Czas nie znika

Wiesia  Wiesia

Bieruta przywiezionego z Moskwy wystawiono na widok publiczny w gmachu KC PZPR. Stała nad nim palma. Należało przechodzić prawie biegiem, stojąc wcześniej w kolejce, która zaczynała się na Krakowskim Przedmieściu, ciągnęła przez Nowy  Świat i przecinała Aleje Jerozolimskie. Przestałam w tej kolejce z koleżankami prawie całą noc.
Kolejka dyskutowała swobodnie, ludzie rozmawiali ze sobą jakby byli w domu. Z czymś takim jeszcze się nie spotkałam,  każdy wiedział, że do obcych mówi się co innego, niż do swoich. Hamulce wyraźnie puściły. Żartowano, że Bierut pojechał w futerku, a wrócił otruty  w kuferku.
Nikt ze stojących nie przyjął wiadomości o jakimś zawale. Wojsko roznosiło gorącą kawę zbożową. Ktoś głośno i bez przeszkód perorował, że w KC zobaczymy sobowtóra Bieruta, prawdziwego kilka lat wcześniej otruł oficer NKWD. Usłyszałyśmy, że tak samo zginął przywódca Czechosłowacji Klement Gottwald, który wrócił z Moskwy żywy, ponieważ w jego przypadku zastosowano truciznę działającą z opóźnieniem.
Takich opowieści czasem wyssanych z palca krążyło bez liku.
Był marzec. W październiku nie celowo, ale przypadkowo znalazłam się wśród półmilionowego tłumu na Placu Defilad, kiedy przemawiał Władysław Gomułka. Bałam się, że mnie uduszą, z trudem stamtąd się wydostałam. Słyszałam, jak wołają „Rokossowski do Moskwy!”

Prawdopodobnie w wyniku tzw. gomułkowskiej odwilży w naszej klasie mieliśmy nową koleżankę Marysię Malawko, rodowitą lwowiankę, złote serce. Przyjechała z Wilna. Do Polski w tym czasie wróciło 29 tys. Polaków. Po maturze Marysia, którą  koledzy nazywali Myńką, została studentką Wydziału Matematyki Uniwersytetu Warszawskiego, potem doktorem nauk matematycznych.
Wskazówki zegara przesunęły się i naszą szkołę na Smoczej opuściła Krysia Zielińska. Na pływalni ledwo udawało mi się wepchnąć jej gęste, czarne włosy pod czepek, bo sama nie dawała sobie z nimi rady. Rozpuszczone przykrywały Kryśki plecy, jak falujący płaszcz. Nagle jej zabrakło. Po pewnym czasie dowiedziałam się, że została wybrana wicemiss Tel Awiwu.

Partyjniacy wzięli się jeszcze mocniej za głowy, zwyciężyła frakcja Gomułki. Ważni dla szaraków ludzie w białym gmachu, w którym wystawiono w marcu Bieruta, mieli na biurkach fotografie, ze wspólnych polowań z aktualnym, pierwszym sekretarzem KC PZPR.
Polska z przerażeniem przyjęła najazd radzieckich czołgów na Węgry i utopieniu węgierskiego powstania w morzu krwi.

W Chórze Dziecięcym Filharmonii Warszawskiej dowiadywałam się o strasznych szczegółach. Zbieg okoliczności, że po serii koncertów polskiej muzyki dawnej, nasz Chór ciężko przedtem pracując był gotowy do zaprezentowania muzyki Bela Bartoka. Tak się złożyło, że wchodziliśmy na scenę Sali koncertowej w budynku przy Jasnej, kiedy w Budapeszcie kolejny dzień lała się krew. Publiczność na stojąco słuchała pieśni węgierskiego kompozytora. Bisy się nie kończyły, dyrygent Witold Rowicki, pod batutą którego zawsze występowaliśmy, kłaniał się nisko.
Po koncercie zbierano pieniądze, żeby pomóc walczącym braciom. Wśród banknotów znajdowały się pierścionki i obrączki, koło historii próbowało zatoczyć swoje koło. Z Chórem Filharmonii parokrotnie wyjeżdżałam na kolonie. Odwiedzał nas nie tylko  Witold Rowicki, którego córka Magda śpiewała w drugich głosach, ale i Witold Lutosławski, żeby posłuchać jak  ćwiczymy jego kompozycje dla dzieci.
W Sławnie próbowaliśmy m. in. psalmy Mikołaja Gomółki, w dużym budynku poniemieckiej szkoły, w nim chór mógł mieszkać razem. W Deszcznie rozlokowano nas w domach prywatnych. Profesor Stanisław Wasiak, kierownik zespołu, przechadzał się pod oknami tych domów z dubeltówką na plecach do północy, pilnując, żeby nikomu nic się nie stało. Uważał, że Filharmonia i on osobiście przyczyni się do uczynienia z nas, jak mówił, kulturtragen. Przestrzegał, że wyróżnikiem nosicieli kultury jest szacunek dla innych.

Mijały ostatnie wspólne miesiące z moją przyjaciółką Maliną. Jej mama Maria Marcinkowska z domu Wiłkomirska usiłowała nas uczyć gramatyki niemieckiej, chociaż w tym języku nie była biegła. Śmieszył nas Plusquamperfekt, nie dlatego, że mówi o sytuacji lub zdarzeniu z przeszłości, które wydarzyło się przed tym zdarzeniem, czy sytuacją w jeszcze dalszej przeszłości, ale ta nazwa!  Insekty na Muranowie długo dawały się we znaki. Pani Marcinkowska zrezygnowana, spoglądała na nas ze smutkiem.

Czas niepotrzebnie przyspieszył, mama Maliny  zmarła w szpitalu na Oczki. W szpitalnej sali było okropnie zimno, poprosiła o grzejnik, kiedy go przyniosłyśmy usiadła na łóżku, rozcierając  zziębnięte nogi i nagle do tyłu upadła. Powiedzieli, że skrzep dostał się do serca. Malina została sama. Z piwnicy wyniosłyśmy na górę dwie skrzynie, które kiedyś pokazała jej mama. Były w nich dziwne ubrania, długie rzeźbione białe fajki i przeróżne ozdoby. Pani Marcinkowska przed wojną razem ze swoim mężem dużo podróżowała po świecie i w tych nie otwieranych  przez lata skrzyniach zamknęła wspomnienia zupełnie innego życia, niż my dotąd poznałyśmy, Przerzuciłyśmy zdjęcia państwa Marcinkowskich pod palmami w Egipcie i w Monte Carlo. Nie pomogło przebranie w japońskie kimona. Mimowolnie oczy wędrowały w stronę drzwi wejściowych do jednopokojowego mieszkania z wnęką na kuchnię, jakby mama Maliny zaraz miała nadejść. Kiedy u niej byłam Malinę odwiedziła Wanda ze swoim mężem Mieczysławem Rakowskim, do którego pani Marcinkowska miała zastrzeżenia, gdy przychodził, jako narzeczony Wandzi.
Wolałabym nie pamiętać tej wizyty, ale cóż, była. Chcemy, czy nie, czas przeszły nie znika. Niektórzy uważają, że i czas przyszły wisi gdzieś nad nami, jak makaron. Malinę zabrano do Lublina, tam zdawała maturę.

Szkoła na Smoczej otrzymała imię Romualda Traugutta. Mieliśmy już nową dyrektorkę Janinę Starzycką. Ściągnęła  do nas nauczycielkę historii Janinę Kolendo, która dość często prosiła, żebyśmy zamknęli książki, a kto chce niech zapisuje to co będzie mówić. Było o Legionach i Błękitnej Armii, drugiej wojnie  w Europie i na Pacyfiku…. Nie tylko ja przechowuję jak relikwie dwa bruliony wykładów tej niezwykłej nauczycielki.
Dyrektor Starzycka przyjęła na Smoczą  nowego, wymagającego nauczyciela matematyki. Narobiłam sobie zaległości, było kiepsko i z trygonometrią i z algebrą. Miałam szczęście, moim chłopakiem został najlepszy w szkole matematyk, wkrótce finalista IX Olimpiady Matematycznej. Był wzorem odpowiedzialności i spokoju. Z uporem, wlewał mi rozum do głowy. Jego babcia uważnie się we mnie wpatrując i stukając w podłogę laseczką powiedziała do mnie kiedyś – pamiętaj, on jest herbu Topór – wizerunek herbu Topór i lista rodów tutaj – KLIK.  Po maturze wybrał  Wydział Łączności na Politechnice Warszawskiej, ja zaczęłam studia na Filologii Polskiej Uniwersytetu.

Życie mojej rodziny i moje osobiste wkrótce się skomplikowało, ale te zawirowania, dla mnie fundamentalne, nie są istotne dla zamieszczanych wpisów, które przecież nie są życiorysami. Mogłam studiować także po urlopie dziekańskim. Na myśl mi nie przyszło, że z braku środków nie dam rady. Udzielałam korepetycji, pisałam referaty dla Ligi Kobiet, siedziałam po nocach w drukarni przy Okopowej i Domu Słowa Polskiego, jako korektorka.
Studia magisterskie i pomagisterskie na uczelniach były bezpłatne. Studiowałam z Wojtkiem Młynarskim, Jackiem Fuksiewiczem, Andrzejem Wernerem. Historię literatury wykładał profesor Julian Krzyżanowski, logikę Jerzy Peltz, zajęcia z logiki prowadziła Barbara Stanosz, oboje namaszczeni przez profesora Jana Kotarbińskiego. Historia filmu należała do Aleksandra Jackowskiego, języka polskiego do profesora Stanisława Skorupki, poezja dwudziestolecia – Artura Sandauera.
Filozofię  wykładał profesor Leszek Kołakowski, autor bestsellera „13 bajek z królestwa Lajlonii”,  w zapełnionym po brzegi Audytorium Maximum. Nie tylko studenci Uniwersytetu Warszawskiego, ale i innych uczelni, chcieli mieć podpis Kołakowskiego w swoich indeksach. Był uwielbiany.
W czasie egzaminu, który zdawałam u Marka Fritzhanda nadmiernie zachwycając się „Myślą etyczną młodego Marksa”, profesor chcąc sprowadzić mnie na ziemię zapytał, kto właściwie tak bardzo mi się podoba, młody Marks, czy stary Fritzhand? Bo broszura, którą mu streszczam, to jest jego interpretacja myśli młodego Marksa.
Pracę magisterską z pogranicza literatury i socjologii pisałam pod kierownictwem Stefana Żółkiewskiego. Ponownie zaczęłam ubiegać się o indeks. Zdałam egzaminy i zostałam przyjęta Studium Dziennikarskie. Złożyłam podanie i dostałam stypendium, bony na śniadania obiady i kolacje w stołówce studenckiej na Krakowskim Przedmieściu. Dziekan powiedział, że mogliby mi przyznać miejsce w akademiku, gdybym nie była zameldowana w Warszawie. Po paru miesiącach zostałam sekretarzem redakcji tygodnika „Politechnik”. Zbliżał się rok 1968.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s