Zaćmienia

Wiesia  Wiesia

Czekałam na zaćmienie Słońca. Zapowiedziano je 30 czerwca, zaraz po zakończeniu nauki na Nowolipiu. W Warszawie przewidywano niecałkowite, w Sejnach i Suwałkach zupełne.

Kolejne zaćmienie całkowite widoczne z Polski oschły wektor informacji wskazywał dopiero w roku w 2135 r. po południu.
Miałabym wtedy 181 lat i pół dnia. Wiedziałam, że zaćmienia są normalnymi zjawiskami astronomicznymi, a nie wynikiem czarów, czy kary boskiej. Wiedziałam, że zaćmienie nastąpi i przeminie. Nie ma obawy, potem Słońce dalej zacznie docierać do każdego zakątka Ziemi. Niepełne zaćmienia Słońca należą do widowisk stosunkowo rzadkich i wzbudzają zainteresowanie. Gdzieś usłyszałam, że najbliższe lata po zaćmieniu całkowitym zapowiadają się nie najlepiej i trzeba je będzie umieć przeżyć.
 Bolesława Prusa zainspirowało zaćmienie Słońca  w sierpniu 1887 r. i  dlatego napisał Faraona. Jakich bohaterów i antybohaterów przedstawiłby pisarz dzisiaj? Jak wyglądałby jego współczesny Herhor ogłupiający biedny lud? Rozmyślałam, czy w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej ktoś dałby się nabrać, że zaćmienie Słońca może oznaczać koniec świata i jest karą za grzechy. Mowy nie ma – skonstatowałam wpatrując się w świadectwo ukończenia szkoły podstawowej – taki głupi nikt już u nas nie jest.

Na świadectwie nie miałam ani jednej czwórki, mózg mi wysechł dopiero w szkole średniej. Za świadectwo dostałam od rodziców wieczne pióro ze złotą stalówką. Zrozumiałe, że było „wieczne”, tylko z nazwy. Pompka do nabierania atramentu szybko się zepsuła i już przestało być „wieczne”. „Wieczności” nie ma, bo być nie może – uważałam – ponieważ nie mogłam jej sobie wyobrazić. Odrzuciłam też istnienie nieskończoności, przeze mnie niepojmowalnej. Najdłuższa nić na największej na świecie szpulce musi przecież mieć swój koniec – rozumowałam. Zastanawiałam się nad  żelaznym jądrem Ziemi, pełna obaw, że kiedyś przecież wystygnie. Mielibyśmy wtedy problem, ponieważ  generuje pole magnetyczne, które podobno ratuje ludzkość przed zabójczym promieniowaniem z Kosmosu. Ale rozum ludzi sobie z tym poradzi, bera zimnaja Miczurina jest kilka razy większa od normalnych gruszek, od nich smaczniejsza i może owocować daleko na północy. Radzieccy uczeni zawracają bieg rzek, a pustynie zamieniają w pola kukurydzy. Kto wie, czy nad potęgą mózgów uczonych poznanych w szkole nie zastanawiałabym się dalej, dochodząc do wniosku, że potęga człowieka jest niezmierzona, jeżeli tylko chce się uczyć, gdyby do drzwi nie zapukał sąsiad Ziutek Gawron młodszy ode mnie o dwa lata. Jego matka całą duszą pragnęła, żeby Ziutek został milicjantem, ale nie takim bez matury. Widziała swojego jedynego syna za biurkiem w Pałacu Mostowskich w mundurze. Przychodził do nas często i odrabiałam z nim lekcje, nieraz przedmiot po przedmiocie. Ale przecież tym razem nie o odrabianie lekcji mu chodziło. Zaczęły się już wakacje!
 Ziutek przyszedł w sprawie zaćmienia. Na kolonie wyjeżdżał tak jak ja i inni z naszej klasy dopiero za dwa tygodnie. Miał czas. Właśnie znalazł spory kawałek szkła z rozbitej szyby i chciał się czymś się przysłużyć mieszkańcom naszej klatki schodowej od Styczyńskich mieszkających na samej górze, po Roeslerów na dole. Ziutek postanowił rozbić szkło na kawałki, okopcić je, rozdać, żebyśmy razem mogli bezpiecznie oglądać, jak Księżyc nasuwa się na tarczę słoneczną. Słyszał przez radio, że ze względu na wzrok, gołym okiem  zaćmienia oglądać nie można. Drabinę na dach naprawiłem – zameldował –  nie brakuje już w niej żadnego szczebla. Dach na bloku, służył nam często. W słoneczne dni opalało się na nim sporo osób, chociaż miał dziwaczne wybrzuszenia i łatwo można się było z niego zsunąć. Moce niebieskie czuwały, gdy[W1]  na dachu popychaliśmy się ostro dla zabawy, zręczne czepiając kominów, że nigdy nikomu nic się nie stało.
Następnego dnia – zaskoczenie, Tato i jego przyjaciel Władzio Wicher zaproponowali mi wyjazd do Sejn, rankiem, w dniu zaćmienia. Do Sejn i do Suwałk miały wyruszyć z Warszawy pociągi zaćmieniowe organizowane przez  Orbis, na taką wycieczkę mało kto miał pieniądze. Ojciec i inż. Wicher mieli jechać do Sejn samochodem na dwa dni, w sprawach związanych z budownictwem. Znajomy pana Wichra obiecał, że będziemy mieli okazję zobaczyć zaćmienie w towarzystwie osób wchodzących w  skład oficjalnie powołanej ekspedycji zaćmieniowej. Osobą towarzyszącą Ojcu i panu Władziowi miała być pierwotnie żona inż. Wichra – pani Tania, ale ona jechać nie chciała. Po pierwsze zaćmienie ją nie obchodziło, po drugie przyjęła obowiązki jednej z ważniejszych organizatorek wystawy psów rasowych, która miała się odbyć za miesiąc w Warszawie. Moja radość, że mogłam jechać za panią Tanię, nie miała granic. Ziutek otrzymał informację, że jedno przydymione szkło nie będzie potrzebne.

W drodze do Sejn pan Wicher co najmniej po raz dwudziesty wychwalał do mnie Canalettę, za to, że dzięki zastosowaniu camery obscura i szkła powiększającego z takimi  szczegółami odwzorował na swoich obrazach wiele budynków osiemnastowiecznej Warszawy, cennych przy odbudowie miasta. Ojciec prowadził, pan Władzio mówił, także o zaćmieniu. Już je widzieli w Ameryce Północnej, zahaczy o Polskę i przeniesie się do Azji. Gdy przyjechaliśmy w Sejnach się przejaśniło, od rana w mieście padał bez przerwy drobny deszcz. Zanim zrobiło się ciemno, bezgwiezdne niebo przybrało dziwaczną barwę, stanęło w kolorze seledynu o niepokojącym odcieniu, nie znanym dotąd, ani ze wschodów, ani z zachodów Słońca. Na lewo od Słońca widoczna była Wenus. Kiedy dotarliśmy do ekspedycji zaćmieniowej, w której działał kolega pana Wichra inż. Rybarski za jakieś pół godziny w biały dzień  koguty zaczęły gromadnie piać, kury pospiesznie wracały do kurników, gołębie szalały. Gdy się ściemniało, temperatura powietrza gwałtownie spadła. Nastała zupełna ciemność i jeszcze bardziej jakby powiało chłodem. Muszę przyznać, ogarnęła mnie, osobę światłą, po podstawówce, trwoga. Głupio się przyznać, pomyślałam, że to koniec. Nie mogłam zobaczyć nikogo z komisji zaćmieniowej, bo było ciemno, ale czułam, że cały jej skład, tak jak ja, stoi zdrętwiały. Nikt nie wykrztusił z siebie słowa. Poczułam się pyłkiem, nikim.

Ekspedycję zaćmieniową zorganizowało Polskie Towarzystwo Miłośników Astronomii. W Sejnach pokazywano mi chronoheliograf połączony z radiem i z chronografem. Nie za bardzo zrozumiałam w jaki sposób te połączone urządzenia rejestrowały tzw. sygnały zaćmieniowe, które nadawał Główny Urząd Miar i Wag w Warszawie z zegarów kwarcowych, oznaczając czas wykonania poszczególnych zdjęć. Nie to jednak było najważniejsze z tego czego doświadczyłam w Sejnach podczas zaćmienia.

PS. Na internecie znalazłem informacje o tym zaćmieniu. Jest tam nawet zdjęcie chronoheliografu i inż. A. Rybarskiego – KLIK.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s