Na mieliźnie i na wyżynach

Lech  Lech

Po wakacjach 1961 przydzielono mi mieszkanie w akademiku na Jelonkach – KLIK. To była poważna zmiana. Czas dojazdu na uczelnię zwiększył się prawie o godzinę. Mieszkaliśmy w drewnianych domkach zbudowanych kiedyś dla budowniczych Pałacu Kultury. Dodatnią stroną były przestronne pokoje, ujemną – zawężenie kontaktów koleżeńskich. Chyba nie mieszkał tam nikt z mojej inżynieryjno-ekonomicznej grupy. 4-osobowy pokój dzieliłem z dobrze znanymi mi kolegami i ceniłem sobie ich towarzystwo.

Mieszkając z dala od miasta i jego atrakcji spędzałem więcej czasu w dobrze zaopatrzonej bibliotece. Tam dotarłem 3 lata później od Tadeusza do książek Władysława Tatarkiewicza na tematy filozoficzne. Erudycja i pomysłowość filozofów zaimponowały mi, ale dużo większe wrażenie wywarła na mnie Czarodziejska Góra Tomasza Manna. W szkole średniej na liście lektur figurowali Buddenbrookowie tego autora, ale nie potrafiłem tego strawić. Już wtedy Matka wspominała o Czarodziejskiej Górze, ale jakoś ta książka nie wpadła w moje ręce. Teraz wpadła… a może to ja wpadłem? Do tego stopnia, że w roku 2003 czyli 42 lata (6 x 7) po zapoznaniu się z książką odwiedziłem Davos żeby pospacerowć ścieżkami wydeptanymi przez Hansa Castorpa…

Davos Dorf.

Kliknięcie w powyższe zdjęcie stacji Davos-Dorf wyświetli moja relację.

Innym sympatycznym przerywnikiem w studiach było uczęszczanie na wykłady muzykologii dla amatorów prowadzone w Pałacu Kultury przez profesora Stefana Śledzińskiego – KLIK. To był cudowny człowiek. Na wykładach niewiele mówił – krótko tłumaczył strukturę dzieła, zwracał uwagę na proste tajniki sztuki kompozytorskiej i puszczał stosowną muzykę z płyty. Odczuwałem wyraźną przyjemność słuchania świetnej muzyki właśnie w jego towarzystwie.

Osobna sprawa to zabawy taneczne. Na moim wydziale przy ul. Narbutta odbywały się zabawy taneczne organizowane przez ZMS, ale wydawały mi sie zbyt prymitywne. Odbywały się również w akademiku przy ul. Akademckiej, ale ich atmosfera – tłok, hałas – nie odpowiadała mi. Na Jelonkach atmosfera była bardziej stonowana, było dużo miejsca, można było nie tylko tańczyć, ale również porozmawiać i to było dla mnie bardziej istotne. Wspominałem już o swoich rozterkach towarzyszących kontaktom z dziewczynami – KLIK. Taniec był wygodną ścieżką do nawiązania kontaktu. Zorientowałem się, że dziewczyny są gotowe dać mi szansę na przedstawienie się. Oczywiście nie przedstawiałem siebie tylko swoje aktualne myśli. Na przykład rozważania pana Naphty na temat humanistycznej wyższości systemu geocentrycznego nad heliocentrycznym. Z osobnikiem płci męskiej nigdy bym się nie odważył poruszyć takiego tematu, dziewczyny były dużo bardziej tolerancyjne. Nie byłem jednak na tyle naiwny żeby łudzić się, że ktoś będzie skłonny spędzać ze mną długie godziny nad wspólną wiwisekcją Czarodziejskiej Góry. Co ja mogę dać jej w zamian? – myślałem gorączkowo i nic nie przychodziło mi do głowy a dziewczyny najwidoczniej uważały, że chłopak powinien takie rzeczy wiedzieć. Podobnie było z koncertami w Filharmonii. Wystarczała drobna wzmianka a dziewczyna stwierdzała, że ma ochotę iść. Ale przecież wyraźnie czułem, że nie jest to jej ulubione miejsce, że robi to że względu na mnie. Przypominały mi się rozważania Sartre’a na temat miłości: „…z randki wracałem z zaschniętymi ustami, mięśniami twarzy zmęczonymi od ciągłych uśmiechów i głosem, który jeszcze ociekał miodem…” – KLIK. Czy to jedyna droga?

Większą część ferii zimowych postanowiłem spędzić, podobnie jak rok wcześniej, na nartach. Tym razem załatwiłem sobie wczasy studenckie w Nawojowej koło Starego Sącza. Ze śniegiem było jeszcze gorzej niż rok wcześniej natomiast nieoczekiwaną atrakcją była obecność chóru Unwersytetu Warszawskiego. Cały budynek rozbrzmiewał śpiewem. Nie mogąc korzystać zbyt wiele z nart kręciłem się koło chóru, przysłuchiwałem się próbom.
W przeddzień Sylwestra zorganizowano nam wycieczkę do Bukowiny Tatrzańskiej. Po raz pierwszy widziałem Tatry z bliska, poczułem ich przyciąganie. Tuż przed powrotem chórzyści urządzili bitwę na śnieżki. W którymś momencie cała śnieżna kanonada skoncentrowała się na jednej osobie – Sylwii.
Sylwii trudno było nie zauważyć w naszej rezydencji. Wszędzie było jej pełno, zawsze pierwsza do wygłupów i psot. Nic dziwnego, że stała się ofiarą masowego ataku. Nie uczestniczyłem w nim, nigdy nie lubiłem akcji typu wszyscy na jednego. Dopiero gdy po ostatecznym wezwaniu do autobusu kanonada ustała a jej uczestnicy otrzepali się ze śniegu, uformowałem dużą pigułę i rzuciłem. Nie liczyłem na to, ze trafię, było zbyt daleko, nie celowałem zbyt dokładnie, a jednak trafiłem. Teraz cała uwaga skupiła się na mnie…

Bukowina

Dzięki tej celnej pigule, po powrocie do Nawojowej, miałem pierwszą okazję zamienić z Sylwią kilka słów. Ku mojemu zaskoczeniu zaproponowała żebyśmy siedzieli razem na zabawie sylwestrowej. Nowy rok – 1962 – rozpocząłem w stanie głębokiego zakochania.

Po powrocie do Warszawy zadzwoniłem do Sylwii i zaproponowałem żebyśmy poszli razem na koncert do Flharmonii. Zgodziła się, ale najpierw zaprosiła mnie do domu żeby przedstawić mnie rodzicom. Okazało się, że Sylwia nie jest jeszcze studentką, jest w maturalnej klasie w szkole im N. Żmichowskiej. Dołączyła do uniwersyteckiego chóru gdyż śpiewała w nim jej siostra Roma – studentka fizyki. Jej rodzice byli mocno tradycyjni i chcieli znać towarzystwo w jakim obracają się ich córki.
W Filharmonii głównym punktem programu były kadryle Mozarta. Z przyjemnością stwierdziłem, że Sylwia żywo reaguje na muzykę i chętnie rozmawia na tematy muzyczne. Nie zwleka również z poruszeniem innych tematów. Po raz pierwszy nie musiałem się głowić jak zrekompensować dziewczynie jej cierpliwość w wysłuchaniu moich rozważań. 
Spotykaliśmy się niezbyt często gdyż Sylwia była zajęta przygotowaniem do matury. Udało nam się jednak jeszcze kilka razy odwiedzić Filharmonię. Tam miałem okazję przedstawić Sylwię mojemu regularnemu towarzyszowi na koncertach – Ryszardowi. Widziałem, że zaaprobował mój wybór.

Z nadejściem wiosny odwiedzaliśmy czasem Łazienki gdzie Sylwia pozorowała naukę…

Nauka

Proszę połaskotać zdjęcie myszą, może się uśmiechnie?

Podczas najbliższego spotkania z Matką opowiedziałem jej o Sylwii i zażartowałem, że jeśli Sylwia nie zda matury to się z nią ożenię – to dopiero będzie heca gdy będę chodził na wywiadówki swojej żony.
Nadeszła matura, Matka w liście wspomniała, że zapaliła w kościele świeczkę za pomyślnośc egzaminów. Zrozumiałem aluzję – tu nie chodziło o zdanie egzaminów lecz o to żebym się nie ożenił. Sylwia zdała maturę. Na cały lipiec wybierała się wraz z siostrą do Zakopanego gdzie miały zatrzymać się u wujka. Wybrałem się  więc tam i ja.

Noclegi załatwiłem sobie w wieloosobowym pokoju w Domu Turysty. Pewną niewygodą był fakt, że maksymalna długość pobytu była ograniczona do 3 dni. A więc po każdym trzecim noclegu ustawiałem się w kolejce do recepcji żeby zapisać się na nowo.
W Zakopanem przebywał również Krzysztof – chłopak Romy, siostry Sylwii. Była więc nas całkiem zgrana czwórka i przez miesiąc obeszliśmy chyba wszystkie trasy górskie dostępne dla turystów amatorów. Najbardziej pamiętna była chyba Orla Perć gdzie złapała nas gwatłowna burza z piorunami bijącymi w pobliskie szczyty górskie.

Orla Perc

W Zakopanem przytrafiła mi się również dość dziwna przygoda. Któregoś dnia spotkałem w Domu Turysty znajomego ze studiów. W Warszawie spotkałem go chyba tylko dwa razy i to przelotem, ale zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie – bardzo kulturalny, inteligentny, elokwetny. Wydaje mi się, że należał do Klubu Inteligencji Katolickiej bo poznałem go przez kolegów, którzy do KIK należeli. Teraz, wspominając te spotkania, zastanowiłem się dlaczego ja do tego klubu nie należałem? Chyba tylko dlatego, że niezbyt lubiłem kolegę, który mi o KIK wspomniał. Gdybym wtedy natrafił na tego kolegę spotkanego teraz w Zakopanem na pewno bym się zapisał.
Tym razem sprawa wyglądała dość tajemniczo. Kolega spytał czy mam następny dzień wolny. To było do uzgodnienia. Drugie pytanie brzmiało – czy mam pewne alibi na dzień wczorajszy? Miałem. W takim razie czy pomógłbym mu w odszukaniu plecaków pozostawionych ostatniej nocy na hali Ornak? To było dość dziwne, ale dzień spędzony w jego towarzystwie wydawał mi się atrakcyjnym przerywnikiem, zgodziłem się. Wtedy dorzucił jeszcze jeden, mocno podejrzany, szczegół – dostanę za to 100 zł. Co jest w tych plecakach – zapytałem. Tego nie mogę Ci powiedzieć, ale zapewniam cię, że nic ci nie grozi. Powiadomiłem dość enigmatycznie Sylwię, że następnego dnia idę z kolegą do Doliny Kościeliskiej.
Ruszyliśmy koło południa następnego dnia. U wejścia do Doliny Kościeliskiej kolega wręczyl mi obiecane 100 zł. Dość szybko doszliśmy do Hali Ornak i tu kolega zarządził dłuższą przerwę. Musimy poczekać do godziny – nie pamiętam której – wtedy zmieniają się strażnicy. Podczas oczekiwania wyjaśnił mi, że przedostatniej nocy przechodził wraz z kolegą nielegalnie przez granicę i zauważyła ich straż graniczna. Żeby uniknąć złapania porzucili plecaki, które bardzo zwalniały ucieczkę. Ot wszystko. Specjalnie przyszliśmy tu dzisiaj wcześniej żeby straż przyzwyczaiła się do naszego widoku. Kiedy straż będzie się zmieniać my szybko znajdziemy plecaki i powędrujemy jak gdyby nigdy nic w drogę powrotną. Tak też się stało. Dostałem mniejszy plecak i ugiąłem się pod jego ciężarem. Patrzyłem z podziwem na kolegę, który zarzucił sobie na plecy większy plecak. Co było w środku? To zdecydowanie nie wyglądało na sprzęt turystyczny. Doszedłem do wniosku, że to były jakieś materiały drukowane, ale nie było sensu pytać.

Lipiec dobiegał końca. Sylwia z siostrą miały spędzic następny miesiąc z rodzicami nad morzem, ja wróciłem do Kielc.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s