Końcówka studiów

Lech  Lech

Kilka dni po przyjeździe z Norwegii wróciłem do normalnego trybu życia i pracy. Okazało się, że podczas mojej nieobecności w Zelmocie rozpoczęto prace nad stworzeniem właściwych zapasów produkcyjnych w celu poprawy rytmiczności produkcji. To zgadzało się z moimi wnioskami z analizy zakładu i z podaną przeze mnie metodyką prac. Włączono mnie do pracy w zespole opracowującym to zadanie. Łączyło się to chyba z pracą w godzinach nadliczbowych. Byłem w siódmym niebie – moja praca dyplomowa jest wdrażana już przed jej zakończeniem, zauważono mnie, jestem potrzebny.

Kilka dni później kierownik naszej katedry, profesor Chajtman, przeprowadził przegląd postępu prac dyplomowych. Oczywiście zgłosiłem się na ochotnika do prezentacji swoich osiągnięć. W miarę prezentacji widziałem jak twarz profesora pochmurniała. Skończyłem. 
– Co pan o tym myśli? – spytał profesor jednego z asystentów. Ten udzielił dość wymijającej odpowiedzi.
– Zastanawiam się – to było skierowane do mnie – czy pana nie należy cofnąć na III rok. Pan w ogóle nie orientuje się w zagadnieniach struktury produkcyjnej. 
Po sali przebiegł szmer grozy. Czułem, że ziemia zapada mi się pod nogami. Gdy nieco ochłonąłem zgłosiłem się po pomoc do magistra Lisa. Magister Lis nie robił kariery naukowej, ale robił wrażenie bardzo rozsądnego i praktycznego człowieka. Przyjął mnie ze sporą rezerwą. 
– Struktura produkcyjna – powiedział – pamięta pan tablicę elementarnych form struktury produkcyjnej? 
Oczywiście, że pamiętałem, to był ulubiony temat profesora. Krążyła anegdota, że jest to dla niego odpowiednik tablicy Mendelejewa.  Magister Lis wyciągnął stronę z tą tablicą i przez chwilę patrzyliśmy na nią z zadumą. Niech pan dobrze pomyśli na ten temat i wyciągnie właściwe wnioski. Taki był właśnie magister Lis – bardzo ogólne i niezobowiązujące wskazówki. Jakie wnioski? Jakie wnioski?! To pytanie dręczyło mnie chyba 3 dni, aż wpadłem na właściwy trop. Nie będę tu wdawał się w szczegóły, ale za miesiąc zaprezentowałem profesorowi swój pomysł zastosowania tablicy form struktury produkcyjnej w Zelmocie i całkowicie podbiłem tym jego serce. O dyplom nie musiałem się już martwić zresztą życie przynosiło coraz to nowe tematy.

Najważniejszą sprawa było mieszkanie. Zelmot podpisał umowę z Warszawską Spółdzielnią Mieszkaniową, w ramach której spółdzielnia przeznaczała co roku kilkanaście mieszkań dla pracowników zakładu. Pan Tadeusz osobiście dopilnował żebym złożyl podanie. W tym roku pan nie dostanie, ma pan za krótki staż pracy, ale w przyszłym roku na pewno.

Kolejną ważną sprawą był praktykant z Cejlonu – od 1972 roku ten kraj nazywa się Sri Lanka. Polska zawarła kontrakt na budowę dużej galwanizerni na Cejlonie. W ramach kontraktu miano przeszkolić w Polsce kilku przyszłych pracowników tego zakładu. Jednego z nich skierowano do Zelmotu. Centrala handlu zagranicznego miała zapewnić praktykantowi tłumacza, ale tu wtrącił się pan Tadeusz. Po co nam obcy tłumacz? Przecież pan Milewski zna angielski i to praktycznie, właśnie wrócił ze stażu w Norwegii. A do tego zna nasz zakład i naszych ludzi. On zrobi to najlepiej.
Ustalono, że codziennie będę spędzał 2 godziny na galwanizerni tłumacząc wszelkie instrukcje i zadania, pytania i problemy. Prócz tego opracuję materiały szkoleniowe według wskazówek kierownictwa galwanizerni. Poświęcony na to czas odpracuję po godzinach. Za ten wysiłek dostawałem wynagrodzenie równe mojej płacy podstawowej.
Cejlończyk był całkiem sympatyczny. Miał bardzo długie nazwisko i kilka imion, z których zapamiętałem jedno – Achilles. Pochodzę z bardzo dobrej i wykształconej rodziny – wyjaśnił – sam też mam bardzo gruntowne wykształcenie w angielskiej szkole. Był bardzo dumny ze swojego kraju. Pani Bandaranaike, pierwsza na świecie kobieta premier – KLIK – mówił z dumą.

Cejlon

Wyciął z blachy plakietkę w kształcie Cejlonu i pięknie ją pochromował w galwanizerni. Gorzej było ze szkoleniem. Zatrudnieni w galwanizerni inżynierowie stwierdzili, że Achilles nie zna najprostszych podstaw chemii – symboli pierwiastków, budowy chemicznej kwasów i zasad. Musieli zacząć od podstaw. Mnie przypadło tłumaczenie na angielski podręcznika chemii z V klasy szkoły podstawowej. Po kilku dniach Achilles zbuntowal się. Wybuchł gniewem, krzyczał, płakał – oszukujecie mnie, tracicie czas na jakieś naukowe rozważania zamiast mnie uczyć fachu. Ja wiem co powinien wiedzieć pracownik techniczny galwanizerni!
– Co powinien wiedzieć? – spytaliśmy.
– Jak przychodzą z Anglii worki z chemikaliami to na nich są litery: A,B,C… Inżynier ma karteczkę, której nikomu nie pokazuje. Tam pisze ile wsypać z każdego z tych worków do kąpieli galwanicznej. Ja chcę tu dostać taką karteczkę.
Inżynierowie kiwali głowami – prawdziwe oblicze kolonializmu. Uczą ich mitologii greckiej a inżynierię zastępują karteczką z recepturą. Taki specjalista pozostaje całkowicie uzależniony od dostawcy z Anglii. Nie ma pojęcia co kryje się pod symbolami A, B, C… Cała nadzieja w pani Bandanaraike.
Póki co potrzebna była pomoc ludzi z centrali handlowej i chyba nawet z cejlońskiego konsulatu. Achilles pogodził się z losem.Dużo lepiej radził sobie ze sprawami osobistymi. Któregoś dnia zaprosił mnie do siebie do hotelu Polonia. Wyciągnął paczkę z jakimiś cejlońskimi przysmakami, ja przyniosłem butelkę wódki. Nie minęło wiele czasu a ktoś zapukał do drzwi. Weszły dwie bardzo efektowne dziewczyny. Oczywiście – hotel Polonia – toż to była oaza płatnej miłosci. Achilles był w doskonałym humorze. Podziwiałem jak wiele nauczył się po polsku. Czułem się całkiem niepotrzebny. Na dodatek jedna z pań powiedziala – a ja pana dobrze znam.
Tylko tego brakowało.
– Skąd pani mnie zna?
– Z Zelmotu, pan codziennie przychodzi na wydział. 
Wódka, po godzinach, w hotelu, z koleżankami z pracy – tego było za wiele. Wymyśliłem jakiś pretekst i wymknąłem się.
Następnego dnia rozejrzałem się dokładniej po galwanizerii. 
– Dzień dobry panu – zgarbiona postać w brudnym kombinezonie z wypalonymi przez kwasy dziurami, zniszczona twarz bez makijażu, niezgrabne wielkie kalosze i gumowe rękawice. 
– Dzień dobry pani.
Od kierownika galwanizerni dowiedziałem się, że milicja kieruje tu regularnie prostytutki na „reedukację”. Po kilku latach pracy w takich warunkach stracą zdrowie i urodę.

Sylwia

Skończył się kolejny semestr a moja praca dyplomowa nie była zakończona. Dalsze mieszkanie w akademiku wymagało specjalnych zabiegów. Pan Tadeusz zasugerował zamieszkanie w hotelu robotniczym – to zwiększy pana szanse na otrzymanie mieszkania – argumentował. Hotel robotniczy znajdował się na Służewcu Przemysłowym, łatwy dojazd autobusem. Dostałem miejsce w dwuosobowym pokoju razem z Janem – kolegą z pracy. Minusem był brak stołówki i towarzystwa kolegów. Zacząłem korzystać ze stołówki w pracy. Obiady nie były takie dobre jak w akademiku, ale była to duża wygoda, szczególnie w sytuacji gdy musiałem odsiadywać nadgodziny za czas spędzony z Cejlończykiem.W Zelmocie było także ambulatorium z gabinetami lekarskim, dentystystycznym i fizjoterapii.

W drugiej połowie maja 1965 ukończyłem wreszcie i obroniłem pracę dyplomową. Zostałem magistrem inżynierem. Rok później moja praca dyplomowa została wyróżniona na ogólnopolskim konkursie. 

Praca, hotel robotniczy, Cejlończyk, dyplom – nie wspomniałem ani słowem o Sylwii.
Sylwia ukończyła szkołę techników fizjoterapii już w czerwcu 1964 i we wrześniu rozpoczęła pracę w szpitalu Wojskowej Akademii Medycznej na ulicy Szaserów. Tak więc oboje byliśmy samowystarczalni i niezależni. Pora na decyzję co do naszej przyszłości. Tymbardziej, że Sylwia świetnie prezentowała się na skuterze. Nie moim. Może odjechać w siną dal.

Poniżej mój dyplom…

Dyplom

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s