Studia – na pełnym morzu

Lech  Lech

Po wakacjach 1960 roku wrócilem do akademika. Kolega działający w akademickim radiowęźle zaproponował mi żebym zamieszkał z nim w 2-osobowym pokoju. Zgodziłem się.

Trzeci rok studiów. Zanim przejdę do studiów mała dygresja –  w akademiku była sala telewizyjna i miałem tam okazję obejrzeć kilka relacji z olimpiady w Rzymie. To było duże rozczarowanie. Sport odarty z dramatyzmu inscenizowanego przez utalentowanych sprawozdawców sportowych pism utracił wiele uroku. Obraz nie dorównywał słowom.
Co innego mecz lekkoatletyczny Polska-NRF rozegrany na Stadionie X-lecia – KLIK. Oglądałem go razem z moim partnerem do słuchania muzyki – Ryśkiem K. Szybkie tempo imprezy – pełen program olimpijski w ciągu niespełna 3 godzin – bezpośrednia rywalizacja drużynowa, wypełniony do ostatniego miejsca stadion. To były niezapomniane emocje. Polska zdecydowanie wygrała. Z nieoficjalnych kanałów dochodziły informacje, że Polski Związek Lekkiej Atletyki nie zgodził się na rozegranie podobnego meczu z drużyną NRD. Uzasadnienie – za słaby przeciwnik. 10 lat później to NRD nie mogło znaleźć w Europie równorzędnego przeciwnika.

Na trzecim roku studiów do głosu doszła moja specjalizacja – studia inżynieryjno-ekonomiczne. Nasza katedra znajdowała się na końcu korytarza w północnym skrzydle budynku. Przed drzwiami sekretariatu zawsze wysiadywała gromadka rozplotkowanych studentów. Pierwsza informacja o mojej specjalizacji była dla mnie szokująca – katedra jest całkowicie opanowana przez Żydów!
Nie rozumiałem co to może znaczyć. Zawsze wydawało mi się, że w Polsce żyją tylko Polacy. Pisząc o wakacjach 1959 roku wspomniałem jakim zaskoczeniem było dla mnie napotkanie ludzi, którzy uważali się za Niemców. Ale przecież pracownicy mojej katedry nie kwestionowali swojej polskości. Zignorowałem więc ten komentarz. Dopiero w 1968 roku zdałem sobie sprawę, że niektórzy Polacy mieli problem.

Kierownikiem katedry był profesor Chajtman – KLIK. Wykładał główny przedmiot – organizacja w przemyśle maszynowym. Ten przedmiot budził we mnie poważne wątpliwości. Profesor wielokrotnie podkreślał, że organizacja jest nauką z czym trudno było mi się zgodzić. Nauka to było dla mnie coś gdzie niewiele się gadało a wnioski były wynikiem obliczeń. Zaś organizacja… pionier tej dyscypliny – H. Emerson – KLIK – zasłynął z 12 zasad. Pierwsza zasada – cel jasny i prosty. Uporządkowany zbiór truizmów – to miała być nauka? Trochę lepsze wrażenie robił F.W. Taylor – KLIK. Oto cytat ze zlinkowanej strony: „Ustalając dokładnie wszystkie szczegóły procesu ładowania przez robotników surówki żelaza na wagony m.in. kształt szufli, długość trzonka, kąt nachylenia łopaty przy nabieraniu surówki i jej wychylenia przy wyrzucaniu na wagon, a nawet sposób ustawienia stóp pracownika doprowadził do 3,8-krotnego zwiększenia wydajności pracy ładowaczy„. To było imponujące. Zakładam, że ładowacz osiągał ten efekt przy niezwiększonym wysiłku. Dla mnie to była racjonalizacja pracy, o której tyle się nasłuchałem na kronikach filmowych – Pstrowski, Saja, Kolesow. Ale przecież nie nauka. Efektem tayloryzmu była praca przy taśmie. Rozbicie procesu budowy na elementy, które można a nawet trzeba wykonywać całkiem bezmyślnie. To pasowało do dzikiego kapitalizmu z opowiadań Jacka Londona, ale u nas człowiek miało brzmieć dumnie.
Osobna sprawa do arogancja z jaką Taylor traktuje pracowników – większość robotników nie rozumie czynności, którą wykonują, powtarzają bezmyślnie przekazane im przez kogoś procedury – patrz anglojęzyczna strona wikipedii.
Na marginesie wspomnę, że podobną arogancję wykazałem również i ja gdy po wielu rozterkach znalazłem wreszcie swoje powołanie.
Poznaliśmy różne techniki obserwacji i analizy pracy. To było nawet ciekawe. W wielu przypadkach usprawnienia były oczywiste. Osobnym tematem była motywacja pracowników zredukowana do systemu płacy – akord i róźne jego odmiany. To również było oczywiste, ale jak to się miało do zasady każdemu według potrzeb?  Czy nasz, wykształcony w ZSRR profesor, nie widział tej sprzeczności?

Inne istotne przedmioty to rachunkowość wykładana przez profesora Haendla i ekonomia, z której ćwiczenia prowadził dr M. Weiss. Podstawą był Kapitał Marksa. Ekonomia kapitalizmu to było coś oczywistego. Oczywistego jak akord i praca przy taśmie. Ekonomia socjalizmu wyglądała przy niej jak zbiór dobrych intencji.

Na trzecim roku musieliśmy wykonac t.zw. przejściówkę czyli spory projekt. To był mój ostatni kontakt z inżynierią. Większość kolegów wybrało dźwignice czyli obliczenie sił i naprężeń w przęśle mostu czy ramieniu dźwigu. To mnie nawet trochę kusiło gdyż pozwalało wykorzystać graficzną metodę obliczeń o dźwięcznej nazwie Cremona – KLIK

krzyz maltanskiJeszcze bardziej jednak kusiła mnie teoria mechanizmów i maszyn. To była dla mnie kwintesencja inżynierii – poznanie i zrozumienie zasad funkcjonowania tak zmyślnych mechanizmów jak czółenko tkackie, korbowód, zamek karabinu czy krzyż maltański.
Krzyż Maltański? Jakichże to maszyn używali dzielni rycerze krzyżowi? Nie o krucjaty tu jednak chodziło tylko o kinematografię. Żeby przy pomocy aparatu fotograficznego stworzyć złudzenie ruchu należy wykonać całą serię fotografii. Serię fotografii – czyli trzeba przesunąć taśmę filmową, zrobić zdjęcie, przesunąć taśmę… i tak dalej 10 klatek na sekundę. To samo trzeba wykonać przy projekcji filmu. Kamery filmowe i projektory napędzane są silnikiem, który kręci szpulę z taśmą. Czyli silnik musi się zatrzymać 10 razy na sekundę. Jak to zrobić? Mechanizm krzyża maltańskiego pozwala przesuwać i zatrzymywać taśmę podczas gdy silnik kręci się ze stałą prękością – proszę kliknąć w zdjęcie krzyża żeby zobaczyć jak.
Analiza działania tego mechanizmu była przedmiotem mojej przejściówki robionej pod kierownictwem docenta A. Olędzkiego – KLIK. Współpracowało nam się dobrze, docent Olędzki był osobą o wysokiej kulturze osobistej i świetnym poczuciu humoru. Niestety projekt zakończył się niepowodzeniem. Wszystko szło dobrze aż do momentu kiedy trzeba było wykonać pomiary naprężeń w zmodyfikowanej przez mojego promotora konstrukcji krzyża. W tym celu pojechałem do zakładu techniki filmowej w Łodzi gdzie mieli prototyp mechanizmu. Zapomniałem o wspomnianej nie tak dawno regule, że metoda badania musi być delikatniejsza niż badany obiekt i prototyp rozleciał się na kawałki. Docent Olędzki bardzo zdenerwował się tą wiadomością a ja tak się speszyłem, że zacząłem go unikać. Nadszedł koniec semestru i nieuniknione konsekwecje – przejściówka niezaliczona. Dostałem warunkową rejestrację na następny semestr. Tym razem już nie eksperymentowałem – wybrałem przejściówkę z dźwignic. Po jakimś czasie spotkałem doc. Olędzkiego na korytarzu – co się z panem stało? – zapytał – przecież miał pan właściwie skończony projekt. Wystarczyło dopisać końcowe wnioski i bym go panu zaliczył. Z tej niezdolności przyznania się do niepowodzenia wyleczyłem się dopiero w Australii.
Przejściówkę z dźwignic zrobiłem z łatwością, ale pierwszy wyłom w ciągłości studiów został dokonany, w ciągu następnych 18 miesięcy jakoś zgubiłem jeden rok.  

A tymczasem w USA…
Listy od Matki otrzymywałem co dwa tygodnie. Jej relacje nie były zbyt radosne. Ciocia Krysia przeżywała kryzys psychiczny. Złożyło się na to wiele czynników – brak dzieci, brak bliskiego kontaktu z mężem, poczucie osamotnienia. Ciocia poznała swojego obecnego męża – Janka – w Teheranie. Pochodził z Baranowicz, wraz z rodziną wyemigrował przed wojną do USA, w czasie wojny powołano go do wojska. Ciocia dotarła do Teheranu z armią Andersa po prawie 2 latach sowieckiego wiezienia i łagru. Okoliczności sprzyjały rozkwitnięciu uczucia. Pobrali się. Po zakończeniu wojny wrócili do USA. Janek był dokonałym piekarzem a gdy pojawiła się astma został cieślą na budowach. Ciocia pracowała jako urzędniczka w liniach lotniczych. Szybko kupili dom – nadszedł czas stabilizacji. Janek pasował do USA – wesoły, beztroski, towarzyski, interesował się baseballem i amerykańskim rugby. Ciocia była jego przeciwieństwem. 
Matka skarżyła się na całonocne smutne rozmowy a właściwie wysłuchiwanie żalów Cioci.
Ciocia z mężem mieli sporo znajomych Polaków, ale według Matki było to bardzo nieciekawe towarzystwo. Nie obyło się bez próby wyswatania Matki za jakiegoś samotnego Polonusa. Już tęsknię do swoich koleżanek z pracy i wyziębionego domku w Kielcach, pisała Matka.

W listach naogół orzymywałem banknot 5 dolarowy. To było istotne gdyż w związku z opóźnieniami na studiach utraciłem stypendium.

Zbliżało się Boże Narodzenie i dość późno zorientowałem się, że nie mam żadnego planu na spędzenie ferii zimowych. Związek Studentów Polskich (ZSP) organizował wczasy zimowe, ale przespałem termin składania podań. Znalazłem wczasy narciarskie organizowane przez PTTK w Łopusznej koło Nowego Targu. Wprawdzie marzyło mi się Zakopane, ale Święta się zbliżały nie było co przebierać. Na wczasach spotkałem chyba dwóch rówieśników. Reszta to młodzi ludzie po studiach, głównie z Krakowa i Łodzi. Warunki śniegowe były bardzo słabe. Pierwszego dnia wybrałem się pieszo w góry i znalazłem niewielką polanę z dobrą pokrywą śniegu. Następnego dnia zaprowadziłem tam całą grupę i to było nasze miejsce ćwiczeń narciarskich. Polana była oddalona dobrą godzinę marszu od schroniska. Na szczęście było to takie pustkowie, że zostawialiśmy narty ukryte wśród drzew i nie musieliśmy ich codziennie dźwigać. Naszym instruktorem był Marek Tarnowski z Krakowa. Cóż to był za cudowny narciarz i człowiek – KLIK.

Pod koniec zimy Matka wróciła do Polski, nieco wcześniej niż planowano. Bardzo zeszczuplała, była pełna energii. Pierwsza sprawa, znalezienie pracy trwało ponad 2 tygodnie. Potem wszystko wróciło do normy.
Wakacje 1961 roku – jeden miesiąc – praktyka w Warszawskiej Fabryce Motocylki (WFM). Pracowaliśmy w dziale normowania i tam miałem okazję zastosować w praktyce naukowe metody analizy pracy. Nasi opiekunowie nie kryli, że nasza pomoc była bardzo przydatna. Wy sobie za miesiąc pójdziecie, gdybyśmy my to robili to robotnicy pamiętali by nas przez długi czas i nie bylibyśmy bezpieczni. 

Drugi miesiąc wakacji spędziłem głównie w Kielcach z Matką.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s