Norwegia – 2 – podróż

Norge

Lech

Pojechałem więc z moim kadrowcem na policję. Prócz paszportu wziąłem jeszcze swój bilet powrotny. Wszystko się zgadzało, pan Syversen kiwał ze zdumieniem głową na takie przeoczenie, ale jednak zachował się po dżentelmeńsku. Oświadczył, że mogę zostawić rzeczy w swoim pokoju i że może skorzystam z okazji i pojadę którymś z samochodów ciężarowych wyjeżdżających jutro rano z fabryki.

To była duża pomoc – pozostawało pytanie – dokąd pojechać? Tylko 5 dni. Z tego chciałem spędzić dwa dni w Oslo. Marzeniem było Bergen, ale to było za daleko. A zatem przynajmniej do jakiegoś porządnego fjordu. Hardangerfjord – podpowiedział pan Syvertsen…

Jutro rano nasza ciężarówka jedzie do Hønefoss, to w tym kierunku. Zgadzało się. W Hønefoss szybko złapałem samochód, którym podróżowali jacyś młodzi Niemcy. Wjechaliśmy na ogromny płaskowyż Hardangervidda – KLIK. Niekończąca się trawiasta pustynia. Namiot a przy nim renifery…

LechNorRenif

To była Norwegia moich marzeń, żeby tak jeszcze w zimie. Po pewnym czasie dojechaliśmy do rozwidlenia dróg. Niemcy jechali na północ, droga do Hardangerfjord prowadziła na zachód. Tu nie było szosy tylko oznaczone tyczkami kamieniste drogi. Usiadłem na przydrożnym kamieniu i czekałem na okazję. Godziny mijały a na horyzoncie żadnego pojazdu. Robiło się późno, na szczęście letnia noc jest tu bardzo krótka więc okazję złapałem jeszcze w promieniach zachodzącego słońca.
– Skąd ty się tu wziąłeś? – zapytał zaskoczony kierowca.
– Jadę autostopem, poprzedni samochód tu mnie wysadził.
– Jak mogli cię tu wysadzić? Pamiętasz ich numer rejestracyjny? To trzeba zgłosić na policję.
– Sam ich prosiłem żeby mnie tu wysadzili bo oni nie jechali do Hardangerfjordu.
Dowiedziałem się, że to jest rzadko uczęszczana droga i miałem szanse spędzic na tym pustkowiu kilka dni. Koło północy dojechaliśmy do Kinsarvik na brzegu fjordu. Kierowca pomógł mi znaleźć nocleg. Następnego dnia pojechałem na wycieczkę promem wokół fjordu a po południu złapałem samochód do Geilo.
Geilo to popularny resort narciarski, w lecie było tam czynne tylko schronisko młodzieżowe. Beztroska atmosfera, młodzież z calego świata. Większość z nich zrobiła sobie przerwę w studiach i spędzała kilka miesięcy wedrując po Europie. Po raz pierwszy poczułem, że mieszkając w PRL mamy jakieś istotne ograniczenie.
Następnego ranka zabrałem się do Oslo z dwoma Francuzami wędrującymi po Norwegii rozklekotanym citroenem. Dołączyła do nas dziewczyna z Australii. Pierwsze pytanie Francuzów brzmiało czy znam piosenkę Kalinka. Powiedzmy, że znałem – KLIK. Wydzieraliśmy się więc w trójkę na cały głos. Australijka była mocno przestraszona.
W Oslo przywitała nas wielka ulewa więc nie pozostawało nic innego jak udać się do schroniska młodzieżowego Haraldsheim. Następnego dnia kręciłem się po śródmieściu Oslo, odwiedziłem muzeum obrazów E. Muncha, zajrzałem do sklepów gdzie zrobiłem dwa poważne zakupy – plecak ze stelażem i buty zimowe dla Matki. Buty miały bardzo zmyślnie wyprofilowane zelówki i Matka bardzo sobie je chwaliła podczas ślizgawic. Następnego dnia pojechałem do Holmenkollen obejrzeć zimowy stadion nad którym dominowała skocznia narciarska…

LechNorHolmel

Serce zabiło mi mocniej gdy na liście rekordzistów skoczni znalazłem nazwisko Stanisława Marusarza. Prócz tego zwiedziłem muzeum łodzi wikingów, jakiś skansen w którym dominował kościółek dokładnie taki jak kościół Wang w Bierutowicach. Nie mogłem odżałować, że nie udało mi się odwiedzić statku Fram – może następnym razem. Następny raz nastąpił dopiero za 39 lat.

Ostatniego dnia dojechałem autostopem do Moss gdzie pan Henryk zorganizował dla mnie pożegnalny obiad. Wieczorem wyjazd. Około 3 rano pociąg dojechał do Goeteborga gdzie zaplanowałem dwa dni przerwy.
Trzeba było doczekać dnia na dworcu i wtedy rozejrzeć się za noclegiem. Na dworcowych ławkach drzemało dość podejrzane towarzystwo. Od czasu do czasu przechodzili strażnicy, sprawdzali czy mają bilety i niektorych wyganiali z dworca. Wdałem się w rozmowę ze swoim sąsiadem – Finem.
Fin nie znał angielskiego ani niemieckiego więc rozmowa dotyczyła głównie sportu. Na szczęście znałem sporo nazwisk fińskich sportowców – Nurmi, Hakkulinen, Maentyranta. Fin rewanżował się nazwiskiem polskich sportowców.
W którymś momencie spróbowałem przerzucić się na tematykę polityczną – Kekkonen (ówczesny premier Finlandii). Fin zamyślił się, wreszcie odpowiedział – Piłsudski!
Mimo bariery językowej Fin udzielił mi dobrej rady – załatw sobie noclegi w hotelu na wodzie – na planie miasta pokazał jak tam dojść. Gdy się rozjaśniło zjadłem na dworcu śniadanie i ruszyłem pod wskazany adres. Okazało się, że kiedyś była to pływająca kaplica. Pastor żeglował nią od statku do statku i świadczył usługi duchowe. Po przejściu pastora na emeryturę urządzono tu tani hotel…

LechNorGoteb

Wnętrze zachowało charakter kaplicy z tym, że w miejscu ołtarza stało duże łóżko, w którym wylegiwał się jakiś Hindus.
Pokręciłem się trochę po Goetebrogu, ale nie pamiętam niczego godnego uwagi. Spróbowałem więc odwiedzić Szweda spotkanego w Warszawie przez wyjazdem do Norwegii.
Znalazłem, mieszkał w domu akademickim w świetnie urządzonym jednoosobowym pokoju.
– Trochę lepiej niż na Akademickiej 5 – zauważył. Wieczorem poszliśmy razem na zabawę do klubu studenckiego. Było podobnie jak w Warszawie. Dość szybko wróciłem do mojego hoteliku odespać poprzednią noc.

Rano okazało się, że w hoteliku przebywa kilku młodych Niemców z NRF. Z rozmowy wynikało, że przyjechali do Goeteborga załatwić sobie pracę w fabryce Volvo.
Niemcy szukają pracy za granicą? – zdziwiłem się. Z ciekawości pojechałem razem z nimi do fabryki i udało mi się obejrzeć dwa działy produkcyjne. W porównaniu z Zelmotem miały więcej przestrzeni wokół stanowisk roboczych.
Wszyscy Niemcy dostali pracę, teraz wracali do domu, pracę zaczną za dwa tygodnie. Dostali pracę w Szwecji, ale na razie wracają do domu – to było dla mnie również coś niebywałego.
Tym razem udałem się na dworzec po północy. Po kilku godzinach podróży dojechałem do Malmo gdzie postanowiłem spędzić dzień na zwiedzaniu miasta. Wydało mi się ciekawsze niż Goeteborg, może dlatego, że było dużo mniejsze przez co dominowały tu stare ulice i budynki. Niespodziewaną atrakcją była wizyta amerykańskiego statku o napędzie atomowym – n/s Savannah. Dołączyłem do długiej kolejki zwiedzających, ale statek to jest statek, atomów nie było widać.

Kolejna noc w pociągu i wreszcie Polska.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s