Upadek – rok 1975

Lech  Lech

Po powrocie z Anglii z entuzjazmem zabrałem sie do pracy, ale wkrótce na horyzoncie pokazały sie ciemne chmury. Nasz szef, pan Andrzej Zienkiewicz, poinformował nas, że system WEKTOR rezygnuje z naszych usług. 
Wyjaśnienie było dość oczywiste – przesyłane przez nas informacje były coraz gorsze. Zadania nie były wykonywane w terminie, zamówione urządzenia nie były uruchomione, mało tego, nie były nawet właściwie magazynowane.
Pan Andrzej był jednak optymistą: dopiero teraz nasz system jest przydatny. Przecież im wcześniej kierownictwo wie o nadchodzącym kryzysie tym lepiej może przeciwdziałać. Ma większą władzę. To nie są głupi ludzie, wkrótce ktoś pójdzie po rozum do głowy. W każdym razie my będziemy im wysyłali nadal nasze raporty. Za darmo, stać nas na to, sytuacja finansowa pracowni jest bardzo dobra.
Zupełnie inaczej widział tę sprawę Andrzej Targowski – jedna z najbardziej znaczących osób w polskiej informatyce – KLIK.
Tutaj link do jego wspomnień o systemie WEKTOR – KLIK. W zlinkowanycm wspomnieniu pisze: „System WEKTOR uwypuklił dobitnie, że systemy informatyczne w skali krajowej — to więcej niż systemy informatyczne: dobrze zaprojektowane stają się systemami władzy. System WEKTOR został zaprojektowany jako system kontrolujący m. in. resort budownictwa. W związku z tym, momentalnie minister tego resortu Karkoszka, były I sekretarz KW PZPR w Gdańsku, uruchomił swój układ partyjnych sojuszników, aby system WEKTOR nie wszedł do użytku, bowiem chciał uniknąć kontroli swojej działalności.„.

Na Boże Narodzenie pojechaliśmy w trójkę do Bierutowic. Zapowiadało się pięknie, ale po kilku dniach Ania dostała bardzo silnego przeziębienia. Wysoka gorączka, na krótki czas straciła przytomność. Na szczęście trafiliśmy na bardzo dobrego doktora i wyzdrowiała.

W lutym znowu na śnieg. Tym razem na Bukowinę. Ja z Anią i siostrzenicą Sylwii – Kasią. Znowu nieudany wyjazd. Wielka odwilż, cały śnieg stopniał, Bukowina tonęła w błocie. Nasza prywatna kwatera też nie była najlepsza – gdy wygasł żeliwny piecyk w pokoju robiło się niezwykle zimno. Całą noc hałasowały myszy. Rada gospodarzy – na noc trzeba sobie zasłonić uszy żeby mysz się w nie nie wkręciła. Skutkowało – nikomu mysz się nie wkręciła, ale nie wystarczyło żeby stłumić hałasy.
Nie można było jeździć na nartach. Spacery w błocie nie były żadną atrakcją. W pobliżu nie było żadnych dzieci. Dziewczynki się nudziły. 

W pracy dowiedzieliśmy się, że ludzie z Komisji Planowania udzielili nam upomnienia za dostarczanie niezamówionych raportów (dla systemu WEKTOR). Pan Andrzej tłumaczył wszystko pozytywnie – dobrze, że jest jakaś akcja, znaczy zauważają, wkrótce zrozumieją, że to dla nich korzystne.
Optymizm nie trwał długo. Któregoś poranka zastaliśmy na korytarzu milicjantów. Dwa pokoje, w których pracował zespół obsługujący WEKTOR były zapieczętowane. Pan Andrzej nie pojawiał się w pracy.  
Sprawa wyjaśniła się chyba za dwa dni. Okazało się, że milicja zrobiła rewizję pokojów naszej praconi i w dwóch znaleźli wiele tajnych dokumentów niewłaściwie zabezpieczonych. One nie były wcale zabezpieczone, to był skutek uboczny skierowania uwagi rządu na potrzeby ludzi. Pan Andrzej robił wiele starań zeby znaleźć dla pracowni osobny lokal, żeby zakupić odpowiednie szafy, ale to nie było możliwe. Administracja lokali dostała polecenie żeby nie przyznawac instytucjom lokali nadających się na mieszkania. Sklepy meblowe dostały polecenie żeby nie sprzedawać instytucjom mebli. To tłumaczy dlaczego nasza pracownia miała nadmiar gotówki – bo nie mogła niczego kupić. Na marginesie dodam, że sklepy spożywcze dostały polecenie żeby zamówienia instytucji załatwiać na końcu. O tym ostatnim dowiedziałem się w przedszkolu Ani gdzie tłumaczono rodzicom trudności w przyrządzeniu dzieciom posiłków. 
Pan Andrzej pojawił się w pracy, ale na krótko. Został służbowo przeniesiony do Ministerstwa Szkolnictwa Wyższego. Kierownictwo Etobsystemu przejął inż. W.

W zlinkowanej powyżej publikacji Andrzeja Targowskiego nie ma wzmianki o EtobSystemie, jest za to wspomniane Centrum ETOB i nazwiska naszych konsultantów organizujących zbieranie danych w terenie. Formalnie jest to  poprawne – nasza Pracownia była wprawdzie na własnym rozrachunku, ale nie maiła pełnej osobowości prawnej, działu kadr itp. 

Pod koniec kwietnia nasz zespół dostał zaproszenie na konferencję na temat baz danych w Nowym Sączu. Bohaterem imprezy był system bazy danych Rodan – KLIK projektowany przez zespół pod kierownictwem Witolda Staniszkisa. Kolejny inteligentny, dobrze wykształcony, energiczny człowiek.

Mnie poproszono o krótką prezentację SEZAMu. Po prezentacji nie czekaliśmy na zakończenie obrad, pospieszyliśmy do Zakopanego. Następnego dnia był 1 maja, dzień wolny a tu masa śniegu. My to oczywiście trzon zespołu SEZAM – ja, Andrzej M. i Janek R. Zjeżdżaliśmy  z Kasprowego na Halę Gąsiennicową. Kolejka do wyciągu nie była zbyt długa, słoneczny dzień, puszysty śnieg – rozkosz.
Ooops – śnieg tylko wyglądał na puszysty. Był świeżutki, bielutki, ale bardzo mokry i przy dotknięciu kleił się w gęstą masę. Osobiście tego doświadczyłem. Na samym końcu zjazdu chciałem efektownie skręcić w głębokim śniegu, śmignąć chmurą białego puchu. Nie śmignąłem. Leżałem w stercie śniegu i wydawało mi się, że moja prawa stopa jest uwięziona w jakichś kleszczach.
– Czy to pan krzyknął? – zapytał przejeżdżający w pobliżu narciarz.
– Krzyknął? Nie słyszałem żeby ktoś krzyczał.
– Czy z panem wszystko w porządku? Moze pan wstać? – dopytywał się narciarz.
– Oczywiście, że w porządku. Zaraz wstanę… tylko jeszcze chwilkę odpocznę. 
Za chwile podjechali do mnie Andrzej i Janek.
– Wszystko w porządku – odpowiedziałem na ich pytania –  tylko w bucie coś mnie okropnie gniecie.
Buta nie potrafiliśmy zdjąć, trzeba było wołać GOPR. Dwóch ratowników poradziło sobie z butem, ale nie mieli wątpliwości – złamana noga. O kuracji złamanej nogi napiszę w osobnym wpisie gdyż zrobiła się z tego niezależna opowieść.
Przy okazji trzeba było wyjawić kolegom rodzinny sekret. Janek i Andrzej odwiedzili mnie w szpitalu i oczywiście powiedzieli, że wieczorem zawiadomią Sylwię.
– Nie, nie róbcie tego – prosiłem – po co ma sie martwić.
– Ale przecież i tak się dowie. Zresztą ty nie wrócisz z nami do Warszawy. Trzeba ją powiadomić jak najszybciej.
– Ale, ale… – machnąłem ręka z rezygnacją – ale ona jest w ciąży, tylko się zdenerwuje. 

Do domu wróciłem dopiero pod koniec maja. Sylwia energicznie wzięła się za moją kurację za pomocą diety. Kuracja przyniosła dobre efekty. Pod koniec czerwca zdjęto gips i sprawdzono stan złamania. Zrosło się tak dobrze, że nie trzeba było już zakładać gipsu. Standardem było zakładanie krótkiego gipsu na dodatkowe 3 tygodnie. 
Jednak przez następne 2 miesiące musiałem poruszać się o kulach . Sylwia znowu źle znosiła ciążę – co zrobić z Anią na lato. Na 2 tygodnie wzięła ją siostra Sylwii, na następne dwa wysłaliśmy ją na prywatne kolonie w okolicach Warszawy. Kolonie okazały się bardzo kiepsko zorganizowane. Na szczęście udało nam się załatwić wczasy rodzinne w Ryni nad Zalewem Zegrzyńskim – to były dwa tygodnie doskonałej pogody i miłego wypoczynku.

We wrześniu wróciłem do pracy. Mieliśmy trochę zadań, ale wiadomo było, że EtobSystem niedługo zakończy swój żywot.

Ja miałem jednak ważniejsze sprawy na głowie – 30 paździenika urodził się Michał. Ania przyjęła urodziny brata entuzjastycznie. A więc może koło fortuny zaczęło się kręcić we właściwą stronę?

Michal 

Pewnym urozmaiceniem w pracy było prywatne zlecenie z Mennicy Państwowej, która znajdowała się bardzo blisko ETOBu. Moim zadaniem było opracowanie systemu komputeryzacji gospodarki materiałowej. Pewnym rozczarowaniem było, że system nie obejmował metali szlachetnych, te miały osobny system rozliczeń pod kontrolą władz zwierzchnich.
W Mennicy poczułem powiew Zachodu – dobra organizacji, dobre wyposażenie biurowe, maszyny liczące Olivetti w księgowości. Bardzo sympatyczny dyrektor, pan Biernacki. Miejscem mojej pracy był Dział Gospodarki Materiałowej, praca szła dobrze i szybko, bardzo rzeczowi ludzie. Za wyjątkiem jednego – bardzo niepozorny pan o smutnych oczach, zauważyłem, że uważnie przysłuchuje się naszym rozmowom. Któregoś dnia zagadnął mnie:
– Na jakim lomputerze będziecie przetwarzać nasz system?
– ODRA- 1300, nowoczesny polski komputer.
– A czy są takie komputery.. Honeywell? – Jego wiedza zaskoczyła mnie.
– Są, to bardzo dobre komputery (znałem je z pobytu w Anglii w 1964 roku), ale w Polsce ich nie ma.
– Są, są –  zaprzeczył pan R. ze smutnym uśmiechem.
Ta informacja zbulwersowała mnie. Praca na zachodnim komputerze to było marzenie każdego informatyka sledziłem więc dokładnie co też dzieje się w innych instytucjach. Po powrocie do pracy natychmiast pobiegłem do mojego poprzedniago szefa pana K. Husarskiego –
– Szefie, czy ktoś w Polsce ma Honeywella??
– Oczywiście, że nie, przecież pan śledzi te sprawy lepiej niż ja. A skąd to przyszło panu do głowy?
– Jeden facet w Mennicy, szeregowy pracownik, powiedział, że ktoś ma. 
Następnego dnia pan Husarski czekał na mnie od rana…
– Kto panu to powiedział?
– No mówiłem, szeregowy pracownik, nikt.
– Panie, Honeywella ma Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. To zupełna tajemnica. Ten pana  „szeregowy pracownik” musi mieć dobre wtyczki w Bezpiece. 
Popędziłem do dyrektora Biernackiego..
– Panie dyrektorze ten pan R??
– Tak?
– On jest taki trochę dziwny…
– Pan Różański? – drektor zrobił znacząca przerwę – tak to TEN – KLIK. (przepraszam, że aż dotąd posługiwałem się inicjałem, ale chciałem czytelników zaskoczyć).
Polecam lekturę artykułu w wikipedii, leniwym wyjaśnię, że było to pan  bardzo zaangażowany w stosowanie tortur w stalinowsko-bierutowskim aparacie bezpieczeństwa. Po przewrocie 1956 roku został skazany na więzienie, ale dość szybko ułaskawiony.
Siedzieliśmy z dyrektorem chwilę w milczeniu.
– Tak – przerwał milczenie dyrektor – odsiedział wyrok, przyznano nu emeryturę, ale nie mógł wytrzymać bezczynności i prosił o jakąś pracę więc przysłali go do nas. Tu ma zapewnione bezpieczeństwo.
On tylko markuje pracę, nie przydziela mu się żadnych poważnych zadań, ale raz okazał się użyteczny – ciągnął dyrektor – My współpracujemy blisko z mennicą w Wiedniu. Kiedyś przysłali mi zaproszenie na jakąś uroczystość. Zaproszenie zostało przetrzymane w Ministerstwie Finansów i nie było wystarczająco dużo czasu żeby wydali mi paszport. Pan R. usłyszał jak skarżyłem się na to sekretarce, bo on potrafi tak jakoś bezszelestnie wszędzie się wślizgnąć. Spytał czy może wejść do mnie do gabinetu. Zgodziłem się.
– Panie dyrektorze, czy ja mogę prosić o przepustkę na wyjście poza zakład?
– Ale dlaczego mnie? To może wydać pana kierownik.
– Panie dyrektorze, bardzo proszę, to tylko na 5 minut, do budki telefonicznej.
– Ale przecież może pan zadzwonić z pracy…
– Panie dyrektorze… – wypisałem mu przepustkę. Za trzy godziny sekretarka dostała telefon, że może odebrać mój paszport.

System gospodarki materiałowej został wykonany zgodnie z planem. Dodatkową nagrodą dla mnie był medal wykonany przez Mennicę na zlecenie Polskiej Akademii Nauk.

Medal PAN

P.S. Wikipedia wspomina o pracy J. Różańskiego w Mennicy, ale podaje, że w 1969 roku przeszedł na emeryturę. Nie dałbym sobie uciąć ręki za to, że opisywana scena miała miejsce w 1975 roku, ale na pewno nie wcześniej niż druga połowa 1973 roku.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s