Rok przed wejściem w dorosłość

 Tadeusz
Czwarty rok studiów, poza normalnym i opisywanym już wchodzeniem w tajniki sztuk wizualnych, miał także trochę aspektów prywatnych. Piszę – prywatnych – na myśli mając, że to co z zawodem artysty jest związane to nie jest prywatne, osobiste, ale należy do diaspory przez los preferencjami obdarowanych i także do warsztatu manipulacji odbiorcami dzieł sztuki dopuszczonych. 
A więc na początku roku akademickiego startowałem do uczelnianego konkursu o stypendium artystyczne. Poza oczywistą odpowiednią średnią ocen (wraz z lekceważonymi przedmiotami typu historia tkaniny, chemia barwników, perspektywa itp.) należało zrobić wystawę malarstwa, która decydowała o przyznaniu mocno limitowanego wyróżnienia. Prestiż  tego stypendium był ogromny! W uczelni artystycznej (chyba każdej) student wyróżniający się był przez kolegów bardzo szanowany! Gdy w okolicy grudnia poznałem decyzję o przyznaniu mi tego stypendium  byłem wręcz wniebowzięty. Poza oczywistym prestiżem także finansowe skutki – 1000 zł miesięcznie, zawieszenie pobierania stypendium fundowanego z przemysłu, no i wyrównanie od października. Do Sokółki (miasteczko na północ od Białegostoku) jeździłem by kupić stereofoniczny adapter Ziphona z NRD, najwyższej jakości amatorski sprzęt do odtwarzania winylowych płyt stereo. Władze PRL, zapewne słusznie, nachalnie promowały prowincjonalne miejscowości i sklepy Gminnych Spółdzielni, i tam dostępne były bardzo poszukiwane w „wielkich” miastach produkty. Tyczyło to także książek, aż do końca PRL najlepsze pozycje w rodzaju „Ulissesa” czy „Imienia róży” kupowałem w sklepach GS w Gródku, Surażu czy Lipsku gdzie leżały jako towar niechodliwy. Kto dziś uwierzy, że książka może być towarem reglamentowanym? Do ciekawostek czasów zaliczyć też można, że nieformalny koniak albański Skanderbeg  był tylko w wiejskich placówkach Gminnych Spółdzielni wzbudzając obrzydzenie.

Tak banalny dziś sprzęt czyli odtwarzacz muzyki na odpowiednim poziomie technicznym zmienił nasze nawyki  jak też preferencje zakupowe. Rozpoczęło się kolekcjonowanie płyt ze wspaniałymi nagraniami radzieckiej Miełodii i enerdowskiej Eterny, także węgierskiego Hungarotonu. Z tamtych czasów mam np. „Requiem” Verdiego z E. Schwarzkopf i G. di Stefano (pamiętają te nazwiska znawcy albo mamuty). 

A pod koniec akademickiego roku okazało się, że spodziewamy się dziecka. Miałem przed sobą jeszcze cały rok do absolutorium, a więc pojawił się lęk o miejsce zamieszkania. Gdy przed paru miesiącami dostaliśmy psa to gospodyni twardo postawiła warunki – pozbywamy się psa albo won. Ale w wypadku dziecka okazała się bardzo sympatyczna – młodzi dziecko mieć powinni i ona to akceptuje!  

Wakacje były radosne. Pojechaliśmy autostopem nad morze do Dziwnówka. Podróż traktowaliśmy z należytą starannością wobec błogosławionego stanu małżonki. Dnie zwyczajne, trochę machania na samochody, trochę marszu przez miasta, jeżeli samochód ciężarowy to żona w szoferce. Ale noce luksusowe, w hotelach, choć też raz w stodole. Dziwnówek naraił nam mój profesor Stefan Wegner od estetyki, adorator mojej żony po plenerze w Sieradzu. 
Nawet dla niej obraz namalował z jej tańczącym wizerunkiem (kto znajdzie jej profil na obrazie?). Widać wyraźnie zastosowanie reguł kompozycji – duża grupa luźnych niebieskich plam w lewej górnej części zrównoważona małą i gęstą grupą żółtych w prawym dolnym rogu. Czyste wykoncypowanie kompozycji – te żółcie nie istniały nigdzie, to był powidok czyli reakcja oka na błękity – wiedza teoretyczna ułatwiła znalezienie pięknego wyważenia stron według prawej przekątnej. Użyte nienaturalne kolory mają swoja wymowę – cieplejsza ultramaryna to niebiańskość zjawiska, chłodniejsze turkusy na platoniczność stosunków wskazują. Ten obraz z pewnością był przeżyty przez starego profesora.

 Po parodniowym dojeździe na miejscu okazało się, że w wynajętej izbie chaty w nocy utrapieniem były pchły, a w dzień nie było co jeść, bo tylko jeden barakowóz służył jako restauracja z bardzo niewyszukanym menu. Ale morze jest dla mnie wartością samą w sobie – niezależnie od pogody mogę godzinami plażą iść i stale jestem szczęśliwy. Siedzieliśmy na brzegu po każdej zmianie pogody, morze zmieniało barwy wraz z niebem z każdym innym promieniem słońca, każdym zamgleniem, zachmurzeniem, każdy kierunek wiatru zamieniał scenę morza i nieba w inne widowisko. Dziwnówek nie był jeszcze modny ani popularny, ludzi było mało, a przy zachmurzeniu plaża wręcz pusta. Powrót był bez niespodzianek ani przygód prócz samej końcówki – ostatnie 20 kilometrów do Łodzi przeszliśmy pieszo podczas ulewnego deszczu po rozbijanym przez wielkie krople świeżym asfalcie. Po pas byliśmy pokryci drobinami smoły – ówczesny asfalt był marnej jakości.

Potem była praktyka w zakładach lniarskich w Walimiu, do którego dojazd autostopem na ciężarówce z prętami zbrojeniowymi i samą miejscowość trochę  już opisałem. Tam uzgodniłem, że u nich pracę podejmę za rok. Mieszkanie dostanę. Stanowisko kierownika komórki wzorcującej otrzymam. W środku Gór Sowich zamieszkamy.  

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s