Podróż przez sześć granic

Lech  Lech

Miałem dwa rodzinne kontakty w Londynie – wujek Rysiek, brat Matki i Jagoda, moja stryjeczna siostra. Z Norwegii przywiozłem legalnie trochę gotówki, którą mogłem zabrać ze sobą, ale nie wystarczyłoby to na długo. Skontaktowałem się listownie z wujkiem i otrzymałem od niego oficjalne zaproszenie, które było konieczne do uzyskania paszportu i, co równie ważne, informację, że będę mógł przez jakiś czas u niego zamieszkać. Zdawałem sobie sprawę, że wujek jako kapitan statku rzadko bywa w domu a zatem panuje tam jego żona – Joyce, Angielka. Podziękowałem za możliwośc zatrzymania się w ich domu, zapewniłem, że w zasadzie jestem finansowo samowystarczalny i że na pewno nie zamierzam przedłużać planowanego na 1 miesiąc pobytu w Anglii.

Sylwia załatwiła sobie zimowe wczasy w Bierutowicach. Poprzednio byliśmy już dwa razy na wczasach zimowych. Miałem nadzieję, że zarażę Sylwię bakcylem narciarstwa. Jednak pierwszym razem, w Wiśle, trafiliśmy na dwa tygodnie odwilży, nie było wcale śniegu. Rok później, w Bierutowicach, był śnieg, ale jednak bakcyla narciarstwa najłatwiej było złapać w dzieciństwie. Narciarstwo to był bardzo niewdzięczny wysiłek – słabej jakości sprzęt, brak przygotowanych tras narciarskich, brak wyciągów, brak atrakcyjnych kursów narciarskich. Doprawdy trzeba było być naiwnym dzieckiem żeby to polubić. Szczęśliwi naiwni 🙂 

Po otrzymaniu paszportu i wizy napisałem list do Joyce powiadamiając ją o dacie przyjazdu. Na wszelki wypadek podałem jej adres Jagody.
Wyjechałem na początku lutego. Pierwszym celem był Frankfurt nad Menem gdzie mieszkała moja wieloletnia korespondencyjna znajoma – Inge.

W pociągu było zupełnie pusto. Wybrałem przedział, w którym podróżowała jakaś starsza pani z ogromną ilością bagaży. Okazało się, że emigruje na stałe do rodziny w Brazylii, zabiera z sobą cały dobytek, przede wszystkim pierzynę. Jej stacją docelowa była Genua, stamtąd popłynie statkiem do San Paulo. 
Granica NRD i znana mi procedura dokładnej kontroli pociagu i pasażerów. Mocno zdenerwowało mnie gdy polski celnik, a może to był strażnik, zaczął kartkować mój kalendarzyk i przepisywać niektóre z zapisanych tam adresów.
Wreszcie pociąg ruszył, wkrótce dojechaliśmy do Berlina Wschodniego. W tym czasie można było wymienić na marki 300 zł. Oczywiście zrobiłem to jeszcze w Warszawie i liczyłem na to, że podczas 3-godzinnego postoju pokręcę się trochę po dworcu, zjem coś gorącego, napiję piwa. Zaoferowałem się kupić coś do jedzenie mojej współpasażerce. Na razie czekałem aż pociąg zakotwiczy w stałym miejscu. W którymś momencie do wagonu wszedł starszy pan w mundurze, z karabinem i stanął przed naszym przedziałem. Wyjawiłem mu swoje zamiary na co odpowiedział, że nasz wagon zostanie odholowany na boczny tor, nie wolno nigdzie wychodzić, on tu jest po to, żeby nas pilnować.
Nie było rady. Na bocznym torze wagon nie był ogrzewany. Może trzeba było zaprosić strażnika do przedziału to w trójkę byłoby nam cieplej.

Po 2 godzinach stuknęły zderzaki, zaszumiał kaloryfer, potoczyliśmy się w kierunku peronu dworcowego. Tam wsiadł konduktor i groźnym głosem oświadczył, że moja współpasażerka jest w niewłaściwym pociągu i musi wysiąść w Berlinie Zachodnim. Okazało sie, że francuskie wizy tranzytowe określają miejsce wjazdu do Francji. Ta pani ma wjechać do Francji przez Strasburg a nasz pociąg jedzie przez Metz. Starsza pani w płacz. Proponowałem żeby wysiadła teraz i poczekała kilka godzin w Berlinie Wschodnim, chciałem jej dać moje marki. Konduktor zareagował ostro – nie potrzebujemy tutaj waszego polskiego bałaganu.

Granica między Wschodnim a Zachodnim Berlinem. Znowu bardzo dokładna kontrola. W wagonie było kilku nowych pasażerów, jeden z nich – Amerykanin – skomentował: oni łączą rosyjską podejrzliwość z niemiecką dokładnością.
Konduktor pilnował żeby starsza pani przygotowała się do wysiadania. Pomogłem jej wystawić wszystkie bagaże w pobliże drzwi. Wyglądałem przez okno czy jest jakieś ciepłe miejsce gdzie mogłaby przeczekać. Już z daleka zauważyłem kilka osób z opaskami Czerwonego Krzyża. Konduktor zamachał w ich kierunku. Pociąg zatrzymał się a pod drzwi wagonu podjechał wózek bagażowy. Załadowali jej bagaż na wózek. Proszę jej powiedzieć, że zabierzemy ją do wygodnej poczekalni, będzie mogła położyć się, dostanie gorący posiłek i dopilnujemy, żeby wsiadła do właściwego pociągu. 
– Skąd wiedzieliście o niej? – dziwiłem się – konduktor was powiadomił?
– Mamy dyżur przy każdym pociągu przybywającym z Polski. Takie przypadki zdarzają się codziennie.

Wkrótce kolejna granica – między Berlinem Zachodnim a NRD. A potem jeszcze jedna – między NRD i NRF. Wieczorem dojechałem do Frankfurtu. Inge i jej mąż Norbert czekali na mnie na stacji.
Przyglądaliśmy się sobie z ciekawością – spotkanie po 9 latach korespondencji. Inge ukończyła konserwatorium, klasę śpiewu. Śpiewała jednak tylko dorywczo w operze i regularnie amatorskim chórze, zarabiała jako nauczycielka gry na pianinie. Norbert był ekonomistą zatrudnionym na uniwersytecie. Mieli półroczną córkę Norę. W domu przywitała mnie dość ozięble teściowa Inge, która opiekowała się Nora podczas nieobecności rodziców. Czekał na mnie obiad. Był chyba schabowy z kapustą i, specjalnie dla mnie, przeogromna porcja ziemniaków. 
Rozmowa była sympatyczna, Norbert dyskutował ze mną bardzo uczenie o socjalistycznej ekonomii.
Do poduszki dali mi lekturę – książkę Rosemary’s baby – autor Ira Levin. Spędziłem nad nią większość nocy.
Następny dzień spędziłem z Inge i Norą – poszliśmy na spacer, drobne zakupy, powspominaliśmy sprawy, o których pisaliśmy przez te 9 lat. Przy okazji zorientowałem się, że Inge nawiązała ze mną kontakt w ramach akcji jakiegoś stowarzyszenia charytatywnego. Celem było udzielenie materialnej pomocy Polakom. Z podtekstu zrozumiałem, że Inge pomagała komuś w Polsce. Na szczęście w korepondencji ze mna dominowały tak abstrakcyjne tematy, że nie miała śmiałości oferować mi pomocy. Wieczorem Norbert zawiózł mnie na dworzec.

Kolejna stacja docelowa to Hoek van Holland. W wagonie było wielu podróżnych, głównie Hiszpanie pracujący w Holandii. W którymś momencie wstrząs, pociąg zaczął gwałtownie hamować. Z sąsiedniego przedziału dobiegł mnie okrzyk: Ewuniu, co ja narobiłam! Ja tylko chciałam światło zgasić.
– Jakaś kobieta pociągnęła za hamulec – dziwowali się Hiszpanie. Wiesz może w jakim języku ona mówi? Korciło mnie żeby powiedzieć, że po rosyjsku, ale rozłożyłem bezradnie ręce – nie wiem. Za chwilę przyszedł konduktor zorientował się co się wydarzyło, pociąg ruszył w drogę. Po kilku godzinach przekraczaliśmy granicę holenderską, bardzo powierzchowne sprawdzenie dokumentów przy świetle latarki, nawet nie zapalali światła w przedziale. Za chwilę zajrzeli ponownie do naszego przedziału – czy mógłby pan nam pomóc, w tamtym przedziale jedzie pana rodaczka, ona nie ma wizy i jest w niewłaściwym pociągu. 
Okazało się, że kobieta powinna była jechać przez Frankfurt i Metz, tym pociągiem, którym wczoraj jechała emigrantka do Brazylii. Zamiast tego dojechała do Monachium a tam wsiadła znowu w niewłaściwy pociąg. Tu nie było Czerwonego Krzyża. Strażnicy zapewnili mnie, że zorganizują jej względnie wygodne miejsce do przeczekania kilku godzin i dopilnują żeby wsiadła do pociągu do Frankfurtu, ale tam będzie musiała się przesiąść. To było trudne do wytłumaczenia. Młoda kobieta płakała – jak ja mam rozbudzić teraz córkę? Pozwólcie mi zostać w pociągu choć do rana. W końcu wysiadła.
W przedziale czekali już na mnie rozbudzeni Hiszpanie – a mówiłeś, że nie rozumiesz jej języka.
– Ona używała lokalnego dialektu, który słabo rozumiem – tłumaczyłem się, ale było mi smutno. Wyparłem się rodaczki z powodu źle zrozumianej dumy narodowej. Ale dlaczego przegapili to w NRD? Gdzie był zachodnio-niemiecki Czerwony Krzyż? To ich wina.

W Hoek van Holland przesiadłem się na prom do Harwich. Chyba 8 godzin żeglugi i wreszcie Anglia. Tu bardzo dokładna kontrola wizy. Zorientowałem się, że pieczęć przybita w angielskiej ambasadzie to nie była właściwa wiza, tę przybija dopiero urzędnik na granicy. Moja wiza była aż na 8 tygodni z uwagą, że nie wolno mi podjąć żadnej pracy, płatnej ani bezpłatnej. Pociąg do Londynu, późnym popołudniem dotarłem wreszcie na dworzec Victoria..

Victoria Station

Tłum, gwar. ZNalazłem automat telefoniczny i zadzwoniłem do Joyce. Nikt nie podnosił słuchawki. Spróbowałem jeszcze dwa razy – to samo. Oblał mnie zimny pot.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s