Operacja, wojsko, Austria

Lato 1963 roku zapowiadało się interesująco.

Rozpoczęło się w szpitalu na ul Barskiej. Przepuklina to bardzo prosta operacja, ale w tym czasie wymagała 10-dniowego pobytu w szpitalu po operacji żeby pacjent nie wykonał jakiegoś wysiłku, który mógłby zniweczyć trud chirurga.
Potrzebny był równiez 2-dniowy pobyt w szpitalu przed operacją żeby wykonać wszystkie potrzebne badania. Dlaczego nie można było wykonać tych badań przed wizytą w szpitalu? Dobrze poinformowani twierdzili, że w ten sposób szpital poprawia wskaźniki ekonomiczne – łóżko zajęte a koszt obsługi pacjenta żaden.
Ze mnie szpital odniósł dodatkowe korzyści. Na mojej sali oprócz mnie leżały trzy osoby operowane na wrzód dwunastnicy. Po tej operacji pacjenci ciepieli mocno a pielęgniarka obsługiwała kilka sal.
– Panie student, czy to tak ładnie? Pan się wyleguje, ja mam ręce pełne roboty a koledzy się męczą. – Przyznałem, że nieładnie. Przydzieliła mi dwa zadania – pierwsze – zwilżać chorym usta wodą przy pomocy szpatułki owiniętej gazą. Drugie – pomagać im oddać mocz do „kaczki”.
– Chyba bardziej przystoi żeby to kolega trzymał koledze fajfusa – uzasadniała pielęgniarka.
Pacjenci gorączkowali, mieli kłopoty z oddaniem moczu, miałem więc sporo zajęcia.

Wreszcie operacja pod znieczuleniem miejscowym. Chirurg podźgał mi trochę brzuch strzykawką a potem już nic nie czułem. Następnie 10 dni leżenia na plecach w bezruchu. To było bardzo ciężkie, ale jakoś minęło. Pod reką miałem długi bandaż przywiązany do przeciwnej poręczy łóżka. Nazywano to lejcami – dzięki nim mogłem się podciągnąć do pozycji siedzącej. Gdy zobaczyl to mój współlokator Wiesiek to zaproponował – chcesz, załatwimy ci wczasy hippiczne?

Lech

Zamiast wczasów w siodle miałem obóz za kierownicą. Przypomnę, służyłem w wojskach samochodowych. Trzeba przyznać, że treningu za kierownicą nam nie brakowało. W Warszawie były to samochody osobowe. Zmorą było zapalanie silnika na korbę. Szczególnie gdy silnik zgasł podczas przejazdu przez tory tramwajowe w godzinach szczytu. Patrzyłem błagalnie na instruktora żeby pozwolił użyć startera, ale on patrzył w niebo. Wysiadałem z samochodu z korbą i kręciłem. Tramwaj dzwonił, pasażerowie na stopniach wygrażali mi a silnik ani mru-mru. Spoglądałem pytająco na instruktora a on coś pokazywał na migi.
– Wyłączyłem stacyjkę bo zostawiłeś silnik na biegu.
Na obozie w Ostródzie prowadziliśmy ciężarówki i ćwiczyliśmy bardziej specjalistyczne operacje – jazda w kolumnie, jazda nocna, wjazd ciężarówką na wagon kolejowy. Wszyscy zdali egzamin bez problemów. Dostałem zawodowe prawo jazdy. Powyżej fotografia z prawa jazdy.

Po obozie miałem chyba 3 tygodnie wolnego, potem wycieczka. Było nas około 30 osób. Wycieczka odbywała się na zasadzie bezdewizowej wymiany z jakąś austriacką organizacją studencką. Oni zapewniali nam transport, zwiedzanie, wyżywienie i noclegi. W zamian za to ich wycieczka zwiedzała Polskę na takich samych zasadach. Mogliśmy wykupić kieszonkowe 200 szylingów czyli około 8 dolarów.
W wycieczce brały udział jeszcze dwie osoby z naszego wydziału. To mnie zdziwiło – nie widziałem was na liście kandydatów. A bo myśmy się zakwalifikowali w ramach puli rady naczelnej. A więc byli równi i równiejsi.
Sporym przeżyciem było podwójne przekraczanie granicy czechosłowackiej. Kilkugodzinna kontrola pociągu, psy, strażnicy z przemyślnymi lusterkami na kółkach, które wsuwali pod siedzenia żeby sprawdić czy czegoś tam nie ukryliśmy. Przed granicą czesko-austracką do pociągu wsiedli jacyś panowie w nieznanych nam mundurach i obserwowali z ironicznym uśmiechem te procedury kontrolne. Wreszczie pociąg ruszył, przekroczył żelazną kurtynę a panowie przypięli piękne odznaki austrackiej straży granicznej – witamy w wolnej Austrii. Moi towarzysze w przedziale zrelaksowali się. Wszyscy zaczęłi wyciągać ukryte dotąd dolary. Byłem chyba jedynym, który zadowolił się kieszonkowym. Zaczęły się rozmowy na tematy handlowe. Co też warto w Wiedniu kupić i gdzie. Co do ostatniego pytania odpowiedzi były zgodne – u Skoczylasa (a może Szumilasa?), WipplingerStrasse 11. Zorientowałem się, że para studentów z mojego wydziału (małżeństwo) ma duże doświadczenie handlowe – z Bułgarii kożuszki, z Turcji skórzane kurtki. A co z Austrii? Ortalionowe płaszcze i koszule non-iron – brzmiała poprawna odpowiedź.

W Wiedniu zamieszkaliśmy w domu akademickim na Pfeilgasse gdzie dostawaliśmy raczej skromne śniadania i kolacje. Na gorący posiłek popołudniowy jeździliśmy do stołówki Mensa*.
Pierwszego ranka po przyjeżdzie stałem się dość popularną osobą – tłumaczem w banku gdzie wszyscy wymieniali dolary na szylingi. A zatem wymaganie znajomości języka obcego nie było decydującym kryterium kwalifikacyjnym, ważniejszy był kontakt w Radzie Naczelnej.
Poszedłem też z moimi towarzyszami do sklepu na WipplingerStrasse. Obsługiwał nas sam pan Szumilas (a może Skoczylas?), ponoć przed 1956 rokiem był wyższym urzędnikiem w jakimś ministerstwie w Polsce.
– Witamy przedstawicieli klasy robotniczej – pozdrawiała nas kasjerka.
– To nie klasa robotnicza pani Irenko, to jest już czerwona burżuazja – korygował ją właściciel. Miał rację.
Podliczyłem moje zapasy waluty. Płaszcz ortalionowy był poza moim zasięgiem – chyba 130 szylingów (5 dolarów) – po 1300 zł w Polsce – komentowała koleżanka z wydziału. Kupiłem nylonowe pończochy dla Matki i Sylwii oraz koszulę non-iron dla siebie. Pozostała mi jeszcze połowa kieszonkowego.

Pierwsza wizyta w stołówce Mensa była dla mnie pamiętna. Mogliśmy wybrać jedno gorące danie i jedną butelkę napoju – woda mineralna, lemoniada, Coca Cola. Coca Cola? – toż to był symbol zgniłego kapitalizmu. Piłem ją z nabożeństwenm i pewnym niepokojem – czy też to mi nie przewróci w głowie? Nie przewróciło. Po powrocie do Polski znalazłem gdzieś doskonałą charakterystykę tego napoju – jakbyś łykał piłeczki pinpongowe.

Naszym głównym zajęciem było zwiedzanie Wiednia, ale to trudniej opisac niż drobne scenki rodzajowe. Zwiedziliśmy cesarski pałac, letnią rezydencję Schönbrunn – KLIK, kilka kościołów i muzeów. Podczas zwiedzania katedry św Stefana zauważyłem ogłoszenie o wieczornym koncercie organowym. Opuściłem kolację żeby go wysłuchać. Innym wydarzeniemn muzycznym był koncert symfoniczny w sali ratuszowej. Grali nieznaną mi do tego czasu VII symfonię Beethovena.

Oczywiście nie obyło się bez porównań warunków życia. Wiedeń nie ucierpiał wiele podczas wojny więc nie było można porównywac go do Warszawy. Do Krakowa dał się jednak porównać. Oczywiście budynki na miarę wielkiego cesarstwa, ale to zasługa dawnych czasów. Zdecydowaną różnicą była ilość samochodów i ruch na ulicach. Dużo sklepów, ładne wystawy, dużo reklam – tego można było się spodziewać.
Amerykański dolar był wart około 25 szylingów. W tym samym czasie oficjalny kurs dolara w Polsce, po którym kupowałem swoje kieszonkowe wynosił 24 zł. Patrząc na ceny na wystawach odnosiłem wrażenie, że są bardzo podobne do tych w Polsce. Pozostawało pytanie – jakie są tu zarobki? Niestety nie mieliśmy kontaktu z nikim z miejscowych więc nie znaliśmy odpowiedzi. Nasi przewodnicy unikali dyskusji na takie tematy.
Na marginesie dodam,  że istniał rówież jeszcze bardziej oficjalny kurs dolara – 4 zł, ale nie wiem w jakich przypadkach był stosowany. Na czarnyn rynku kurs dolara wynosił około 100 zł. W 1972 roku utworzono sklepy Pewex, które skupowały dolary po 72 zł.

Kolejnym etapem był Linz. Jedynym uzasadnieniem pobytu w tym mieście była chyba wizyta w hucie i obejrzenie spustu surówki z wielkiego pieca. Tak jak w Nowej Hucie. W Linzu doszło do niemiłego incydentu. Obiad dostaliśmy w zakładowej stołówce a tam napoje można było sobie kupić w automacie. Kilka osób podniosło wielki krzyk – co za traktowanie!? Nasi przewodnicy zauważyli, że po pierwsze na stołach są dzbanki z wodą a po drugie właśnie na ten cel mamy kieszonkowe. Krzykacze nie ucichli – o chlebie i wodzie nas tutaj trzymają. Na szczęście nie umieli tego powiedziec w żadnym jezyku obcym a ja uchyliłem się od tłumaczenia. Oczywiście najwiecej krzyku podnieśli ci, którzy przewieźli do Austrii najwięcej dewiz.

Następny etap – Salzburg…

Salzburg

Tu spędzilismy chyba dwa dni. Oczywiście odwiedziliśmy dom rodzinny Mozarta. Mieszkaliśmy w hotelu młodzieżowym (Jugend Herberge) w pobliżu lotniska. Było tam pianino. Nie mogłem sobie odmówić przyjemności zagrania menueta Mozarta. Moja pycha została ukarana, nie mogłem żadnego sobie przypomnieć, skończyło się na uproszczonej wersji Serenady Schuberta.

Następnego dnia pojechaliśmy do Zell am See. Kierowca autobusu wybrał krótszą trasę, która przechodziła przez Niemcy Zachodnie. Jakież było jego zdumienie gdy dowiedział się, że my nie możemy wjechac do NRF (nawet na 20 minut) bez wizy. Jechaliśmy więc dłuższą trasą przez Austrię, sceneria jak w bajce. Oto cel podróży…

Zell am See

Odbyliśmy wycieczki na lodowiec Kaprun i na Schmittenhohe. Drugiego dnia pobytu w Zell am See wypadał 1 września. Nagle zdałem sobie sprawę, że to przecież rocznica wybuchu II Wojny Światowej. Usłyszałem język niemiecki, wesołe śmiechy. W Polsce ten dzień nie robił na mnie specjalnego wrażenia, ale tutaj tak. Poczułem zażenowanie, że właśnie w tym dniu wypoczywam w tak pięknym miejscu w towarzystwie beztroskich ludzi mówiących po niemiecku. 1 września 1939 roku pewnie było tu tak samo jak teraz. Jakąś rekompensatą było wspomnienie odwiedzonego kilka dni wcześniej w Wiedniu pomnika ku czci żołnierzy radzieckich – KLIK
Pobyt dobiegał końca a mnie zostało pół kieszonkowego. Wydałem je bardzo rozsądnie. W Zell am See poszedłem do kawiarni w której występowali jodłujący śpiewacy i tancerze w krótkich skórzanych spodniach – KLIK. Niemiecka wersja tutaj – KLIK. Zostało mi kilka szylingów na zakup butelki Coca-Cola żeby mieć przy czym opowiadać Sylwii o moich wrażeniach.

Ostatniego dnia spędziliśmy jeszcze kilka godzin w Wiedniu – kolacja w restauracji pod gołym niebem na Grinzingu. Podawali młode wino, orkiestra grała walce i polki. Wielu gości częstowało muzyków winem i obawiałem się, że orkiestra szybko wymknie się spod kontroli. Nie ma obaw, muzycy tylko maczali usta w szklance i przelewali zawartość do dzbanów pod krzesłami.

* Mensa to organizacja zrzeszająca osoby o wysokim IQ – KLIK. Polecam test podany na zlinkowanej stronie. 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s