Różne oblicza korupcji

Lech  Lech

Chyba w 1976 roku dostałem wezwanie z Urzędu Podatkowego żeby zapłacić podatek z tytułu bardzo wysokich zarobków.

Wspominałem, że „za Gierka” zniesiono podatek od wynagrodzeń uzyskanych w sektorze państwowym co uważałem za wyjątkowo logiczne posunięcie. Jednak osoby, których roczny zarobek przekroczył 120,000 zł musiały zapłacić dość wysoki domiar. Do wezwania dołączona była lista wydatków, które można było odjąć od opodatkowanych zarobków. Jedną z pozycji było wykupienie na właśność mieszkania spółdzielczego. Odetchnąłem z ulgą, kilka miesięcy wcześniej wykupiliśmy mieszkanie, to była spora kwota, która sprowadzała moje zarobki do normy.
Był jeden problem – nominalnym właścicielem mieszkania była Sylwia. 

Udałem się na rozmowę do Urzędu Podatkowego. Mój argument był prosty – prowadzimy wspólne gospodarstwo, moje zarobki są wielokrotnie wyższe niż Sylwii. W samej rzeczy w ciągu ostatnich 5 lat Sylwia przebywała głównie na urlopie bezpłatnym z tytułu opieki nad dziećmi i jej zarobki z tego okresu były minimalne. Oczywiste więc jest, że to ja wykupiłem mieszkanie.
Urzędnik roześmiał się – to jak pan dzieli się pieniędzmi ze swoją żoną to nie nasza sprawa. Zarobił pan to trzeba płacić.
Ja jednak nalegałem na rozmowę z kierownikiem działu.  Powtórzyłem mu swoje argumenty. Wysłuchał uważnie i spytał czy mogę udokumentować niewielki dochód Sylwii. Oczywiście, że mogłem – zawsze przychodziłem do urzędów właściwie przygotowany – miałem ze sobą świadectwa zarobków z pracy Sylwii. To był chyba decydujący argument. Domiar został anulowany.

Gdy urzędnik dowiedział się o tej decyzji złapał się ze zgrozą za głowę – nie wiem jakich pan użył argumentów, ale ten kierownik sobie kiedyś biedy napyta.

Opowiedziałem tę historię znajomemu Polakowi, którego żona pracowała wiele lat w australijskim Tax Office. Też złapał się za głowę – no widzisz jaka korupcja była za tej komuny! 
– Jaka korupcja? – oburzyłem się – przecież ja temu kierownikowi nie dałem żadnych pieniędzy ani nie obiecałem żadnych korzyści. Po prostu nie był bezduszny tylko logicznie pomyślał. 
Znajomy nie ustępował: 
– W tym właśnie rzecz –  przepisy nie były przestrzegane. Naginało się je stosownie do logiki lub innych – wiemy jakich – argumentów.

Chyba mial rację. Zasmuciło mnie to. W ciągu długich lat życia w PRL zbudowałem sobie swoisty sposób myślenia. Akceptowałem fakt, że w kraju panuje władza absolutna. W zamian za to oczekiwałem operatywnych decyzji bez czekania co na to powie opozycja, opinia publiczna, parlament. 

Zresztą z moim mieszkaniem była podobna historia. Wspominałem, że mieszkanie dostaliśmy w ramach porozumienia mojego zakładu pracy ze spółdzielnią mieszkaniową. No to w jaki sposób Sylwia była jego nominalną właścicielką?
Znowu nieubłagana logika. Gdy przydzielano mi mieszkanie Warszawa była miastem zamkniętym to znaczy żaden nowy przybysz nie mógł się w Warszawie zameldować. Gdy przyszło do ostatecznego przydziału spółdzielnia zażądała dowodu zameldowania w Warszawie a ja takiego nie posiadałem. Logika przyszła z pomocą – wstawcie tam moją narzeczoną, ona jest zameldowana w Warszawie. Teoretycznie mogliśmy przyspieszyć datę ślubu gdyż małżeństwo dawało prawo do zameldowania, ale uważałem to za, za… jakby to powiedzieć… za korupcję instytucji małżeństwa. Moja praca zgodziła się – tylko jak narzeczona puści pana z wiatrem to drugiego mieszkania już panu nie przyznamy – żartowali.

Jednak raz logika nie zadziałała.
To było kilka lat później gdy często wyjeżdżałem za granicę i mogłem zaoszczędzić nieco dewiz z otrzymywanych na wyjeździe diet. 
Dewizy można było legalnie wymienić na bony dewizowe Pewexu (sklepu, ktory sprzedawał towary za dewizy) albo sprzedać prywatnie czyli nielegalnie. Pośrednią opcją była wymiana w Pewexie na gotówkę po kursie 72zl za dolara amerykańskiego. Prywatnie, dobrym znajomym, sprzedawało się w tym okresie po kursie 80 zł. Nasi dobrzy znajomi dewiz nie potrzebowali więc sprzedawałem w Pewexie.
Któregoś dnia stałem w kolejce do kasy gdy podszedł do mnie jakiś starszy pan i poprosił żebym mu sprzedał dewizy bo potrzebuje na lekarstwa dla dziecka. Zaproponowałem żeby poczekał aż wymienię na bony to wtedy mu je sprzedam. Nieznajomy jednak prosił o dolary, chyba użył argumentu, że lekarstw które potrzebuje nie sprzedają za bony. Uległem. Kasjerka rzuciła mi ostrzegawcze spojrzenie, ale zignorowałem je.

Gdy wyszedłem ze sklepu czekał na mnie cywilnie ubrany milicjant, a nawet dwóch. chyba dobrze, że dwóch bo pierwszym odruchem było – UCIEKAĆ. Obał mnie zimny pot – nie wydadzą mi paszportu. Milicjanci poprosili o dowód, spisali protokół o handlu dewizami i poprosili o podpis.
– Ależ panowie – oponowałem. Przecież dokładnie znacie sytuację – sprzedałem po cenie oferowanej przez Pewex a więc oczywiste jest, że nie robiłem tego dla zysku. Chciałem pomóc człowiekowi w ludzkiej potrzebie. 
– W ludzkiej potrzebie – ironizowali milicjanci. – To zawodowy handlarz dewizami, dlatego chciał gotówkę. Sprzeda je na czarnym rynku.
– Zaraz, skoro panowie wiecie, że to zawodowy handlarz to dlaczego w pierwszym rzędzie jego nie zatrzymacie?

Na to pytanie nie otrzymałem odpowiedzi. Jestem przekonany, że był to podstawiony przez milicję prowokator gdyż po kilku dniach zapukał do naszego mieszkania i proponował mi wspólne napisanie jakiegoś pisma. Skąd znał mój adres? Nie wpuściłem go do środka. 
Po kilku tygodniach dostałem wezwanie do zapłacenia kary. Zapłacić trzeba było w kasie Ministerstwa Spraw Wewnętrznych (a może Sprawiedliwości?). Tam potraktowali mnie jak na to zasługiwałem – handlarz walutą 😦

Na szczęście Biuro Paszportów nie dowiedziało się o moich wykroczeniach.

Żeby mój wpis nie był zbyt formalny dodam wspomnienie jeszcze jednej konfrontacji z władzą.

Pod koniec lat 60., ubiegłego wieku oczywiście, wydarzył sie w Warszawie napad na bank, gdzieś przy ulicy Brackiej. Zapamiętałem dobrze o wydarzenie gdyż tego samego wieczoru byłem w raz z kolegami z pracy na śledziku w restauracji na ul. Kredytowej. Zaprowadził nas tam oczywiście pan Tadeusz W, miłośnik dobrego jedzenia. Nie pamiętam nazwy restauracji, pan Tadeusz nazywał ją – „u Żyda”.
Następnego dnia dowiedzieliśmy się z gazet o napadzie i skojarzyliśmy sobie zbieżność czasu i miejsca. Gdybyśmy tak wyszli z restauracji trochę później…?
Za kilka dni ukazały się w gazetach pamięciowe portrety włamywaczy. Jeden z nich miał pociąglą twarz, był ostrzyżony na krótkiego jeża, na dodatek ubrany był w kurtkę podobną do mojej, którą dostałem od cioci z Ameryki.
Jednak upłynęło kilka miesięcy zanim dostałem wezwanie na milicję – w charakterze świadka. Żeby było ciekawiej ubrałem tę kurtkę-złodziejkę. Milicjanci przyjrzeli mi się uważnie, poprosili żebym usiadł. Jeden z nich zapytał: co pan robił wieczorem 23 grudnia ubiegłego roku?
Znowu dowcip przeważył nad rozsądkiem – zamiast udać głębokie zamyślenie wyrecytowałem gotową formułkę – byłem na śledziku w restauracji XX w towarzystwie 5 osób z pracy!

Milicjanci pokiwali głowami, coś zapisali i jeden z nich zajrzał do szuflady. Kątem oka zauważyłem, że miał tam zdjęcia i rysopisy rabusiów banku.
– Czy mógłby pan podać nam swój rysopis?
– Proszę bardzo, blondyn, krótko ostrzyżony, pociągła twarz, wysoki, dobrze zbudowany.
– Znaczy szczupły – przerwał jeden z milicjantów.
– Gdzież tam szczupły – zaprotestowałem – chyba sam pan widzi.
– Znaczy krępy? – stwierdził drugi milicjant.
– Też nie. Powiedziałem – dobrze zbudowany.
Milicjanci kręcili z niezadowoleniem głowami – może być albo szczupły albo krępy.
I wyszedłem na wolność.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s