Uratował mnie kot – Nazaretanka w Warszawie

Wiesia Wiesia.

Moja Mama dowiedziała się od sąsiadki, która została woźną w naszej szkole, że można mnie zapisać na religię w kościele na Lesznie. Spotykałam tam raz w tygodniu prawie całą moją klasę piątą „A”, niektórzy chłopcy służyli do mszy w niedzielę. Dyrektorka szkoły nie była z tego zadowolona, mówiła na apelach, że ona dobrze wie, kto na Lesznie przebiera się w komżę i tam dzwoni. Nazwiska nie padały.
Ojciec dostał dwupokojowy lokal na Dzielnej 1 w bloku postawionym na zwale sprasowanego gruzu. Kuchnia i mniejszy pokój  od ulicy znajdowały się na trzecim piętrze, duży pokój na drugim.

Co się pod gruzami tego bloku kryje nikt nie wie do dziś, może są tam jakieś piwnice, jakieś lochy? Różnie ludzie opowiadali, na przykład, że tam ktoś ciągle szyje na maszynie. Z małego pokoju i kuchni od zachodu po horyzont ciągnęły się zwaliska, na ich szczycie tu i tam kiełkowały młode brzózki. Mimo tych zielonych brzózek gruzowisko oświetlone przez słońce na czerwono wyglądało upiornie…

Nowolipki

Powyżej – ulica Nowolipki w 1945 r.

Nocami wrzeszczały na nim koty. Od świtu do późnej nocy przez okna słychać było niekończące się stukanie w cegły. W dzień oczyszczano je ze starego wapna, a ludzie zwolnieni z pracy na czyny społeczny podawali te cegły murarzom. Wieczorami pojawiały się wszędzie światła latarek i dalej trwało stukanie. Przed wyjściem do szkoły zaczynało się chłopskie pokrzykiwanie na konie zarzężone w wozy wywożące gruzy. Było tych gruzów nie do wyobrażenia! Muranów budowano z  gruzów i na gruzie w lepkim, gęstym pyle.

Odbudowa Muranowa

Powyżej – odbudowa Muranowa.

W kuchniach mieszkań przydzielonych za darmo zainstalowano kołchoźniki, radia bez skali. Wanda Odolska na „Fali 49” wibrującym głosem ciągle coś przez kołchoźniki mówiła. W codziennej bieganinie, szykowaniu się do szkoły i czynów społecznych, bo i uczniowie TPD 11 na Nowolipiu 8 też służyli za taśmociągi, nie za bardzo wiedziałam co, zapamiętując, że istnieje jakiś Truman i robactwo reakcyjne.

Melodie i słowa pieśni nadawane przez radio podnosiły  na duchu, wpadały w ucho. Nucono je na ulicach. Hej junacy, hej chłopcy dziewczęta, do roboty, do roboty! – KLIK. Albo: zakochani w polskiej ziemi, w dymach fabryk w śpiewie hut przyszłość naszą szturmujemy w skwarny upał w groźny mróz. Nasza pieśń wesoło dzwoni, wesoło dzwoni, nasza pieśń młodości płomień
Z wypiekami na twarzy wysłuchałam przez radio audycji o młodych spadochroniarzach i Muchach szybowcach polskiej konstrukcji, a przede wszystkim tego, że mając takich spadochroniarzy i samoloty, polskie niebo jest bezpieczne, już niczego nie musimy się bać. Aktor Andrzej Łapicki poprosił do mikrofonu najmłodszego skoczka Franka, który miał dwanaście lat, tyle co ja. Na pytanie czy się nie bał wyskoczyć z Muchy odpowiedział, że nic, a nic. No proszę, a ja nie tak dawno bałam się wejść z ojcem na kopiec Kościuszki, płakałam i trzymałam się trawy.

Anka Borkowska, Kielce, siostry Nazaretanki oraz Tadusz Gajl, który zamiast na lekcjach uważać rysował pod ławką pozostali gdzieś za mgłą. Teraz moją przyjaciółką, z którą siedziałam i mieszkała w bloku naprzeciwko mojego przy Nowolipkach, w jednopokojowym mieszkaniu z wnęką na kuchnię była Malina Marcinkowska. Jej mama Janina Marcinkowska z domu Wiłkomirska pracowała w Polskim Radio, jako tłumaczka francuskiego i niemieckiego. Ojca Malina nie miała. Został zabity w Katyniu. Co za zbieg okoliczności, pomyślałam, kiedy się od niej o tym dowiedziałam ot, tak, po prostu, bez tajemnicy. Kto w Katyniu zabijał, dla mnie i dla Maliny było wtedy oczywiste – Niemcy. Całe dni przebywałyśmy razem, czasem nawet Malina u mnie spała. Oczy miała stalowo – niebieskie, jeszcze bardziej, niż Anka przenikliwe, włosy ciemny blond zaplecione w dwa grube warkocze, nie było od niej ładniejszej w klasie. Ja miałam zęby krzywe na górze z przedziałkiem pośrodku, ona piękne. Za to na dole Malina miała krzywe zęby, ja równiutkie. Pasowałyśmy do siebie. Nadałyśmy sobie pseudonimy: Sowa i Puchacz. W klasie był chłopak, który tak jak Tadzik Gajl rysował i rysował. Nazywał się Bartek Biełyszew (*), chyba nie skończył muranowskiej podstawówki. Mówiono, że z rodzicami, związanymi z Białą Gwardią wyjechał do Francji.

Tramwaj

 

Pewnego dnia kiedy jechałam autobusem 111 kursującym Nowolipkami, konduktorka sprzedała mi bilet, autobus ruszył, ale najechał na coś i się mocno zachwiał. Rozległ się przeraźliwy krzyk, którego nigdy nie słyszałam aj waj! Jakiś starszy pan nadepnął innemu na nogę. Nastała dziwna, zupełnie niezrozumiała, wstydliwa cisza. Zakłopotana, Bóg wie dlaczego, nie śmiałam spojrzeć na pana, który krzyknął i na tego, który nadepnął. Czułam, że byłby to niestosowne.

Tramwaj na Muranowie podczas okupacji.

Groźna z pozoru dyrektorka szkoły Janina Puchalska szybko mnie polubiła. Nie była duża, ale miała donośny głos. Kiedy szła mocno stukała grubymi, drewnianymi obcasami. Z daleka słyszeliśmy, że się zbliża. Uczyła nas polskiego.
Miała być akademia, na lekcjach przygotowaliśmy inscenizację. Dyrektorka kazała mi wejść na stolik nauczycielski, a potem jeszcze na postawiony na nim taboret, dwóch chłopaków klęczało niżej, jeden z tekturowym sierpem, drugi z tekturowym młotem. Ja trzymałam ręce do góry i machałam dwoma chorągwiami czerwoną i biało-czerwoną. Przedstawiałam Polskę, oni robotnika i chłopa, reszta zgromadzonej wokół nas klasy lud pracujący. Recytowałam: tam pod Smoleńskiem zaczął się bój, który cię zawiódł do Polski, do miasta, w którym dom stoi twój, dom twój spalony na Wolskiej. Klasa nuciła: ci co zginęli żyją w legendzie, w legendzie męstwa i sławy i już przez wieki powtarzać będziem naprzód mściciele Warszawy.

Dyktando napisałam bezbłędnie tylko ja jedna. Dyrektorka sięgnęła do dziennika i sprawdzała moje stopnie z innych przedmiotów. Jeszcze szło mi wszystko bardzo dobrze.
Będziesz przewodniczącą klasy – oświadczyła – jest sprzeciw? Zaległa cisza. No to mamy przewodniczącą.
O obowiązkach wie? – zwróciła się do mnie. Pokręciłam głową, że nie. Usłyszałam, że mam wietrzyć klasę na przerwach, odnosić dziennik do pokoju nauczycielskiego, a przede wszystkim zapisywać tych, którzy bimbają sobie z nauki i źle zachowują się na lekcjach. Nie wiedziałam, czy podołam.
Na przerwie chłopcy zaczęli mnie szarpać za warkocze zawiązane na końcach gumkami z biedronką. – Taka mądrala, a pluskwy we włosach nosi – wyśmiewali się ze mnie. Pluskiew na Muranowie było wszędzie pełno, ludzie mówili, ze wyłażą wygłodzone z cegieł. 
Drzwi do klasy piątej znajdowały się na pierwszym piętrze, na krużganku otaczającym hall. Stamtąd prowadziły na górę szerokie drewniane schody z toczonymi dębowymi barierkami. Popchnęłam na tych schodach Wojtka Kominka, jak mi się wydawało, jednego z napastników, który niczemu nie był winien, sam był prześladowany. Spadł tłukąc okulary o wyjątkowo grubych szkłach.

Wywiązywałam się solennie z obowiązków nałożonych przez dyrektorkę. Notes się zapełniał. Pewnego dnia kilku chłopców przyniosło do szkoły metalowe rurki, ładowali w nie kulki z bibuły, wcześniej namoczone w atramencie z kałamarzy i mocno wydmuchiwali. Najczęściej trafiali w głowy i plecy dziewcząt. Kilka kulek plasnęło w tablicę, parę w wiszące nad tablicą portrety. Chociaż chciałam być dokładna, nie zauważyłam który gdzie trafia, nie nadążałam. Oj, zwłaszcza za trafienia w portrety zaczęła się awantura. Pani dyrektor groziła, że sprawa mogłaby się oprzeć o milicję, gdyby ktoś z poza szkoły się dowiedział. A mnie się oberwało za gapiostwo – jeśli nie chcesz stracić mojego zaufania, bądź bardziej spostrzegawcza – dostałam upomnienie, ale całkiem spokojnym głosem. Wszyscy zapisani przeze mnie, dostali uwagi w dzienniczkach i musieli przyjść do szkoły z rodzicami.
Postanowiłam do mojej funkcji przewodniczącej przyłożyć się bardziej. Pani dyrektor, jako nasza wychowawczyni, dowiadywała się ode mnie kto, kiedy z czego nie odrobił lekcji, chodził w szkole w butach, przezywał, ściągał, rzucał ścierką w panią woźną, jadł na lekcjach, albo wywoływany przez higienistkę do szkolnego dentysty schował się pod ławkę i nie poszedł.

Przypomniałam sobie, że w Nazarecie nie wolno było Tadzikowi Gajlowi na lekcjach rysować, więc zapisałam, że Biełyszew ciągle rysuje, dodając, że rysuje ładnie. Dyrektorka poprosiła Bartka, żeby podał jej rysunki, pokazał między innymi całą serię jej portretów. Oddała mu je bez słowa. Najczęściej zapisywanych w notesie trzech chłopaków postanowiło mnie zabić. Słyszałam, jak się namawiali. Najbardziej zacięty był najsilniejszy w klasie. Nieraz brzydko się wyrażał, mówił świńskie wierszyki, poza dyrektor Puchalską nauczyciele nie za bardzo zwracali mu uwagę, ponieważ jego ojciec był murarzem, przodownikiem pracy. Wyraźnie lubiła go pani od geografii, która używała dziwnego języka, mówiła na przykład do nas tak Chyny jako take załugujo na szczególne uwagie , ale się przyzwyczaiłam. Z tego przedmiotu też dostawałam piątki. Geografia była wtedy ostatnią lekcją, ale wiedziałam, od geograficzki nie dostanę obrony. Postanowiłam: trudno, zginę za prawdę. Ze szkoły do domu nie było daleko, chodziliśmy na skróty przez budujące się bloki  i wykopy, chłopcy z rusztowań rzucali we mnie cegłami. Uratował mnie kot. Rzucili, trafili i leżał martwy. Dali spokój z cegłami, ale za każdy wpis do notesu dźgali mnie potem cyrklem. Jeden wpis, jedno dźgnięcie.

*. Bartek Biełyszew, który dużo rysował  – to chyba ten – KLIK

PS. Wszystkie zdjęcia, linki i przypisy dodane przez Lecha.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s