What a fun to be British

Lech  Lech

Na początku sierpnia 1974 wylądowałem w Londynie.

Lotnisko Heathrow, ruch, gwar, mieszanka ras. To robiło duże wrażenie. Natomiast śródmieście Londynu w gorące, sierpniowe popołudnie, wydawało się jakby uśpione. Tylko na dworcach pełna czujność – to był rok licznych akcji terrorystycznych Irlandzkiej Armii Republikańskiej (IRA)
Nie pamiętam jaka to rządowa instytucja przyznała mi stypendium. W ich siedzibie atmosfera tez była raczej senna. Bardzo rzeczowa pani udzieliła mi podstawowych instrukcji. Moje stypendium pokrywa koszt szkoleń, noclegów i dojazdu na szkolenia. Prócz tego będę otrzymywał kieszonkowe 5 funtów dziennie, 8.5 funta za dni spędzone w podróży.  Na dzisiejszą noc mam załatwiony hotel w pobliżu. Jutro mam pojechać do Birmingham, tam tez mam załatwioną jedną noc w hotelu. Kolejnego dnia rano mam się wyprowadzic z hotelu i stawić w ośrodku szkoleniownym. Oni zajmą się resztą spraw.

W banku pobrałem gotówkę i udałem się do hotelu. Nazywał się chyba Janeczek i był prowadzony przez starsze polskie małżeństwo. Hotelowi nadali imię swojego syna.
Wolny wieczór spędziłem w teatrze, na słynnym od kilku lat musicalu Hair – KLIK. Tym razem był to spory zawód. Dopiero film w reżyserii Milosa Formana w pełni to zrekompensował. Należy tu uwzględnić upływ czasu. Musical powstał w 1968 roku gdy wysiłek militarny USA w Wietnamie sięgał szczytu. Zabawy hippisów nie były traktowane poważnie. Film powstał w 1979 roku gdy wojna została już przez USA przegrana (1975). W wielu krajach trwała pamięć młodzieżowych protestów przeciwko wojnie. Podany link to scena z filmu możliwa do wyobrażenia sobie dopiero po przegraniu wojny – kolumna żołnierzy maszerująca do samolotu i jej transformacja w groby na cmentarzu Arlington – podkład muzyczny – Let’s the sun shine. Na rosyjski to się tłumaczy – Pust wsiegda budiet sołnceKLIK. Mnie pociesza fakt, że żołnierz o polskim nazwisku nie zdążył na samolot. Czy ktoś potrafi rozpoznać jego nazwisko?

W Birmingham opiekę nade mną sprawowała firma szkoleniowa prowadzona chyba przez Johna Kenny. Jeszcze w Polsce miałem z nim kontakt i współnie opracowaliśmy program szkolenia.
Prawdę mówiąc to tak długie szkolenie nie było mi potrzebne. Jako samouk miałem spore luki w wiedzy a jednocześnie w niektórych dziedzinach miałem bardzo duże praktyczne doświadczenie. Z pewnym smutkiem patrzyłem na inne osoby, które były pod opieką firmy. W większości byli to obywatele dawnych brytyjskich kolonii, których pracodawcy wytypowali na przekwalifikowanie się na informatyków. Zaczynali od początku w usystematyzowany sposób.
W Polsce wyjazdy na Zachód były tak atrakcyjne, że aby się na nie zakwalifikować trzeba było najpierw wykazać się osiągnięciami, które często przewyższały poziom zagranicznych szkoleń. Tak było z moim wyjazdem do Norwegii, tak było teraz, tak będzie jeszcze conajmniej raz.

Firma Johna zajmowała się głównie organizacją szkoleń. Miałem w programie szkolenia w kilku firmach. W biurze Johna spędziłem trochę czasu na wysłuchaniu specjalistycznych wykładów i chyba na dwóch szkolenich.

Kwang Yeow Tan

Na koniec pierwszego dnia zajęć John poprosił dwóch studentów żeby pojechali ze mna do mojej kwatery w Birmingham. Był to hostel prowadzony przez jakąś organizację religijną. Znajdował się w dzielnicy Edgbaston. 
Moimi przewodnikami byli studenci z Singapuru, panowie Tan i Too. Gdy wspomniałem o tym w liście kolegow w pracy przechrzcili ich na Tu i Tam.
Na zdjęciu Kwang Yeow Tam, który odnalazł mnie dwa lata temu na facebooku.
Yeow był chyba najbliższa mi osoba w Birmingham. Towrzyszuyl mi nawet raz czy dwa na koncertach w filharmonii. 

Z innych wydarzeń kulturalnych pamiętam dwa filmy The Exorcist and Rosemary’s baby. Na pierwszym zrobiło mi się słabo, drugi bardzo mnie przestraszył.
Odkryciem literackim była książka 1984. W Anglii nie miałem okazji jej przeczytać, dowiedziałem się o niej z artykułu podsumowującego sytację na 10 lat przed prorokowanymi wydarzeniami. Podsumowanie było bardzo uczciwe, wolny świat nie ustępował wiele ustrojom totalitarnym w manipulowaniu ludźmi.

W hostelu mieszkało ponad 100 osób, większość to studenci z różnych krańców brytyjskiego imperium. Bardzo widoczna była grupka z Ghany i Nigerii. Przy pierwszym spotkaniu zapytali mnie czy czytałem książkę Chata wuja Toma. Oczywiście, że czytałem – jakie wzruszające. Rzucili sobie znaczące spojrzenia i wytłumaczyli mi, że ta książka wyrządziła wiele szkody ruchom walczącym o wolność dla krajów afrykańskich. Wuj Tom cierpi w milczeniu, wszyscy mają łzy w oczach i dziękują Bogu, że w niebie wynagrodzi ludziom wszelkie cierpienia.

Głównym miejscem spotkań była oczywiście kuchnia. Ze wstydem wyznaję, że w gotowaniu byłem wtedy bardzo słaby i nie miałem chęci się nauczyć a okazja była doskonała. Wydaje mi się, że jadłem gorące posiłki na lunch w taniej restauracji a w hostelu ograniczałem się do kanapek lub jakiejś gotowej potrawy, któa należało tylko podgrzać.
Wydarzeniem był lunch w chińskiej restauracji, do której zaprowadzili mnie panowie Tam i Tu. Kelnerki rozwoziły po sali niewielkie dania gotowane głównie na parze. Bardzo smaczne. Dopiero w Australii zorientowałem się, że to nazywa się yum-cha…

yum-cha

Z kursów wyjazdowych najbardziej pamiętne były kursy ICL prowadzone w ośrodku w okolicach Windsoru. Ogromna posesja byłej szkoły prowadzonej przez Jezuitów. Na środku pomnik św Stanisława Kostki – KLIK.

Gdy o jedzeniu mowa to wspomnę, że któregoś dnia, w wielkiej tajemnicy, pan Too poczęstował mnie otrzymanym z domu psim mięsem. Oczywiście było przesłane w mylącym celników opakowaniu. Pan Too ostrzegł mnie, że powoduje ono gwałtowny przypływ energii i dlatego nie należy spożywać go przed snem. Odkroił dla mnie kawałek suszonego mięsa. Było okropnie twarde, musiałem je dość długo żuć.  Miało słodki smak, nie przypominam sobie żeby przybyło mi energii.

Kilka weekendów spędziłem w Londynie. Odwiedziłem oczywiście wujka Ryśka i Joyce. Ich syn Stefan ożenił się z Lynne i właśnie urodził się im syn – Carl. Sprawy dziecięce były dla mnie istotne. sporo czasu spędziłem w sklepach sieci Mothercare kupując ubranka dla Ani.

Pamiętna była dla mnie grę sytuacyjną – kierowanie projektem informatycznym. Szczęśliwie moim partnerem był Kwang Yeow Tan. W grze uczestniczyło kilka zespołów. Każdy zespół dostał informację o składzie zespołu roboczego i zadaniach do wykonania. Należało przydzielić zadania na nadchodzący tydzień. Wtedy dostawaliśmy informację o przypadkach jakie się wydarzyły – ktoś się rozchorował, nastąpiła zmiana jakiegoś fragmentu projektu, itp. Trzeba było to uwzględnić planując zadania na następny tydzień. Zauważylismy, że jeden z członków zespołu regularnie nie przychodzi do pracy w poniedziałki. A więc to nie tylko polski zwyczaj. Co z tym zrobić? Udzielić nagany? Wyrzucić z zespołu? Yeow zaproponował proste rozwiązanie – nie przydzielać mu na poniedziałek żadnych zadań. Minęło kilka tygodni zanim prowadzący grę zorientował się co jest grane i dostaliśmy informację o proteście załogi. Z tym też sobie jakoś taktownie poradziiśmy. Wydaje mi się, że w ostatecznym rozrachunku wykonaliśmy projekt najmniejszym kosztem a jeśli chodzi o termin wykonania to zajęliśmy drugie miejsce.
Okazało się, że problemy ludzkie powodowały najwięcej kłopotów. Projekt prowadzony przez zespół z Iranu w ogóle nie został zakończony ze względu na strajki i protesty pracowników.

Muszę stwierdzić, że mimo lektury książki R. Townsenda i pracy pod kierownictwem pana Andrzeja Z. nie wykazywałem zrozumienia problemów pracowniczych. Częścią gry było przeprowadzenie iinterview z kandydatem do pracy. Wczułem się w sytuację bezwzględnego kapitalisty, który chce wykorzystać pracownika i przepytywalem kandydata bardzo agresywnie. Prowadzący zajęcia był zaskoczony
– Lech, przecież tego nikt nie zniesie, kandydat demonstracyjnie wyjdzie z inrterview, może jeszcze ci naubliża. Zdumialem się – wyjdzie z interview? No to co, rąk do pracy nie brakuje.
– To u was tak jest? – dziwił się instruktor.
– Nie u nas, u nas każdy ma pracę zapewniona. Tak jest u was!
Koledzy z Ghany i Nigerii potakiwali. 

Pobyt kończył się na początku listopada. Przed powrotem do Polski miałem obowiązek złożyć w polskim konsulacie sprawozdanie z pobytu. Dopiero przed drzwiamu zorientowałem się, że był 1 listopada – Wszystkich Świętych. Drzwi były zamknięte a na nich powiadomienie – dzisiaj w Polsce mamy Bank Holiday, biuro nieczynne. 
Jak nazwa wskazuje bank holiday to dzień, w którym banki nie funkcjonują a zatem nie może funkcjonowac wiele instytucji uzależnionych od banków – KLIK
Informacja polskiego konsulatu bardzo mi się spodobała – po pierwsze stwarzała pozory, że Polska to kraj funkcjonujący podobnie jak Anglia, po drugie śmierć bez wątpienia jest pewna jak w banku.. a może nawet jeszcze bardziej.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s