Anglia – odcinek 2 – spotkania

Lech  Lech

Jagoda i jej mąż obracali się głównie w polskim środowisku. Pamiętam, że raz zaproszono nas na brydża. Wśród gości było sporo starej Polonii, chyba był nawet jakiś minister Rządu Londyńskiego. Oczywiście grali stosując zapis polski. Ja też uczyłem się brydża w tym systemie, ale w 1955 roku brydż został zaakceptowany w Polsce jako dobry sposób spędzania czasu, powstały kluby brydżowe, pojawił się brydż sportowy i wraz z nim zapis międzynarodowy, który bardziej faworyzował precyzję gry podczas gdy zapis polski zachęcał do ryzyka.
Grałem z dużym przejęciem gdyż gospodarz zaprosił mnie do stołu słowami – zobaczmy czy też nowe, wychowane w Polsce, pokolenie jeszcze umie grać w brydża. Chyba sprostałem wyzwaniu.

Innym pamiętnym spotkaniem była wizyta pana zatrudniownego w sekcji polskiej radia BBC. Bardzo kulturalny i elokwentny, z przyjemnością go słuchałem – pięknie budowane zdania, świetna dykcja. Temat rozmowy był też ciekawy – planowanie edukacji dzieci. Pan Wojciech (mąż Jagody) przykładał wielką wagę do zachowania przez Kasię czystego polskiego języka. W związku z tym planował, ze Kasia pójdzie do francuskiego przedszkola a potem do francuskiej szkoły. Dzięki temu złapie poprawny francuski akcent a równocześnie jej polszczyzna nie zostanie zdominowana przez wszechobecny angielski. Jego rozmówca gorąco popierał tę koncepcję.
Słuchałem tego jak opowieści z innej planety. Dla mnie oczywiste było, że przedszkole i szkoła są państwowe i zrejonizowane. Wszystko ponadto to był dla mnie kaprys.

Kilka razy pomagałem nieco panu Wojciechowi; drobne prace gdy z jakiegoś mieszkania wyprowadzili się lokatorzy. Przy tej okazji obejrzałem te mieszkania. Pojedyńcze spore pokoje w dużych ładnych willach. W każdym mieszkaniu indywidualny licznik zużycia eletryczności i gazu. Do licznika trzeba było wrzucić monety, gdy kredyt się wyczerpał światło gasło.
Pewnego razu odwiedziliśmy jedngo z lokatorów – emerytowany oficer, który większość służby odbył w Indiach. Bardzo elegancki i dystyngowany pan. Przy szklance whisky zebrało mu się na wspomnienia.
Wiele razy wysyłano mnie z misją przygotowania gruntu na dla nowego zarządcy miasta czy rejonu. Poprzedni zarządca się wypalił – pił, nie pilnował dyscypliny, wojsko i urzędnicy się zdemoralizowali, miejscowa ludność zaczynała się buntować.
Przyjeżdżałem razem z kompanią wojska. Starą kompanię natychmiast odsyłaliśmy do macierzystej jednostki wojskowej. Oddział żołnierzy hinduskich zostawał rozwiązany. Zarządca już był zawieszony w obowiązkach, przejmowałem jego rolę. Następnego dnia, w południe, przy największym upale, maszerowałem na czele kompanii główną ulica miasta. Uroczystość przejęcia terenu. Na zakończenie ogłaszaliśmy werbunek ochotników. Zgłaszali się chętnie gdyż oferowaliśmy niezłe warunki. Nowoprzyjęci byli poddawani twardej dyscyplinie i wielogodzinnej musztrze. Słabsi szybko się wykruszali. W tych, którzy wytrzymali staraliśmy się wyrobić poczucie wyższości nad niezdyscyplinowanym tłumem. Udawało się. Po 2 tygodniach mogłem powiadomić centralę , że teren jest gotowy na przybycie nowego zarządcy.
Na pytanie jak znosił gorący klimat miał prostą odpowiedź – mocna, gorąca herbata i whisky.
Po wizycie wyraziłem zdziwienie, że człowiek po takiej karierze nie ma własnego domu.
– Żona złamała mu karierę – wyjaśnił pan Wojciech.
– Żona? W jaki sposób? To przecież bardzo elegancka i inteligentna kobieta.
Pan Wojciech spojrzał na mnie jak na kogoś dziwnego.
– Jak to? Nie rozumie pan? Hinduska.

Odnosiłem wrażenie, że Jagoda i jej mąż byli ciekawi czy podejmę jakieś starania o pracę. Chyba z myślą o tym skontaktowali mnie z Polakiem, który podobno chciał się ze mną spotkać i ewentualnie skorzystać z mojej pomocy. Był to bardzo kulturalny pan, który zaprosił mnie na lunch i pogawędkę. Na wstępie spytał czy mógłbym mu pomóc w czyszczeniu dywanów. Dla mnie, który wynegocjował wymianę mieszkania z powodu złej jakości dywanów, było to ciekawe doświadczenie. Dywany były dużo lepszej jakości niż te na Radarowej i dużo staranniej położone. Czyszczenie polegało na spryskaniu dywanu pianą i odkurzeniu go gdy piana dobrze wyschnie. Do oczyszczenia były chyba 2 pokoje i zajęło mi to pewnie pół godziny czasu nie licząc przerwy na schnięcie podczas której gospodarz poczęstował mnie herbatą. Nieco zażenowało mnie, że mój gospodarz nalegał żebym przyjął zapłatę za ten niewieki wysiłek. Nie chciałem jej przyjąć, ale odniosłem wrażenie, że dla niego było to dość istotne więc w końcu przyjąłem.
Na lunch pojechaliśmy do POSK (Polski Ośrodek Społeczno-Kulturalny) – KLIK. Tam mój gospodarz zapoznał mnie z panią Moniką, młodą dziewczyną, która przyjechała tu z Polski kilka miesięcy temu i miała dobre rozeznanie w możliwościach pracy. Pani Monika też była bardzo miła i rzeczywiście znała się na rzeczy. Najpopularniejszym zajęciem były renowacje domów i mieszkań. Zaoferowała mi kontakt z właściwymi osobami, zapewniła, że mój brak jakiegokolwiek doświadczenia nie jest przeszkodą. Ona pracowała w zespole remontowym a prócz tego w restauracji jako kelnerka. Twierdziła, że oficjalny, wpisany w wizę, zakaz pracy nie jest żadnym problemem. Mieszkała w sporym mieszkaniu wynajętym przez sporą grupę Polaków. Przypomniał mi się dowcip opowiadany przez Joyce:
– Straszny wypadek, zagniotło 12 Pakistańczyków.
– Co się stało?
– Łóżko się zawaliło.
Czyżby ta, rozpoczynąjąca się literą P, narodowość ofiar to była jakaś aluzja?

Po kilku dniach pobytu wybrałem się z wizytą do Joyce. Mieszkała w niewielkim domku w dzielnicy Pinner. Rzeczywiście trudno było tam kogoś ugościć. Ich syn Stefan był młodszym oficerem na staku pasażerskim i w lutym miał być na morzu, jednak z powodu choroby był w domu tak, że jego sypialnia była zajęta.
Joyce była typową Angielką, jakby wyjęta ze znanych mi angielskich filmów. Stefan był bardzo przystojnym mężczyzną, z długimi włosami wyglądał jak któryś z Beatlesów. Poznałem też jego narzeczoną – Lynne – też zgadzała się ze stereotypem atrakcyjnej młodej Angielki. Pojechaliśmy obejrzeć zamek Windsor – tylko z zewnatrz. Wstąpiliśmy na piwo do pubu, poszliśmy chyba do kina na jakiś popularny właśnie film.

Po kilku tygodniach przyjechał wujek Rysiek i w tym czasie odwiedziłem ich kilka razy…

Wujek Rysiek

Rozmawialiśmy o rodzinie, o pracy wujka. Wujek mówił, że nie spodziewa się żeby Stefan został na stałe na morzu, choćby ze względu na Lynne.  Widziałem, że wujek czuje się w domu trochę jak gość. Joyce urządziła wszystko po swojemu, w końcu ona spędzała tu cały czas. Wujek wspomniał żartem, że Stefan ma zdolności do gier hazardowych. Nawet miał z tego powodu kłopoty w szkole gdyż organizował różnego rodzaju totalizatory.
Życie potwierdziło przydatność tych zainteresowań. Stefan zaczął pracowac jako makler w bardzo szacownej firmie Furness Withy – KLIK i doszedł tam do stanowiska dyrektora naczelnego. Ożenił się z Lynne.
Któregoś dnia wybraliśmy się samochodem do centrum Londynu. Objechaliśmy znane mi już z pieszych wędrówek trasy, odwiedziliśmy opactwo Westminster i katedrę św Pawła. W katedrze Joyce zwróciła moją uwagę na malutki fragment witraża – sylwetka samolotu myśliwskiego i polska flaga. To uhonorowanie udziału Polaków w Bitwie o Anglię – oznajmiła. Pewnie wybrzydzam, ale odniosłem wrażenie, że Czesi dostali większy kawałek witraża.
W internecie znalazłem wizerunki kilku witraży katedry St Paul z polską tematyką…

Witraże

… ale chyba powstały już po mojej wizycie.

Wstąpiliśmy też na piwo do słynnego pubu – Prospect of Withby – KLIK.

Pamiętnym wydarzeniem była wizyta z Wukiem i Joyce w teatrze na musicalu Fiddler on the Roof. Do tego czasu znałem musicale amerykańskie w wersji filmowej – Walking in the Rain, Amerykanin w Paryżu. Musical na scenie to było coś nowego, do tego z wielką ilością żydowsko-polsko-kresowego folkloru – choćby wioska Anatewka – KLIK (właściwa piosenka zaczyna się po 1 minucie). Podany link to fragment filmowej wersji, według mnie znacznie słabszej od żywego i bardzo zwartego przedstawienia na scenie tetralnej.
W teatrze niemile zaskoczył mnie brak szatni. Była zima. Prawdopodobnie zakładano, że do teatru przyjeżdża się samochodem. Jednak większość ludzi miała ze sobą płaszcze, kapelusze, parasole. Niby elegancki teatr a dopóki nie zgaszono świateł to miałem wrażenie, że jestem w poczekalni na dworcu. W Australii zastałem podobne obyczaje chociaż w ostatnich latach szatnie robią się coraz popularniejsze. W większości przypadków są darmowe. W tym punkcie komuna była daleko do przodu – szatnie były ogromne, płatne i chyba przynosiły więcej dochodu netto niż bilety.

Od Sylwii dostałem list z informacją, że w Anglii właśnie przebywa jej kuzynka i dobra przyjaciółka z dziecinnych lat, poleciła mi skontaktować się z nią. Zadzwoniłem – okazało się, że Basia przebywa na stałe w Australii, do Anglii przyjechali na dwa, trzy lata, jej mąż – dentysta – ma tu dobry kontrakt. Mieli dwuletnią córkę – Iwonkę. Przyjechali po mnie czerwonym jaguarem i spędziłem z nimi jeden dzień. Mieszkali w Basingstoke – 70 km od Londynu gdzie Janusz pracował.

Basia i Janusz

W drodze zwiedziliśmy katedrę w Winchester. Wiele czasu spędziliśmy na wzajemnym przedstawianiu się – pokrewieństwo Basi z Sylwią, jak dostali się do Australii, skąd ja znalazłem się w ich rodzinie i w Londynie. Było to znamienne spotkanie – po latach nasze ścieżki życiowe zbiegły się bardzo blisko.

Wspominałem, że śwital mi w głowie pomysł pracy w Anglii. Jedyna praca, która mnie interesowała to programowanie komputerów. Ku mojemu zaskoczeniu ogłoszeń o pracy nie było zbyt wiele a co gorsza przeważająca większość dotyczyła programowania komputerów IBM w nieznanym mi języku PL1. Pan Wojciech bardzo sceptycznie odnosił się do moich poszukiwań.
– Tu jest recesja, bezrobocie. Jeśli już zatrudnią obcokrajowca to tylko jakiegoś wybitnego specjalistę z USA. Ja panu radzę rozważyć działalność marketingową na rynku polskim.
– ????
– Oni szukają nowych rynków zbytu. Czują potencjał w krajach komunistycznych, ale nie znają lokalnych warunków, boją się. Pan ma szanse wzbudzic ich zaufanie
– Ale co mam im zaoferować? Pomoc w sprzedaży komputerów w Polsce? Przecież to absolutnie poza moją strefą działania.
– Nic nie oferować. Po prostu przedstawić się. Niech oni myślą jak wykorzystać pański potencjał.
Muszę przyznać, że ta idea ogromnie mnie rozbawiła i postanowiłem spróbować. Znana mi firma ICL miała już przedstawicielstwo w Warszawie, IBM to była za duża ryba, wybrałem firmę Honeywell. Pan Wojciech osobiście wyekwipował mnie na tę wizytę. Pierwsza sprawa to musi pan mieć porządną teczkę a w niej sporo papierów. Umówiłem się telefonicznie i o wyznaczonym czasie pojawiłem się w sekretariacie z bardzo elegancką teczką. Przedstawiłem się zgodnie z prawdą jako zapaleniec komputeryzacji, który chciałby pracować na nowoczesnych komputerach. Wspomniałem, że zainstalowane w Polsce komputery ICL i IBM nie spełniają moich oczekiwań więc, po pierwsze – czy Honeywell ma jakieś koncepcje, po drugie – czy mógłbym być w jakiś sposób przydatny we wprowadzeniu ich na polski rynek.
Trafiłem w dziesiątkę. Najpierw poświęcili sporo czasu na przedstawienie mi swoich produktów. To było naprawdę ciekawe. Potem spotkałem się z ludźmi z marketingu. Zaczęli omawiać ze mną różne możliwości działania. W tym momencie ogarnął mnie strach. To przybierało realne kształty. Oczyma wyobraźni widziałem jakie podejrzenia mogę wzbudzić u polskich władz, jakich deklaracji lojalnosci mogą ode mnie zażądać. A przede wszystkim – w tym były może pieniądze i wyjazdy zagraniczne, ale nie było tego o co mi chodziło – programowania komputerów. Ostatnia godzina to było dyplomatyczne rozwadnianie całej sprawy. Mam nadzieję, że mi się udało i że nie pozostawiłem po sobie złego wrażenia.
Komputery Honeywell dotarły do Polski i dzięki Bogu nie miałem z tym nic wspólnego, ale o tym dopiero za 5 lat.

Mój pobyt dobiegał końca. Droga powrotna przebiegła bez żadnych wydarzeń i emocji. Wróciłem do domu syty wrażeń i z wielkim sentymentem do Londynu.
Uwaga końcowa – wydaje mi się, ze moje wszystkie wydatki w Londynie nie przekroczyły $120. To były dolary.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s