Jak się za młodu ożeniłem

 Tadeusz
Wakacje po pierwszym roku zaczęły się podczas przerwy międzysemestralnej. Po pierwszym semestrze pod koniec marca 1961 postanowiłem jechać do Kielc bezpośrednim nocnym pociągiem. Na dworcu Łódź Kaliska byłem z kolegą. Bardzo nam się spodobała przechodząca dziewczyna. Czekając na peronie łatwo nawiązać rozmowę. No więc nawiązaliśmy. Także do Kielc jechała, studentka politechniki. Nadjechał pociąg jak zwykle bardzo przepełniony. Wcisnęliśmy się na korytarz, stanęliśmy przy oknie. Podczas rozmowy dziewczyna wyraźnie ignorowała kolegę mimo, że miał ze sobą gitarę. My dwoje mieliśmy sobie jakby więcej do powiedzenia. Kolega wyraźnie czuł się lekceważony. Ze złości ściągnął mi z głowy beret by pokazać, że jestem łysawy facet. Ale to nie pomogło, dziewczyna nadal mnie wolała. Kolega w końcu poszedł szukać jakiegoś miejsca do siedzenia i już nie wrócił. Gdy konduktor sprawdzał bilety powiedział do dziewczyny, że ona ma bilet 1 klasy, a tam są miejsca wolne. Ale nie chciała iść. I tak rozmawialiśmy stojąc aż do rana, do samych Kielc. Dla niej to był strzał Amora w samą dziesiątkę. Moja miłość dojrzewała dużo wolniej. Dopiero po trzech miesiącach wzięliśmy ślub. Zanim do niego doszło spotykaliśmy się w Kielcach i w Łodzi, rozmowom nie było końca, wyraźnie pasowaliśmy do siebie. Gdy mamie powiedziałem o małżeńskich planach to wpadła w rozpacz – jestem jeszcze dziecko, 21 lat, bez zawodu, dopiero zaczęte studia. Ciocia Jadzia podeszła do sprawy inaczej – będzie z jedną, a nie z wieloma, będzie pilnowany, może tak będzie lepiej. Przekonała mamę. Rodzice dziewczyny byli w trakcie przeprowadzki z Kielc do Krakowa, i mam wrażenie, że niezbyt się córką interesowali, matka była jeszcze w starym mieszkaniu, ojciec już w nowym. Poznałem trzech szwagrów, od najstarszego – 19 lat – nawet buty na ślub pożyczyłem. Ślub był dość skromny – tylko para młoda i świadkowie: koleżanka mamy i Ostaś

(zabawne, że wyciąg z aktu ślubu podpisała Jadwiga Tobera, ta sama, która była naszym świadkiem). Ze strony żony nikogo. Wesele w tym samym składzie czyli obiad w restauracji.


A potem wsiedliśmy do pociągu, bilety z tego przejazdu to właściwie jedyna pamiątka ślubna. W Krakowie na dworcu poznałem zupełnie nowiutkiego teścia. Inżynier kolejowy, vicedyrektor krakowskiej DOKP – to dlatego Eliza miała ulgę 80% na PKP. Załatwił nam apartament poślubny na dworcu Kraków Główny. To był służbowy pokój gościnny. Przez okno zaglądał do nas zegar dworcowy z podświetlaną tarczą, słychać było zapowiedzi pociągów. Przez prawie dwa tygodnie zwiedzaliśmy miasto, chodziliśmy do teatrów, spacerowaliśmy po ulicach Krakowa, jakiego już nie ma – romantyczny, nieco senny Rynek, żadnych turystów, popękane tynki na domach, zapuszczone podwórka starych kamieniczek, nostalgiczny nastrój Krakowa sprzed wojen. Byliśmy też z teściem na drugim weselu u Wierzynka.
Dalszy ciąg miesiąca miodowego spędziliśmy w Noclegowni Drużyn Konduktorskich w Zakopanem. Noclegownia była prawdziwa, ale tylko na parterze i I piętrze, na II były pokoje dla dyrekcji. Pierwszy raz wędrowałem po tatrzańskich szlakach, nie wchodziliśmy jednak na szczyty, bardziej od wyczynowych działań zajmowała nas kontemplacja krajobrazu i my w nim. To były wspaniałe chwile, dni, pogoda też nas rozpieszczała. Na trzecim weselu byliśmy już sami i za swoje pieniądze u Poraja na smażonych rydzach – smakowite cudo to było. W tamtych latach restauracja Poraja nie była aż tak snobistyczna jak obecnie, a więc i nie tak droga.
Sporo czasu zajmowały nam dyskusje przeradzające się niekiedy w kłótnie –  wciąż o te same problemy – co ważniejsze: miłość czy rozum, co lepsze: poezja czy proza. Przez następne lata szliśmy wedle tych własnych priorytetów – żona rzuciła studia i zdała się na mnie całkowicie, a ja wsiąkłem w prozę rzetelnego studiowania i pracy. 
Teść stanął na wysokości zadania i znalazł dla nas mieszkanie w Łodzi, dokładniej to pokój na poddaszu małego domku jednorodzinnego na przedmieściach – dzielnica Stoki, ulica Skalna. I nawet za pierwsze miesiące zapłacił – to była pierwsza pomoc finansowa z jego strony, na drugą to musieliśmy poczekać kilka lat.  

Lech

Lech wtrąca swoje trzy grosze.
Uważni czytelnicy pewnie spostrzegli – dzisiaj – 13 lipca – wypada kolejna rocznica tego wydarzenia. Fakt, że ten wpis został opublikowany właśnie w rocznicowym dniu jest absolutnym zbiegiem okoliczności.
Gratuluję Wam Tadku i Elizo tylu pięknych lat razem i życzę żeby nachodzące lata obfitowały w same pomyślne zbiegi okoliczności.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s