycznie. Wkrótce pobudka kompanii. Nie pozwolili nam jeszcze składać namiotów. Wreszcie 5. – oficjalna pobudka. Za kilka minut byliśmy gotowi do drogi. Minęła godzina, jak oni zamierzają uniknąć korków na ulicach?
Bardzo prosto, przyszło polecenie komendy ruchu Milicji Obywatelskiej, żeby nie wyruszać przed 10. Uruchomiono kuchnię i polecono wydać nam śniadanie. W drogę ruszyliśmy koło południa.

Jechaliśmy gdzieś na wschód. Do celu dojechaliśmy dość późno, lekko mżyło. Dowództwo uznało, że już za późno na rozbijanie namiotów. Nocleg pod namiotami z pałatek… 

Namiot

Na internecie zauważyłem, że obecnie pałatka jest w Polsce całkiem popularna. Inne nazwy to peleryna wędkarska i poncho. Produkowane z dobrych materiałów, starannie wykończone. Nasze pałatki były zgrzebne, z jasno-zielonego brezentu, nie było wątpliwości, że to moda z Kraju Rad. Nie miały też żadnych zatrzasków ani nawet guzików. Zamiast guzików były drewniane kołki. To było praktyczne rozwiązanie – gdy kołek się urwał można było go zastąpić kawałkiem gałęzi.

Zgodnie z regulaminem namiot budowało się z trzech pałatek. Nie był zbyt szczelny, brezent łomotał na wietrze, przez szpary wlewała się woda. Chyba wcale nie spałem. Na szczęście pobudka była nie o regulaminowej 6., ale dużo wcześniej. Nie pobudka – ALARM!
Poprowadzono nas na dużą łąkę. Dopiero wtedy zorientowałem się jak dużo nas było. Deszcz rozpadał się na dobre. Za chwilę przybył dowódca zgrupowania. Wyskoczył z samochodu i szedł w stronę prowizorycznego podium dyskutując o czymś z oficerami.
Padły komendy – zgromadzony tłum zamarł w skupieniu…
– Żołnierze! Pół godziny temu dostałem specjalny komunikat ze Sztabu Generalnego – wróg napadł nasz kraj… 

Nie! Nie, to niemożliwe! To nie może tak być! – czułem zimny skurcz w sercu. Przez zgrupowanie przebiegł jęk przerażenia. Ktoś w pobliżu wybuchl płaczem…
– Syn mi się wczoraj urodził! Jeszcze go nie widziałem, czy ja go w ogóle zobaczę?
Rozum powtarzał w kółko jedną frazę – to tylko ćwiczenia, to tylko ćwiczenia.
Dowódca kontynuował – atak nastąpił z powietrza, nasze wojska nie dały się zaskoczyć, walka powietrzna trwa, wojska lądowe jeszcze nia naruszyły naszych granic, ale wróg zrzuca na spadochronach niewielkie grupy dywersantów. Równiez w naszych okolicach. W związku z tym zarządza się stan wyjątkowej czujności oraz zakaz opuszczania terenu zgrupowania. Dzisiaj, po kolacji, zabrania się odwiedzin w pobliskiej wsi a szczególnie zabrania się zakupu alkoholu gdyż może być zatruty.

To ostatnie całkowicie rozładowało napięcie, rozległy się śmiechy, Radośnie wróciliśmy do obozu ustawić namioty. Reszty dnia nie pamiętam. Po kolacji ogłoszono kolejny alarm – dywersanci są we wsi i mogą nas zaatakować. Postaliśmy trochę ukryci w krzakach wypatrując wroga. Jedna osoba – w cywilu telewizyjny reporter sportowy – miała broń, pistolet. Wyciągnął go wzbudzając śmiech otoczenia.
Alarm odwołano w porę i punktualnie o 10 położyliśmy się spać.
Następny dzień to pakowanie i powrót do Warszawy. Bez pośpiechu, żeby dojechać gdy zmniejszy sie popołudniowy ruch na ulicach.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s