Własne mieszkanie

Jak to było z tym mieszkaniem?
Gdy wpisano mnie na listę oczekujących obiecywano, że będzie gotowe w roku 1966. W związku z tym zamieszkaliśmy u rodziców Sylwii gdzie na noc odgradzaliśmy się od reszty domu kotarą. Ta prowizorka trwała jednak ponad rok.

Moja Matka wyprzedziła nas, dostała mieszkanie spółdzielcze pod koniec 1964 roku. W 1966 przeszła na emeryturę i twierdziła, że nie ma problemów finansowych. W jej sąsiedztwie mieszkało kilka koleżanek z pracy więc nie była samotna.

Na początku roku 1967 spółdzielnia mieszkaniowa (WSM) zaprosiła przyszłych lokatorów na zebranie, na którym poinformowano nas o nowinkach technicznych, które będą zastosowane w naszym domu – na podłodze dywany zamiast klepki, na ścianach suche tynki.
Podobnie jak inni podnieśliśmy okropny krzyk – ryzykowne eksperymenty! Ja posunąłem się krok dalej, nie na darmo w Zelmocie, pod okiem pana Tadeusza, nauczyłem się pisać pisma urzędowe w wydawałoby się beznadziejnych sprawach. Napisałem list do pisma Sztandar Młodych przedstawiając dramat młodego małżeństwa na dorobku, które już na progu nowego, wspólnego, życia dośwadcza takiego rozczarowania. Sztandar Młodych opublikował mój list.
Mając taki atut udałem się do zarządu Spółdzielni i poprosiłem o udzielenie mi pisemnej gwarancji, że jeśli nowe technologie nie sprawdza się to otrzymamy w trybie pilnym nowe mieszkanie a przeprowadzka odbędzie się na koszt Spółdzielni.
Ta sprawa przeciągała się nieco, ale zadowoliłem się wysyłaniem co miesiąc listem poleconym pism stwierdzających, że brak odpowiedzi uważamy za akceptację naszych żądań.

Latem 1967 roku otrzymaliśmy mieszkanie w bloku pod adresem ulica Radarowa 2a…

Powyższe zdjęcie pochodzi z google street view, za naszych czasów blok nie wyglądał tak ładnie.

Nasze mieszkanie mieściło się na 4. piętrze, okna wychodziły na południe. Było to tak zwane mieszkanie rozwojowe – M3 dla młodego małżeństwa. Składało się z kuchni 6 m2, łazienki, dużego pokoju i śmiesznie małego pokoiku – chyba 5 m2. W sumie 35 m2. Prócz tego była jeszcze mała komórka, w którą wbudowałem półki i mieściły się tam wszystkie ubrania, pościel itp.

W dużym pokoju była nasza, już dwuletnia, wersalka i półki z książkami. W malutkim pokoiku wstawiliśmy kanapkę gdyż nic użytecznego tam się nie mieściło. W kuchni był stół i tam spożywaliśmy posiłki. Nie potrzebowaliśmy niczego więcej.

Chyba wszyscy lokatorzy byli pracownikami Zelmotu, lecz stosunki miedzysąsiedzkie były bardzo luźne. Prawdziwie serdeczny był tylko pan K. – sekretarz partii na jednym z wydziałów produkcyjnych. Gdy tylko się urządził zaprosił nas do siebie. Okazało się, że w tym malutkim pokoju urządził kaplicę – nakryty białym obrusem stolik, krzyż, świeże kwiaty. Na ścianach świątobliwe obrazki. Przed stolikiem dywanik – tylko się modlić. Oczywiście mieszkanie zostało już poświęcone przez księdza.
Nam nie przyszło to do głowy – poczułem się człowiekiem bardzo małej wiary – mieli rację, że nie przyjęli mnie do Partii.

Dywan na podłodze był szary i zgrzebny, nie rokowaliśmy mu długiego żywota. Z naszego mieszkania ja miałem 10 minut piechotą do pracy, Sylwia bardzo długą jazdę tramwajem. Wprawdzie pracowała tylko 5 godzin, ale wliczając dojazdy praca zajmowała jej tyle samo czasu co mnie.
W szpitalu była dobra stołówka więc przywoziła z pracy obiady i dla mnie.
W ten sposób już przed godziną 4 byliśmy oboje po pracy, po obiedzie – można było zaczynać życie. A więc – we wtorki koncert w Sali Kameralnej Filharmonii, soboty – koncert w dużej sali, kino, teatr, opera, brydż. Dzieci jakoś nie kwapiły się  z przyjściem na świat.
Od czasu do czasu urządzaliśmy prywatki. Najpopularnieszym napojem był jarzębiak. Do tego robiło się niezliczoną ilość kanapek, w zimie Sylwia raczyła gości bigosem. Zachęcaliśmy gości do tańca żeby przetestować wykładzinę dywanową. Zdarzało się, że któryś z gości zasypiał w wannie.

Z nadejściem jesieni i jesiennych deszczy okazało się, że drzwi od symbolicznego balkonu nie są szczelne, na wykładzinie dywanowej zrobiła się brązowawa plama. Również w niektórych miejscach dywan porozciągał się, porobiły się fałdy. Na początku roku 1968 odkleiła się z jednej strony płyta tynkowa na suficie w kuchni. Spółdzielnia podparła płytę drewnianym słupkiem w samym środku kuchni.
Uznałem, że teczka w moimi listami i reklamacjami urosła do wystarczających rozmiarów i udałem się do zarządu WSM na Żoliborzu z żądaniem wymiany mieszkania.
Przyjął mnie starszy pan, który działał w Spółdzieni jeszcze przed wojną. Gdy pokazałem mu zawartość mojej teczki – katalog wszystkich wysłanych listów oraz ich kopie, każda z potwierdzeniem wysyłki listem polecony – złapał się z podziwu za głowę.
– Panie, gdzie pan pracuje? Ja chętnie pana zatrudnię jako kierownika kancelarii.
Co do meritum sprawy ogłosił pełną kapitulację – nie ma co gadać zawaliliśmy sprawę. Za kilka miesięcy wykończymy duży blok przy ulicy Racławickiej, dostaniecie tam państwo mieszkanie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s