Smak życia na serio

Po powrocie z wakacji przyszła pora na wykonanie pracy dyplomowej. Na naszym wydziale musiała ona mieć charakter praktyczny – wykonana dla konkretnej instytucji. Warunkiem zaliczenia pracy było pisemne oświadczenie instytucji, że wdroży ją w praktyce.

Po doświadczeniach z pracą przejściową uznałem, że Metalexport nie będzie właściwym miejscem na taki projekt. Lojalnie zgłosiłem się do nich powiadamiając, że zamierzam zrobić pracę dyplomową w jakiejś fabryce. Zgodzili się bez problemu, chyba z poczuciem ulgi.
Któryś z asystentów zaproponował mi żebym zrobił pracę dyplomową w Zakładach Elektrotechniki Motoryzacyjnej – ZELMOT. Jednym z dyrektorów był absolwent naszego wydziału, zakład znajdował się na Okęciu, blisko akademika, stosowano tam wiele różnych technologii więc nie powinno być kłopotu z wyborem tematu. Zgodziłem się.

ZELMOT to była spora fabryka – ponad 2,000 pracowników. Zaguglałem – a jakże nazwa aktualna do dzisiaj – tu link do strony polskojęzycznej – KLIK. O firmie ZELMOT ani słowa. Wersja anglojęzyczna wspomina przynajmniej, że firma powstała w 1910 roku i że działała po II Wojnie. Pisząc te wspomnienia szukałem informacji o zakładach motoryzacyjnych w Starachowicach, producencie ciężarówki Star, która była podstawą trasportu towarowego w Polsce. Zatrudniała ponad 10,000 ludzi, wyprodukowała „za komuny” około pół miliona samochodów – pustka i cisza.
Przypominam sobie jakim wydarzeniem była dla mnie lektura książki 1984. Wielki Brat, wymazywanie historii. Okazuje się, że nie trzeba Wielkiego Brata, miliony wolnych Małych Braci nie chcą wiedzieć o ruinach, na których budują swój Nowy Wspaniały Świat – ta książka zrobiła na mnie chyba większe wrażenie niż 1984.

Moim pierwszym zadaniem było wykonanie analizy funkcjonowania zakładu i zidentyfikowanie problemów wymagających rozwiązania. Jeden z nich będzie tematem pracy dyplomowej. Najlepszym miejscem do wykonania takiej analizy był dział organizacyjno-prawny. Pracowały tam 4 osoby – kierownik – pan Edward B., który był również międzynarodowym sędzią piłkarskim i członkiem zarządu związku hokeja na lodzie. Pan Tadeusz W., starszy pan, z wykształcenia prawnik, o tak bogatej przeszłości, że wspomnę o nim nie raz. Janek B. absolwent mojego wydziału, który przywitał mnie dość posępnie – i ty tu trafiłeś – stracony czas, robię co mogę  żeby się przenieść do jakiejś pracy inżynierskiej. Zespół uzupełniała pani Irena N. – maszynistka. Współczesnym czytelnikom wyjaśnię, że jej funkcją nie była obsługa lokomotywy lecz przepisywanie na maszynie rękopisów sporządzonych przez jej zwierzchników.

Analiza funkcjonowania zakładu zaczęła się od rozmów z kierownikami wielu działów. Wielką pomocą był pan Tadeusz, który wszędzie mnie osobiście wprowadził. Zauważyłem, że wszyscy odnoszą się do niego z wielkim respektem i sympatią. Była to zasługa jego sposobu bycia. Z jednej strony już na odległość czuło się, że nie jest to osoba przeciętna. Z drugiej strony potrafił tak prowadzić rozmowę, że jego rozmówca czuł się na swoim gruncie. Z trzeciej strony był bardzo bystry i nie przegapił w rozmowie żadnego istotnego detalu. Jak się to stało, że taka indywidualność musi dojeżdżać na 6:30 do fabryki i jest zatrudniona na dość podrzędnym stanowisku?

W ramach analizy odwiedziłem działy techniczne – konstrukcji, technologii, normawania pracy i wszystkie działy produkcyjne. Wielu pracowników tych działów robiło wieczorowe studia inzynierskie i to podobno pod ich naciskiem rozpoczynalismy prace o 6:30. Pracownicy fizyczni w całej Polsce rozpoczynali pracę na I zmianie o 6.
ZELMOT produkował reflektory do samochodów i motocykli – ponad milion sztuk rocznie, iskrowniki do motocykli, rozdzielacze zapłonu i cewki zapłonowe do samochodów. Schemat działania rozdzielacza zapłonu…

Rozdzielacz zapłonu

Działów produkcyjnych było 5. Tłocznia wycinała i wytłaczała wszelkie elementy z blachy. Duzy huk i ziemia trzęsąca się pod nogami. Ludzie pracowali jak automaty – położyć kawałek blachy na matrycy, nacisnąć dwa guziki, i następny kawałek blachy. Dwa guziki trzeba było nacisnąć ze względów bezpieczeństwa. W przeciwnym przypadku pracownicy w pośpiechu mogliby nie zdążyć cofnąć dłoni spod opadającego w dół tłocznika. Oczywiście zdarzali sie „racjonalizatorzy”, którzy blokowali jeden guzik zapałką i wykonywali 120% normy. Inspektorzy B.H.P. chyba niezbyt starali się złapać ich na gorącym uczynku. Ta praca nie wymagała wielkich kwalifikacji. Pracownik, który wyrabiał 100% normy zarabiał około 1,300 zł miesięcznie.
Obróbka skrawaniem – tu wykonywano wszelkie śrubki, wkręty, bolce, itp. Sporo z nich wykonywały automaty tokarskie podobne do tego – KLIK
Galwanizernia znajdowała się na obniżonym parterze i kojarzyła się z pośrednim kręgiem piekła. Ostry zapach kwasów, wanny wypełnione roztworami, w których moczyły się blaszane elementy – cynkowanie, miedziowanie, niklowanie, chromowanie.
Obraz uzupełniała nawijalnia cewek i dwa wydziały montażowe, w których na taśmach składano produkty finalne.
Arystokracją zakładu byli ślusarze narzędziowi, którzy produkowali matryce i tłoczniki. Ich zarobki mogły przekroczyć 3,000 zł. 

Analizę ukończyłem po 3 miesiącach. Zmorą zakładu była nierytmiczna produkcja. Pod koniec kwartału wydziały produkcyjne pracowały po godzinach żeby wykonać plan. Cierpiała na tym jakość, zakład ponosił koszty nadgodzin. Wybrałem więc temat usprawnienie planowania operatywnego. Termin wykonania – maj 1964.
Wspomniany wyżej pan Tadeusz zaproponował mi żebym został etatowym pracownikiem zakładu. To było nęcące – pensja stażysty to 1,800 zł. Ale co z moją umową stypendialną z Metalexportem? Zwrócimy Metalexportowi to co panu zapłacił. Zgodziłem się. 
Zasadniczo moim jednym obowiązkiem miało być robienie pracy dyplomowej, ale jednak przybyło mi trochę innych obowiązków. Dotrzymanie majowego terminu zakończenia studiów przestało być dla mnie takie istotne. Jedynym minusem było zaprzestanie gry na pianinie. Gdy wracałem po pracy do akademika nie miałem już ochoty na ćwiczenia zresztą o tej porze sale z pianinami nie były już puste.

Studia były już tylko marginesem, ale nadal mieszkałem w akademiku i działałem w sądzie koleżeńskim nie mogłem więc przegapić okazji na kolejny wyjazd zagraniczny. Tym razem było to coś poważnego – praktyka IAESTE – KLIK. 2-miesięczna praktyka robotnicza w zakładzie pracy w Europie Zachodniej. Prawdziwy smak kapitalizmu. Praktyka robotnicza – to było dokładnie to co robiłem w Nowej Hucie po I roku studiów. Jednak do wyjazdu na praktykę zagraniczna potrzebne były minimum 3 lata stażu studenckiego, praca społeczna, niezła średnia ocen. Ofert było chyba tylko 6. Marzyły mi się Anglia, Austria, Szwecja, ale nie było ich na liście. Wybrałem praktykę w dziale remontowym w fabryce papieru w Norwegii. Znowu zadecydowały dobrze zdane egzaminy z języków obcych. Po dość długich formalnościach zakwalifikowałem się i złożyłem podanie o paszport. Niezawodny pan Tadeusz poparł moje podanie o 2-miesięczny urlop bezpłatny.

Pod koniec kwietnia dowiedziałem się od mojego współlokatora Wieśka, że w akademiku ktoś rozrzucił ulotki wzywające do udziału w wiecu protestacyjnym w przeddzień 1-Maja. Głównym punktem wiecu miało być żądanie żeby Polska wystąpiła z Paktu Warszawskiego. W zamian za to Włochy miały wystąpić z NATO. Autora ulotek szybko zidentyfikowano. Wiesiek, jako przewodniczący ZMS, znał sprawę na bieżąco gdyż poproszono go o pomoc w znalezieniu wspólników autora ulotek.
Poproszono o to również administratorkę naszego piętra, która spotykałem regularnie przy okazji zmiany pościeli. Prawie codziennie wzywali ją po pracy na przesłuchanie do Pałacu Mostowskich.
– Niech pani sama powie, czy coś takiego mógł zrobić porządny student?  
– Raczej nie.
– Więc zgadzamy się, to zrobił jakiś chuligan. Niech nam pani pomoże, pani dobrze wie kto tam rozrabia, pije. Niektórzy nawet mieszkają nielegalnie. Niech nam pani poda nazwiska i może pani iść do domu.
– Kiedy ja naprawdę nikogo takiego nie znam.
– Niech pani postara się sobie przypomnieć – przesłuchujący wychodził z pokoju. Wypuszczali ją koło 8. Za dzień albo dwa to samo od nowa.
– Oczywiście, że wiem o wielu studentach mieszkających na gapę – mówiła do mnie – ale przecież nie mogę ich wydać. Przeciez to sprawa polityczna.
Nic dziwnego, że oblał mnie zimny pot gdy i ja dostałem wezwanie do Pałacu. Punktualnie zapukałem do wskazanego w wezwaniu pokoju. Drzwi były pokryte grubą poduszką – żeby nie było słychac krzyków – pomyślałem. Na moje stukanie nikt nie odpowiedział, drzwi były zamknięte. Korytarz był ciemny i pusty, żadnego krzesła. Po kilku minutach czekania wróciłem do biura przepustek – tam nikogo nie ma, może to pomyłka?
– U nas nie ma pomyłek. Wracajcie szybko pod pokój, jak będzie czas to was wezwą.
Wezwali dość szybko. W pokoju byli wyglądający całkiem inteligentnie pan i sekretarka.
– Słyszał pan o ulotce przed 1 maja?
– Słyszałem.
– Od kogo, proszę podać szczegóły. – To było łatwe i bezpieczne, wiedziałem wszystko od Wieśka a on cieszył się zaufaniem władz.
– Słyszał pan o liście 34 – KLIK ? – tu mnie zaskoczył. Oczywiście, że słyszałem, każdy słyszał. – Coś tam słyszałem.
– Od kogo?
– Nie wiem od kogo, w kolejce po śniadanie o tym rozmawiali.
– Kto rozmawiał?
– Nie wiem. Proszę pana, ja teraz robię pracę dyplomową i jednocześnie pracuję w fabryce, muszę tam być o 6:30 rano. W kolejce po śniadanie to ja tylko myślę o tym żeby złapać tramwaj o 6:15.
– Pozwolenie dziekana na pracę pan ma? Struchlałem – przypomniało mi się przesłuchanie Raskolnikowa. Porfiry stwierdził – przesłuchiwać inteligenta jest bardzo łatwo. On chce się wykazać dobrą wolą i zasypuje nas masą informacji, o które nie pytamy. Przy okazji nieświadomie naprowadzają nas na jakiś trop. Wypisz, wymaluj jak ja.
– Mam – skłamałem.
Ku mojemu zaskoczeniu na tym przesłuchanie się zakończyło. 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s