Pan Tadeusz

W poprzednich wpisach wspominałem wielokrotnie pana Tadeusza – dobrego ducha mojej egzystencji w Zelmocie.
Pan Tadeusz Wyczański – stryjeczny brat znanego historyka – KLIK – pochodził z zamożnej rodziny. Jego ojciec był prawnikiem i taką samą przyszłość planowal dla swojego syna. Po studiach w Polsce pan Tadeusz studiowal jeszcze na uniwersytecie w Wiedniu. Z jego opowiadań wynikało, że nie spieszyło mu się do pracy i korzystał w pełni z uroków młodości wspartej sporymi zasobami gotówki.

Wybuchła wojna. Któregoś dnia spędził noc na brydżu u znajomych. Ze względu na godzine policyjną każda dłuższa wizyta wieczorna musiała trwać do rana. W nocy do drzwi zastukało Gestapo. U właścicieli mieszkania znaleźli jakieś materiały konspiracyjne więc wszystkich przebywających w mieszkaniu zabrali na Pawiak. Panu Tadeuszowi nie przedstawili żadnych zarzutów, ale profilaktycznie wysłali go do obozu Auschwitz.
Przy rejestracji w obozie spytano o kwalifikacje: prawnik – czyli bez żadnych kwalifikacji – skierowany do ciężkich robót.
– Tam trudno było przeżyć dłużej niż kilka tygodni – wspominał pan Tadeusz.
Przypadek zrządził, że podczas pracy do jego grupy podszedł jakiś niemiecki oficer. Pan Tadeusz odpowiedział na jego pytanie płynnie po niemiecku.
– Skąd znasz tak dobrze niemiecki?
– Studiowałem prawo w Wiedniu.
Oficer też. Załatwił panu Tadeuszowi pracę w kuchni dla esesmanów.
– Wie pan jaki był nasz największy przysmak? Obierki z ziemniaków. Suszyliśmy je na piecu, po kilku godzinach smakowały jak frytki. Panie jak myśmy te ziemniali obierali, obierki grube na palec. Już przy nas się ci esesmani nie pożywili.
To był jego sposób wyrażania się – straceńczy humor.

Kiedyś ktoś zapytał:
– Tyle pan przeżył. Gdzie było najgorzej?
Pan Tadeusz pozorował długie zastanowienie
– W podchorążowce – odpowiedział.
Nie stronił też od dość rubasznych sformułowań.

Według jego relacji życie w Oświęcimiu stało się możliwe gdy zezwolono więźniom otrzymywać paczki żywnościowe. Oczywiście jego rodzina była w stanie przygotować dobre paczki. W pierwszym rzędzie trzeba było podzielić się zawartością paczki z właściwymi osobami. Drobna animozja mogła kosztować życie.
Słuchałem tych opowieści z pewnym niedowierzaniem. Pan Tadeusz polecił mi lekturę książki 5 lat kacetu – KLIK. To było o obozie w Mauthausen, ale to była taka sama maszyna śmierci. Jednak niektórzy przeżyli.

Pod koniec wojny pana Tadeusza przeniesiono właśnie do Mauthausen.
– W porównaniu z Mauthausen Oświęcim to było sanatorium – wspominał. Wikipedia potwierdza tę opinię – KLIK.
Pan Tadeusz pracował w kamieniołomach. Zmiana robocza trwała 12 godzin. Ilość wypadków przy pracy była zatrważająca. Nikt się nie liczył z ludzkim życiem.
– Widziałem jak ciężarówka strącała w przepaść idących bokiem drogi więźniów.
W maju 1945 roku Mauthausen został wyzwolony przez armię amerykańską. Pan Tadeusz wrócił do Warszawy – przez głowę mi nie przeszło żeby zostać na Zachodzie.

Lata powojenne były okresem rozkwitu przedsiębiorczości. Niektórzy bardzo szybko robili fortuny. Pan Tadeusz zainwestował w zakup amerykańskich ciężarówek z demobilu i założył firmę transportową.
– 18 studebakerów – wspominał – wszyscy byli w ruchu, nigdy nie mieliśmy chwili przestoju.
Perłą w koronie był bardzo intratny kontrakt ze szwedzkim Czerwonym Krzyżem na przewóz paczek UNRRA.
Ten kontrakt go zgubił. W 1947 roku państwowa firma PKS – Państwowa Komunikacja Samochodowa – okrzepła na tyle, że zwróciła się do Szwedów o przekazanie jej przewozu paczek. Szwedzi odpowiedzieli, że obecnie mają wiążący kontrakt, gdy kontrakt się skończy mogą rozważyć nowe oferty.
To wyglądało na sabotaż, dywersję i wrogą robotę. Firmę pana Tadeusza rozwiązano, majątek upaństwowiono a głównego sprawcę skazano na karę śmierci.
– Siedziałem na Koszykowej. W celi śmierci. Razem ze zbrodniarzami hitlerowskimi – opowiadał – ileż oni mieli ze mnie zabawy: przeżył Auschwitz i Mauthausen a swoi go zastrzelą.

Po roku prezydent Bierut skorzystał z prawa łaski i zamienił wyrok śmierci na dożywotnie więzienie. Pana Tadeusza przenieśli do więzienia na Rakowieckiej.
W roku 1956 został wypuszczony z więzienia w ramach powszechnej amnestii. Nie został jednak zrehabilitowany. Nie pozostawało mu nic innego tylko przycupnąć na spokojnej posadzie.

Jednak jego indywidualność przyciągała do naszego działu wiele osób. W pierwszym rzędzie członków dyrekcji, którzy bardzo często zasięgali u niego rady. Wpadał więc do nas dyrektor naczelny, rzucał na biurko pana Tadeusza jakieś pismo:
– Niech pan to przeczyta! Co ja mam zrobić? Co ja mam zrobć? – i krążył po pokoju, do drzwi i spowrotem.
– A cóż pan tak latasz jak Żyd po pustym sklepie? Usiądź pan – to była typowa reakcja. Czytał pismo i na ogół wymyślał jakąś zgrabną odpowiedź.
Mnie opowiedział taki dowcip:
Do pracy przyjęto nową sekretarkę. Gdy dyrektorzy zasiedli w swoich gabinetach zapukała do drzwi dyrektora naczelnego.
– Dzień dobry panie dyrektorze, jestem nową sekretarką. Czy pan dyrektor ma jakieś specjalne zlecenia?
– Nie, nie… ale chwileczkę. Proszę się odwrócić. Proszę pani, ten żakiet jest źle uszyty, marszczy się pani na plecach. Proszę koniecznie oddać to do poprawki.
Następnie zapukała do drzwi dyrektora ekonomicznego, to samo pytanie:
– Nie, dziękuję, nie mam specjalnych życzeń, ale… oj proszę pani, pani ma nierówno obcięte włosy, o tu, z lewej strony, to trzeba poprawić.
Sekretarka wyszła do kuchenki przygotować herbatę. Za chwilę wszedł tam stary woźny i uszczypnął ją.
– Co! Co za bezczelność! Ja jestem sekretarką dyrektora…
– A co to mi za dyrektorzy. Przed wojną jeden był krawcem, drugi fryzjerem, a ja byłem dyrektorem tej fabryki.

Inny typ gości to byli gawędziarze, którzy lubili posłuchać opowieści pana Tadeusza a miał on o czym opowiadać. Chociaż dwóch czy trzech regularnych gości wzbudzało u mnie silniejsze emocje. Byli to panowie, często o staropolskich lub arystokratycznych nazwiskach, którzy w 1956 roku musieli zmienić rodzaj pracy i zostali kierownikami działów wymagających zaufania władz – kadry, zabezpieczenie zakładu, tajna kancelaria. W ich obecności pan Tadeusz lubił powracać do wspomnień z pobytu w celi śmierci na Koszykowej, słuchali go z dużym zrozumieniem.

Pan Tadeusz chyba posiadał pewne zasoby finansowe poza skromną pensją gdyż kupił ładne mieszkanie własnościowe w wieżowcu przy Rondzie Waszyngtona a w każdy poniedziałek opowiadał nam o bardzo smakowitych kolacjach w najlepszych warszawskich restauracjach. Pod koniec lat 60. chyba dostał odszkodowanie za pobyt w obozach gdyż w lecie wyjeżdżał na urlopy do Jugosławii.

Jak widać z poprzednich wpisów był mi ogromnie życzliwy i wiele razy służył mi radą i pomocą. Gdy zrobiłem dyplom ostrzegł mnie, że wkrótce dostanę propozycję wstąpienia do partii. Popatrzył na mnie bardzo poważnie – zna pan moją przeszłość, ale gdybym był na pana miejscu przyjąłbym taką propozycję. Oni będą tu jeszcze bardzo długo rządzić, warto żeby w tej partii było trochę myślących ludzi.
Nie minęło dwa dni gdy sekretarka pierwszego sekretarza partti zaanonsowała: panie inżynierze, towarzysz Trzciński zaprasza pana na godzinę drugą na rozmowę.

W swoim archiwum nie znalazłem żadnych zdjęć z Zelmotu. Poniżej zdjęcie z 1991 gdy odwiedziłem Warszawę już jako Australijczyk…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s