Przyjedź mamo na przysięgę

Lech

Wakacje 1960 roku. W lipcu pojechałem na wyprawę rowerową. Moim towarzyszem był Marek K. kolega z sekcji pływackiej. Potrzebny ekwipunek zapakowałem do plecaka, który przywiązałem sznurkiem do bagażnika. Najpierw musiałem dojechać sam do Łodzi, tam miał do mnie dołączyć Marek. Dystans trochę ponad 150 km. Postanowiłem rozbić to na 2 etapy, pierwszy do Piotrkowa Trybunalskiego.
Po godzinie złapał mnie silny deszcz. W tych czasach nie istniały plastikowe torby czy płachty, założyłem brezentowy skafander, plecak był tylko trochę nieprzemakalny. Na dodatek pojawiły się dość strome wzniesienia. Przypominam – rower nie miał przerzutki. Po drugiej godzinie jazdy miałem już tego dosyć. Przejeżdżałem przez jakąś wioskę, pamiętając doświadczenia sprzed 2 lat zapukałem do pierwszej z brzegu chaty – gospodarzu, a nie macie tam czasem mleka?
Gospodarz spojrzał na mnie spode łba – a co to do mnie pukacie, czy tu bar mleczny czy co?
Czy to czasy tak się zmieniły czy może Dziecko Komuny nie powinno oczekiwać, że będzie traktowane tak jak przedwojenna Pani?
W rezultacie postanowiłm zakończyć etap w Końskich, zaledwie 50 km od startu. Nawet nie próbowałem szukać noclegu w stodole, znalazłem miejsce w hotelu, znalazłem bar mleczny. Po odpoczynku poszedłem do kina gdzie wyświetlali właśnie film – Do widzenia, do jutra – KLIK. W tym filmie również jakieś dziecko komuny nie miało szans. Ogarnęły mnie wątpliwości na temat tej wyprawy i całego mojego losu. Dzień dłużył się niesamowicie.

Następnego dnia zaświeciło słońce, postanowiłem jechać ile dam radę, może aż do Łodzi – 105 km. Połykając kilometry nie zatrzymałem się w Piotrkowie Trybunalskim, pedałowałem aż na horyzoncie pokazały się zabudowania Łodzi a przy szosie zauważyłem stodołę z napisem – Autostop – Noclegi.
To było coś nowego – autostop zmienił oblicze. Gospodyni spojrzała na mnie podejrzliwie – a pan nie autostopowicz. Zdziwiło mnie to, wydawało mi się, że zwiedzanie Polski na rowerze powinno budzić większy respekt niż jazda samochodem na łebka. Na szczęście miałem również książeczkę autostopu, to rozwiało wątpliwości. Gospodyni zabierała książeczkę na czas pobytu. Nie pamiętam czy pobierała opłaty za nocleg w stodole natomiast pobierała je za skromną kolację. Skorzystałem, nogi się pode mną uginały.
Z dalszej jazdy pamiętam bardzo mało. Spojrzałem na mapę i przypomniały mi się główne punkty na trasie: Turek-Konin-Września-Gniezno-Bydgoszcz i dalej, do Gdańska. Jedynym miejscem, którego zwiedzanie pamiętam to katedra gnieźnieńska. Cały czas zajmowała jazda i odpoczynek. Z noclegami w stodołach nie było żadnych problemów. Na szosach było dość pusto i raczej bezpiecznie. Nie spotkaliśmy rowerzystów podobnych do nas. W Gdańsku Marek kończył swoją jazdę, pozostawał tu na jakiś czas u swojej cioci. Ja pojechałem do Sopotu i przenocowałem u znanego dobrze z poprzednich wakacji stryja Władka. Minęło zaledwie 3 lata od moich ostatnich wakacji w Sopocie, ale wydało mi się, ze miasto bardzo się zmieniło na niekorzyść. Wszędzie tłok. Mimo zaproszenia stryja nie zostałem tu dłużej. Następnego dnia pojechałem w stronę Kaszub. Tam odwiedziłem ciocię Stasię. Nie pamiętam ani nazwy miejscowości ani jakiego rodzaju była to instytucja, musiała mieć jakieś powiązania z seminarium duchownym gdyż pamiętam dobrze wyposażona bibliotekę i ciekawe dyskusje z księżmi. W bibliotece były roczniki Tygodnika Powszechnego a w nich felietony Stefana Kisielewskiego, które bardzo przypadły mi do gustu.
Droga powrotne do Kielc również nie pozostawiła żadnych wspomnień. W sumie przejechałem blisko 1,800 km. Po kilku dniach odpoczynku w Kielcach pojechałem do Rzeszowa na obóz wojskowy.

To do tego miesiąca ćwiczeń wojskowych odnosi się tytuł wpisu. Jest to również tytuł piosenki zespołu Trubadurzy – KLIK.

Do Rzeszowa przyjechałem pociągiem o wczesnym świcie. Na dworcu spotkałem wielu kolegów. O 7 rano stanęliśmy przed bramą jednostki wojsk samochodowych. Dostaliśmy mundury, oddaliśmy swój dobytek do magazynu. Podzielono nas na plutony – pluton liczył około 20 osób. Nasz pluton miał dwóch dowódców – sierżanta Gibadło i kaprala Słowika.
– Kapralu Słowik, dajcie no tym studentom taką szkołę żeby śpiewali jak słowiki – powiedział dowódca jednostki.
– Rozkaz obywatelu pułkowniku!
Pierwszym zadaniem było przygotowanie sobie łóżek. Kapral Słowik pokazał nam jak ma wyglądać żołnierskie łóżko. Siennik wypchany bardzo dokładnie słomą miał być prosty i kanciasty jak pudełko od zapałek. Do tego twardy jak kamień. Dostaliśmy puste wory sienników żeby je napełnić słomą. Uwaga – brać tylko suchą słomę. W magazynie trochę przecieka, tej mokrej słomy pod żadnym pozorem nie brać. Suchej słomy było jak na lekarstwo. Wpychaliśmy do sienników co wpadło w ręce starając się żeby na powierzchni kłaść względnie suchą słomę. Dowódcy stali w drzwiach i poganiali. Ledwie zanieśliśmy sienniki do sypialni usłyszeliśmy rozkaz – sprzątanie terenu. Klatka schodowa i korytarze były zasypane kawałkami słomy. Zamietliśmy, pospieszylismy do sypialni – wszystkie łóżka były puste. Żaden siennik nie spełniał wymagań i dowódcy wyrzucili je przez okno. Przez następne kilka godzin na przemian wnosiliśmy sienniki na górę i sprzątaliśmy klatkę schodową. Myślę, że to wielokrotne wyrzucanie sienników przez okno przyspieszyło wysychanie mokrej słomy. W międzyczasie dostaliśmy obiad. Wszyscy bylo okropnie zmęczeni. Ktoś obznajmiony z wojskowymi praktykami pocieszył nas, że to nie może trwać dłużej niż do 10 wieczorem. Przed 10 odbywa się apel wieczorny, potem toaleta i punktualnie o 10 wojsko musi spać. Czekaliśmy więc tego apelu jak zbawienia. Kapral Słowik szkolił nas jak należy w wojsku spać. Zarówno kładzenie się do łóżka jak i wstawanie z niego odbywało się na trzy tempa.
Wstawanie:
1. komenda – Pobudka – usiąść w łóżku.
2. komenda – pobudka – odwinąć koc i spuścić stopy na podłogę.
3. komenda – wstać – stanąć przy łózku.
Kładzenie się:
1. komenda – Na komendę – stanąć przy łóżku.
2. komenda – do łóżka – odchylić koc i usiąść na łóżku trzymając stopy na podłodze.
3. komenda – spać – położyć się na wznak i nakryć kocem.
Teraz, wcześniej wyznaczona osoba musiała odśpiewać capsztyk. Purystów językowych proszę o niezabieranie głosu. Tu nie ma pomyłki – w latach 1960-63 w wojsku odśpiewywało się CAPSZTYK i basta! Wyznaczony kolega stawał na krześle i śpiewał wątłym głosem – caaaaaaaapsztyk. Następnie kładł się do łóżka a kapral Słowik dodawał jeszcze swoją własną komendę: w prawo zwrot! Prawa ręka na sercu, lewa ręka na sęku. Gasił światło i wychodził.
Byliśmy tak zmęczeni, że każdy natychmiast zasnął. Po kilku minutach obudził nas huk otwieranych gwałtownie drzwi, zapalone światło i komenda: pobudka-pobudka-wstać! Sprzątanie terenu! Oczywiście – wojsko musi o 22 iść spać, ale porządek musi jednak być. Po godzinie wróciliśmy do łóżek, ale wezwano nas do sprzątania jeszcze dwa razy tej nocy.

Pobudka poranna o 6, kilkanaście minut później półgodzinna gimnastyka poranna. Trudno to było nazwać gimnastyką. Po kilku wymachach ramion ustawialiśmy się czwórkami i biegaliśmy wokół placu alarmowego. Po gimnastyce toaleta poranna. Po powrocie do sypialni okazało się, że kilka łóżek straciło przez noc swój regulaminowy wygląd – sienniki wyleciały przez okno. Znowu upychanie sienników i sprzątanie terenu. Na szczęście o 8 zaczynały się zajęcia.
Kapral Słowik narzekał – to żadne wojsko – rekrut musi ćwiczony minimum pół roku, bez żadnych przerw, inaczej to jest zabawa.
– E tam wojsko, wojsko, to i tak ruskie wojsko – odpowiadali niektórzy.
– Ruskie, polskie czy carskie, dla chłopa ze wsi to żadna różnica – odcinał się kapral.
Czas wolny po zajęciach zajmowało nam nieustanne porządkowanie terenu. Już po dwóch dniach rozpracowaliśmy system. Trzeba było mieć zawsze przy sobie jakąś szmatę. Gdy wpadał któryś z dowódców trzeba było udawać, że się coś wyciera. Dobrym miejscem była klatka schodowa gdyż był czas na zajęcie właściwej pozycji. Najlepszym miejscem była ubikacja. Tu należało mieć pod ręką wiadro pełne wody. Ilekroć ktoś wchodził chlustało się tą wodą pod nogi przybysza – nikt nie miał wątpliwości, że tu robota wre. Byle do przysięgi –  mówili lepiej poinformowani.

Po dwóch dniach kilku kolegów rzuciło propozycję, że sami poprowadzimy gimnastykę poranną – pokażemy im bezsens tego biegania w kółko. Propozycja została przyjęta entuzjastycznie. Ku naszemu zaskoczeniu dowództwo przychyliło się do naszej prośby. Następnego dnia inicjator pomysłu przejął komendę. Wymachy ramion, skłony, przysiady. Niestety wielu kolegów tylko markowało ćwiczenia, nie trzymali tempa, niektórzy nie ćwiczyli wcale. Po kilku minutach prowadzący ćwiczenia zaciął się. – Chłopaki, co teraz? – padło kilka propozycji, ale generalnie zapanowało zupełne rozprzężenie.
– Kompania, na moją komendę – w czwórki w prawo zwrot! Biegiem naprzód – marsz! – zakomenderował kapral Słowik. Wszyscy równo wykonali rozkaz. Nikt już nie zgłaszał żadnych inicjatyw.

Wreszcie nadszedł dzień przysięgi. Już od kilku dni poświęcaliśmy wiele czasu na musztrę, parady i krok defiladowy.
– Chłopaki – pamiętajcie, podczas przysięgi, przed każdym zdaniem mówcie po cichu – nie – radzili domorośli eksperci.
Sama ceremonia nie pozostawiła zadnych wrażeń. Nasi bezpośredni dowódcy dziwili się, że na przysięgi nie przyjechali nasi najbliźsi.
– Przysięga, to przysięga. Dopiero po przysiędze człowiek ma prawdziwy honor i nikt mu nie ubliży. To jest bardzo ważny dzień, ważniejszy niż bierzmowanie.
– Człowiek ma zawsze honor – oponowaliśmy.
Kapral Słowik i sierżant Gibadło kręcili z powątpiewaniem głowami – nie macie pojęcia jacy ludzie sa ciemni i niepozbierani. Dopiero w wojsku uczą się jak się przedstawić, jak utrzymać rzeczy osobiste w porządku, że trzeba mieć plan dnia, że na pytania trzeba odpowiadać krótko i na temat.
Honor – wyście wszyscy tacy honorowi a niech tylko kula świśnie nad głową to każdy tylko o swojej d… myśli. Człowiek musi dostać dobrze w kość żeby wykonał rozkaz w każdych warunkach.

Po przysiędze wszyscy dostaliśmy przepustki. Ruszyliśmy ławą do miasta. Po chwili potworzyły się mniejsze grupki, które zakotwiczyły się w mijanych kawiarniach i restauracjach. Piliśmy wino, zerkaliśmy na siedzące przy sąsiednich stolikach dziewczęta. Niektórzy ruszyli do tańca. Powrócili do stolików z informacją, że cały Rzeszów wie o naszej przysiędze, wszystkie dziewczyny na nas czekają. Chyba tak było, na parkiecie zaroiło się. Dziewczęta były przesadnie wymalowane i wyperfumowane. Nowoupieczeni zołnierze pili zbyt dużo wina. Ostrzeżono nas, że lepiej nie chodzić do baru gdyż ten jest zdominowany przez długoterminowych, poborowych, ktorzy szukają okazji do bójki. Nie czułem się zbyt dobrze w takiej atmosferze. Do koszar wróciłem przed czasem. Nie wykorzystałem okazji do wyjścia na następną przepustkę.

Nasze ćwiczenia obejmowały jazdę samochodem, pracę w warzsztacie samochodowym, zajęcia z taktyki. Do naszego stałego wyposażenia należały maski gazowe i mieliśmy kilka okazji z nich skorzystać. Do tego przeznaczony był osobny, szczelny namiot, w którym rozpylono gaz łzawiąco-krztuszący. Do namiotu wbiegaliśmy bez masek na twarzach grupkami po 4 osoby. Musieliśmy dobiec do jakiegoś stołu i dopiero tam wolno było założyć maskę. Każdy posmakował nieco gazu, niektórzy zbyt wiele. To było ohydne doświadczenie.
Natomiast dużą atrakcją było strzelanie. Wielkie ciężkie karabiny pamiętające II Wojnę zastąpił pistolet maszynowy, popularny do dzisiaj, kałaszników czyli AK-47…

LWojAK47
Ja w głębi, na pierwszym planie Daniel – mój partner z praktyki w Nowej Hucie i kajakowania na Mazurach.

Po pierwsze niezwykla prosta konstrukcja. Zmorą jeszcze z czasów szkolnego przysposobiania wojskowego było zapamiętanie opisu pracy zamka karabinowego – „…pazur wyrzutnika łuski śłizga się skośnie po gładzi komory nabojowej…„. W AK-47 zamek składal się z niewielu części, opis działania mieścił się w jednej linijce. Po drugie – skuteczność. Świetnie skonstruowane elementy celownicze, trudno było nie trafić do celu. Chyba wszyscy uzyskali na strzelaniu wyniki conajmniej dobre.

Najbardziej czekaliśmy oczywiście na naukę jazdy. Do dyspozycji mieliśmy stare i ciężkie ciężarówki ził. Największym problemem było wrzucić drugi bieg. Sprzęgła były dość kapryśne, jazdy odbywały się na wyboistym terenie, wydawało się, że wystarczy na chwilę zdjąć nogę z gazu a samochód się zatrzyma. Jechaliśmy więc przy ogłuszającym ryku silnika na pierwszym biegu czekając aż będzie trochę z górki i samochód się rozpędzi. Prowadzony przeze mnie samochód już po minucie wpadł do rowu. Było pod górkę i pod słońce, nic nie widziałem. Wyskoczyliśmy z samochodu, ja bardzo przestraszony, instruktor okropnie zmieszany. Po chwili podjechał do nas gazik – co się gapicie poborowy, wskakujcie szybko czas jazdy wam ucieka. Zawieźli do mnie do następnego samochodu. Mój instruktor dostał za karę 3 dni ZOK – zakazu opuszczania koszar. Samochód miał złamany resor i w czasie wolnym pomagałem mojemu niefortunnemu instruktorowi w jego wymianie.

Wreszcie oczekiwany koniec ćwiczeń.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s