Zapach MDM

Wiesia  Wiesia

W Polonii, repertuar zmieniano zazwyczaj co miesiąc. Do kina wchodziło się od Pięknej. Bileterki i kasjerki dobrze znały takich zawziętych kinowidzów,  jak ja, którzy każdy film oglądali do końca. Kino mieściło się w przedwojennej kamienicy Kohnów z adresem Marszałkowska 56, istniało przed wojną, w czasie wojny i po wojnie, ale już nie go ma.
Z dawnego  Kina Polonia znajdującego się w obrębie Marszałkowskiej Dzielnicy Mieszkaniowej ( MDM w maju tego roku wpisana została do rejestru zabytków), pół kroku na Plac Konstytucji. W czerwcu 1952 r. po zakończeniu roku szkolnego, jako osoba nawykła do częstych podróży tramwajem i pieszo z Muranowa do  Śródmieścia, bywałam w tych okolicach niemal każdego dnia. Lato smażyło, lubiłam upał. W domu myśleli, że jestem w Ogrodzie Saskim razem z koleżankami i siedzimy razem gdzieś koło stawu, albo fontanny, a ja przez godzinę, albo i dwie obserwowałam, jak wielki warszawski  Plac wyłania się zza  gorącej mgły wapiennego kurzu, którego zapach z przyjemnością wdychałam. Pachniało chemiczną czystością i farbami. Mniej obchodziły mnie monumentalne domy z wysokimi podcieniami, potężne kandelabry – na moich oczach robotnicy okładali je płytami z piaskowca –  czy wyjątkowo ogromne rzeźby, ale to, że powietrze rosnącego MDM pachnie inaczej, niż reszta miasta.

Warszawa ciągle była miastem gruzów i baraków, na Placu Konstytucji, jeszcze bez nazwy, szalał rozmach. O MDM układano wiersze, Chór Czejanda ćwiczył pieśń: bo MDM, bo MDM rośnie w górę z każdym dniem. Na dole piach, na dole gruz, a tu piętro widać już – KLIK !Dopóki stałam przy szaflikach z jakimiś białymi płynami różnej gęstości, które robotnicy porywali na rusztowania, jakby mnie nikt nie zauważał, ale kiedy próbowałam wejść na Plac głębiej, wyrzucano stamtąd bez ceregieli, jak wielu innych gapiów.

 Dzięki sztandarowej inwestycji lud pracujący miał zamieszkać w Śródmieściu. Przed wojną – słyszałam w radio – było ono parterowe, kapitalistyczne, handlarskie, jubilerskie, teraz będzie podobne do ulicy Gorkiego w Moskwie. Dzielnica miała być większa, niż powstała, planowano, ze obejmie m. in. ulicę Lwowską i że zamieszka w niej  45 tys. ludzi.  Nie wyszło, ponieważ zabrakło pieniędzy. Struktura oddawanych mieszkań wyglądała następująco:  20 proc. kawalerek, 25 proc mieszkań składających się z dwóch pokoi i kuchni, 25 proc. mieszkań dwupokojowych z niszami w kuchniach dla służących i 5 proc. lokali dużo większych, niestandardowych. Tak to socjalistycznie w praktyce wyglądało. Pierwszy etap budowy MDM  od Wilczej do Placu Zbawiciela na 22 lipca nie był w pełni zrealizowany, ale Plac Konstytucji czekając na uroczystości i oficjalne nadanie nazwy stał biały i gotowy. W relacji dziennikarza Expressu Wieczornego  tego dnia na Plac Konstytucji „wlał się falujący tłum, kandelabry lśniły, jak klejnoty, błyszczał po deszczu asfalt”. Nie byłam tam, wyjechałam z Warszawy na wakacje. Pierwszy tydzień miałam spędzić u Babci w Krakowie, potem miesiąc w rodzinnej wiosce Mamy – Gwoźdźcu, z którego podobno niektórzy widywali przy bardzo ładnej pogodzie Tatry.

U Babci w Krakowie spałam na mięciutkim łóżku w pokoju pod lampą z wiszącymi kryształkami. Na ścianie wśród obrazów znajdowała się moja duża fotografia  w złotych, szerokich ramach, lekko ręcznie podkolorowana przez ciocię Józę. Miałam na niej bladoniebieską kokardę na czubku głowy. Dzieło mojego wujka, brata Babci – dwumetrowego  Adama Karasia, legendarnego krakowskiego fotografa z ulicy Szewskiej, farbującego sobie włosy na zielono i  różowo, i jak tylko chciał. W wielkim dziwacznym atelier  pomalowanym piekielnymi kolorami czerwonym i czarnym zbierali się artyści krakowscy. Żona wujka, ciotka Henia, która przez niego swoje wycierpiała, bo ją często zdradzał, a potem na klęczkach przepraszał, zawsze miała później w garnku trochę kaszy dla całej Piwnicy pod Baranami. Ewa Demarczyk i inni urządzali u Karasiów swoje przyjęcia. Wujek wykpiwał krakowskie mieszczaństwo i bez pardonu atakował rodzinkę, którą kochał. Tutaj nie można było się nudzić, ani myśleć o MDM. Nie lubiano w Krakowie Warszawy, prawie tak, jak Nowej Huty. Babcia mówiła, że jacyś przodownicy pracy z Huty przepasani szarfami z krepiny, na których im wypisano, że wyrobili  po 400, 500 proc. normy i inne bzdury zasiadają w lożach Teatru Słowackiego i to  jest skandal. Przypomniałam sobie, ze przy budowie MDM cieśla Tomaszewski wyrabiał 200 proc. normy, a robotnik Piechociński – 352 proc. Obaj w nagrodę dostali dwupokojowe mieszkania, bez niszy w kuchniach, wszyscy tam o nich mówili, ale nie bąknęłam na ten temat ani słowa.

W Krakowie był inny świat. Babcia napominała mnie, żebym nigdy do teatru nie przychodziła w stroju dwuczęściowym, „jak te z Huty” tylko w sukience. Kuliłam się w sobie, bo mama przysłała mnie do Krakowa w znoszonej spódnicy i nędznej bluzce, wiedziała, że moje ubranie u Babci wyląduje w śmietniku, ale ja strasznie się wstydziłam. Babcia i siostry Ojca zaczynały od rozebrania mnie do naga i przebrania w inną delikatniejszą bieliznę, sukienkę oraz nowe, odpowiednie dla Krakowa skarpety i buty. Słyszałam strzępki rozmów pomiędzy ciotkami: popatrzcie, jaka ona jest zaniedbana, czegoś takiego u nas nie może nosić! Po dwóch, trzech dniach wszystko miałam nowe, a proste włosy w lokach. Jadłam pyszności na porcelanie, posrebrzanymi  sztućcami, nie to co w domu i w stołówce szkolnej. Wieczorem przyjęcie u cioci Lonki, rudowłosej krakowskiej piękności w ogromnym mieszkaniu, do którego wchodzili w parach państwo mecenasostwo, profesorstwo i inni tacy, byłam im przedstawiana, jako córka brata, niestety, widzicie po niej – z  Warszawy. Przybyli państwo Pindelscy, którzy mieli coś wspólnego z filmem z dwoma rozbuchanymi chłopakami  mniej więcej w moim wieku. Musiałam  przed wszystkimi i dygać, na szczęście  dygania nauczyły mnie zakonnice w kieleckim Nazarecie, ciotki  z tego były zadowolone. Obok mnie siedziały siostry cioteczne, ubrane tak pięknie, że opisać się nie da: żorżety, tiule, muśliny, jedna z nich była szczupła, druga grubiutka, najbardziej z nas inteligentna i wygadana (pierwsza została lekarzem pediatrą, druga sędzią). Babcia  z włosami upiętymi do góry i broszką ze sztucznym diamentem pod brodą biegała między wnuczkami i przestrzegała, jak zwykle: dziewczynki pamiętajcie, tylko z Bogiem, z czcią, z honorem. Długo nie wiedziałam o co chodzi.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s