Wakacje w Gwoźdźcu

Wiesia w Gwoźdźcu

  …..

Gwoździec

Gwoździec – źródło: wikipedia

Wkrótce znalazłam się w zabitym gwoździami Gwoźdźcu, w którym nigdy nie było prądu, u babci i dziadka Juszkiewiczów. Przez kilka lat od zakończenia wojny zdołano zelektryfikować ponad 40 tys. 500 wsi, Gwoźdźca ciągle nie, czekał wśród 1 tys. 260 wsi na swoją kolej. Żaden dom nie miał piorunochronu, a burze bywały potężne i często gdzieś się paliło. U kogo tym razem – oto było pytanie, gdy rozrywało się niebo. Trzeci dom od Babci płonął w czasie moich wakacji dwa razy.  Ludzie dla ochrony przed piorunami wystawiali w oknach figurki, albo obrazy Matki Boskiej. Cała gromada chłopaków z Gwoźdźca i okolicznych wsi Jaworska, Niedźwiedzy, Melsztyna, w którym było dużo małych gospodarstw, a rodziny liczne, wyjechała budować na lessowych polach Pleszewa i Mogiły Nową Hutę, o której tyle się nasłuchałam u rodziny w Krakowie. Zachęcały do wyjazdów rozklejane po wsiach plakaty i ksiądz na kazaniach. Gwoździeccy, tak jak inni, zostawali junakami Powszechnej Organizacji Służba Polsce. Przechodząc dwumiesięczne przeszkolenie mogli zarobić po parę złotych przy pracach ziemnych i wesprzeć rodziców. Mogli też związać się z junacką roczną, albo trzyletnią brygadą ZMP. Kiedy przyjeżdżali do swoich pomóc w żniwach zasypywano ich pytaniami – jak im tam jest? Mówili, że najpierw mieszkali w namiotach, teraz w barakach, a jak dalej starać się będą w robocie dostaną mieszkania. Pytano, czy w Hucie, podobnie jak tu, w górach, ludzie na umór piją? Przytakiwali. 
Przyjezdni byli całkowicie odizolowani od autochtonicznych mieszkańców wsi, na terenie których wznoszono Hutę. Skarżyli się, że miejscowi chłopi nazywają ich huciorzami i biją, a radę dać im trudno, są od nich silniejsi, bo lepiej odżywieni. Słuchałam takich rozmów siedząc przy chyboczącym się stoliku podczas niedzielnych festynów z muzyką i tańcami. Pod budowę huty i kombinatu zabrano szmat ziemi, wywłaszczając 13 tys. osób. Napływowych nie znosił Kraków, wywłaszczeni nienawidzili. Wśród budowniczych najpierw miasta, potem kombinatu młodzież z województwa krakowskiego, a więc i z tych okolic, stanowiła prawie 51 proc., drugie miejsce zajmowało województwo rzeszowskie – ok. 12 proc. W gazetach można było przeczytać, że „nowa socjalistyczna nowohucka treść orzeźwia Kraków”. Pisano też z detalami o odpowiedzialnej, trudnej  robocie mniej więcej tak:  murarz kładzie cement na kielnię, z kielni na cegłę, cegłę kładzie na murze, stuka w cegłę kielnią i chwyta dłonią następną cegłę. I to jest to. Ale, żeby człowieka zauważyli, trzeba ułożyć 20 tys., albo więcej cegieł w osiem godzin. Wtedy miasto rośnie w mgnieniu oka, bije się rekordy!
 Na festyny w Gwoźdźcu biletów nie trzeba było kupować, jeśli zamówiło  się oranżadę. Siedziałam, słuchałam, muzycy rzępolili, ale jak ktoś z bawiących się zaśpiewał, mocnym białym głosem, powietrze drgało. W Krakowie, czy Warszawie, włączając radio i można było usłyszeć piosenkę o Nowej Hucie znaną w całej Polsce:  nad Wisłą, nad Wisłą szeroką murarzy rozchodzi się śpiew…, ale nie w Gwoźdźcu, w którym nie było prądu. Głos wiejskiego solisty po oranżadzie znad festynowego stolika niósł się daleko, gdzieś odbijał i powracał prowadząc silną melodię „idź dziewce do duuuumu niech cie Bóg prowadziiiiiii , idź dziewce spokojnie Jurek cie nie zdradziiiiii… Słowa nie były przypadkowe, z festynów w Gwoźdźcu należało uciekać, póki było widno, bo mogło zrobić się niebezpiecznie. Nie przychodziłam tam sama, zawsze razem z ciotką Halą starszą ode mnie o kilka lat, która uczyła się w Wojniczu i na świadectwach przynosiła same bardzo dobre. Była zorganizowana, podczas wakacji pracowała w gospodarstwie od rana do wieczora i w ogóle nie czuła zmęczenia. Adorował ją Gustek Kubis, kiedyś najlepszy uczeń szkoły powszechnej w Gwoźdźcu, który z wyróżnieniem zdał maturę w Krakowie, a jego rodzice nie mieli nic przeciwko temu, żeby uczył się dalej, jeżeli rzeczywiście tak, jak w Krakowie obiecali, nie będzie to ich nic kosztowało. Po wsi chodziła plotka, że Gustka chcą wziąć na nauki do Moskwy, może dlatego, że ciotkę Halę nazywał Nataszą, Babcia aż się żegnała.
 Czekałam na niedziele, kiedy naród szedł gęsiego poboczem gościńca na mszę. Wiele osób niosło buty i wkładało je dopiero przed wejściem do kościoła. W szkole na Muranowie słyszałam, że tak było przed wojną, tutaj – nadal. W niedziele rano Babcia szykowała dla rodziny nadziewane kurczęta, ziemniaki i mizerię na obiad, na podwórku czekały konie zaprzężone w chłopski wóz, na który wsiadali Juszkiewiczowie. Jechaliśmy do kościoła. Znajdował się od domu najwyżej dziesięć minut drogi pieszo. W kościele pod wezwaniem świętej Katarzyny babcia przed mszą energicznie wpychała mnie na ławkę za balustradę, przy której ksiądz w czasie nabożeństwa udzielał komunii świętej. Ławka znajdowała się blisko ołtarza, na podwyższeniu, widać z niej było zgromadzonych wiernych. Znajdowali się wśród nich sąsiedzi Babci – Łośkowie, nie mający uprawnień do takiej ławki, co Babcia podkreślała. Modlili się razem z dwoma córkami, na wydaniu ubranymi na niedzielne msze w długie suknie, najczęściej jedna w niebieską, druga w różową. Babcię te suknie denerwowały.  Juszkiewiczowa i Łośkowa toczyły od lat spory o miedzę. Mężczyźni z obu rodzin do sąsiedzkich kłótni rzadko się wtrącali. Gdy kobiety ich przyłapały na przyjaznych pogawędkach przez płot dostawali w domu bury.
Babcia i Dziadek wynajmowali ludzi do pracy w polu. Razem z Babcią i ciotką Halą z nosiłam  im w dzbanach mleko do picia, chleb i bułki, siadałam pod snopkami na wiązce słomy i w pachnącej duchocie zboża z apetytem jadłam. Po pracy żniwiarze przychodzili na posiłek do kuchni. Prawie wszyscy umieli już czytać i pisać. Z półtora miliona analfabetów po wojnie w wieku od 14 do 50 lat zostało niecałe pięćset tysięcy. Miejscowa stara szkoła nie była czteroklasowa jak kiedyś, można  w niej było skończyć całą podstawówkę. Państwowe Zakłady Wydawnictw Szkolnych i Pedagogicznych masowo produkowały tanie podręczniki. Dziadkowie i przed wojną i po wojnie nie mieli najgorzej. Brat dziadka – Jan Juszkiewicz, zmordowany przez Niemców był inżynierem. Moja Mama mieszkała u niego w Tarnowie do matury. W Gwoźdźcu wujek  Mamy postawił modrzewiowy, letni dom z basenem, w którym po wojnie zrobiono na dole pocztę, a basen zasypano ziemią. Dziadek od swojego brata dostał osiemset sadzonek drzew owocowych. Rosły w ogrodzie i wzdłuż wszystkich dróg prowadzących do pól uprawnych. Drogi wiły się ostro w górę i w dół, przy łąkach biły źródła, w których pojono krowy. Przeróżnych owoców było zatrzęsienie. Mogły się nimi najeść dzieci z całej wsi, ale Babcia na to nie pozwalała, skarmiano nimi świnie, a i tak zostawało.
 Reforma rolna Dziadka nie objęła, na tych terenach reformie podlegały nieruchomości ziemskie o powierzchni ponad 50 ha. Dziadek miał ziemni mniej, nawet razem z lasem. Do władz ustosunkowany był wrogo. Znał się z Wincentym Witosem, jeździł do niego do Wierzchosławic, związał się z PSL Piast i Stronnictwem Ludowym, a Babcia nie zapomniała, że Witos gonił za kobietami i jej zdaniem miał zły wpływ na Dziadka. Tak, jak Witos był wysoki, postawny. Mama odziedziczyła po nim niebieskie oczy. Pięknie kaligrafował i znał trochę węgierski, walczył w pierwszej wojnie światowej z Rosjanami po stronie Austriaków na białą broń. Śmiał się długo, kiedy zobaczył plakat z ufryzowaną kobietą na traktorze z podpisem „naprzód do walki o szczęśliwą, socjalistyczną wieś polską”,  który został przypięty na drzwiach sklepu spółdzielczego. Wymieniałam w nim całe kosze jajek na naftę do lampy, kakao dosypywane do kogla – mogla i na to co chciałam.
 Nie spotkałam nikogo w Gwoźdźcu, popierającego kolektywizację wsi i kołchozy. Nawet najbiedniejsza Rąpalina, która posiadała tylko łąkę i gęsi wygrażała, że bezbożnym komunistom pokaże. Przychodziłam do niej z dziećmi letników, czekała na te odwiedziny.  Za jajka, czy parę złotych rozwijała przy nas brudne bandaże i pokazywała rany na nogach z sączącą się ropą, aż nam ciarki przechodziły po plecach. Chodziliśmy też oglądać małego Stalina, tak na wsi mówili o dziecku, które urodziło się z dużą, prawie kwadratową głową. W skrzyni na strychu, w której babcia przechowywała zboże dla kur, znalazłam przysypane ziarnem różne książki i broszury, m. in. o zarazie bolszewickiej i początkach telewizji  w Stanach Zjednoczonych, a także mnóstwo przedwojennych obligacji wystawionych na dziadka – Babcia wskazując na nie mówiła, że Dziadek lubił kupować głupoty. Obligacjami bawiłam się z koleżanką ze wsi Lusią w sklep, Babcia wrzucała je do ogniska, kiedy piekłyśmy ziemniaki. W lecie dzień trwa długo i można było naczytać się książek ile dusza zapragnie i bez światła elektrycznego. Wypożyczałam je od księdza.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s