Wakacje licealne

 Tadeusz
Z rodziną taty mieliśmy bardzo rzadki kontakt. Ale gdy skończyłem 14 lat do moich opiekunek dołączyła Jadwiga Cyrańska KLIK stryjeczna siostra mojego taty. Nie lubiła dzieci, pasjonowała się wychowywaniem młodzieży. Jako młodzieniec to zostałem już całkowicie zaakceptowany, na rodzinne wakacje w Rajcu Szlacheckim zapraszany. Rajec pod Radomiem to była pozostałość po przedwojennym majątku – drobnoszlachecki dworek, słomą kryty, ale z gankiem, pokoikiem nad nim, mosiężnymi zdobnymi klamkami, pięknymi meblami sprzed I WŚ – obecnie trochę mam ich u siebie. Parę hektarów z pięknym parkiem i domem było oddane w dzierżawę dawnemu pracownikowi, ale kilka pokoi wydzielone z użytkowania dzierżawców. Rytm życia wakacyjnego był tam niczym w dawnych opowieściach. Nie było elektryczności. Kuchnią zajmowała się pani Maria, gospodyni ojca cioci Cyrańskiej jeszcze sprzed wojny. Celebrowane były śniadania z różnymi na miejscu robionymi specjałami – dżemy, bułeczki, mleko z kawą, miód itp. Drugie śniadanie z jakimiś słodkościami. Podwieczorek to było albo kakao albo drożdże fermentujące z miodem. Jadło się oczywiście w salonie, zawsze serweta, ładne sztućce. Oczywiście łokcie musiałem trzymać przy bokach, z pełnymi ustami nie mówić, po potrawy nikomu przed nosem nie sięgać, łyżeczką w szklance nie dzwonić ani jej w niej nie zostawiać.  
Park był parkiem – stare dęby, jesiony, duży białodrzew, pod dębami rosły prawdziwki. Ogród z jarzynowymi grzędami i owocowymi drzewami był z innej strony domu. Nie było kwiatów, klombów ponieważ ciocia przebywała tam tylko w czasie wakacji, a dzierżawcy takimi zbędnymi z ich punktu widzenia roślinami nie zajmowali się. Drewniana ubikacja dość odległa, przy oborze, wchodziło się do niej po schodach, żadna tam sławojka. Studnia z korbą i łańcuchem. Podczas jej czyszczenia wyciągnięty został z mułem pistolet browning. Czyściłem go długo i mozolnie, wszystko było sprawne, tylko okładziny kolby przegniły, no i wżery z rdzy spore. Miałem go aż do stanu wojennego w 1981 – wówczas jako poważne zagrożenie podczas przewidywanej rewizji wyrzuciłem go do rzeki.
Latem 1957 w Rajcu w bezchmurne noce oglądałem kometę Arenda-Rolanda. To była chyba najjaśniejsza kometa XX wieku. Gołym okiem widoczna gwiazda z ogonem, o jasności dużych planet – Jowisza czy Saturna. Po zaćmieniu słońca to już drugie unikalne zjawisko astronomiczne, które pamiętam Następne było po wielu latach – całkowite zaćmienie Księżyca, który stał się ciemno pomarańczowy, niby groźna planeta z powieści s-f. 
Moją rolą gospodarską było rąbanie drzewa. W istocie tylko uzupełniałem rąbanie dzierżawcy. Całe drzewo z pniem nawet o średnicy 15-20 cm przywiezione z lasu musiałem podzielić na kawałki nadające się do kuchennego pieca. To nie było łatwe bez piły! Z dzielenia wzdłużnego dwiema siekierami byłem dumny! Mimo pięciu posiłków nawet trochę przez wakacje chudłem. 

Czasami odwiedzała nas łódzka część rodziny – mój prastryjeczny brat Janusz Gajl (stoi z lewej) wykładowca z politechniki z żoną Natalią (siedzi z lewej, obok jej matka) KLIK i dziećmi Kariną (po turecku) i Olafem (z rowerem) KLIK Ja stoję w środku. Janusz był ode mnie na tyle starszy, że nawet zdążył wziąć udział w stopniu strzelca w Powstaniu Warszawskim, był ciężko ranny KLIK

W niedzielę rano szliśmy wszyscy ponad kilometr do wiejskiego kościoła. Po drodze mijani chłopi kłaniali się niedawnej pani dziedziczce, ciocia wszystkich poznawała, zagadywała, opowiadała mi kto gdzie pracował we dworze, kim jest teraz. Z ciocią mieliśmy różne długie egzystencjalne rozmowy, o życiu, filozofii, rodzinie, ale tematy religijne ucinała krótko – do kościoła trzeba chodzić by pokazać ludności, że tak należy. 
Aby móc przejść na emeryturę ciocia musiała posiadłość sprzedać – posiadanie ziemi w tamtych latach pozbawiało prawa do emerytury. To była dla niej bardzo dramatyczna decyzja – tam się urodziła, sama dęby sadziła, wszystkie wspomnienia… Meble ja dostałem, u córki wiszą piękne, z końca XIX wieku, duże fotograficzne portrety rodziców cioci. Moja córka jest podobna do tej z portretu Cyrańskiej z Gajlów. 
Poza Rajcem na wakacje jeździłem z mamą na wczasy. To były takie typowe wczasy pracownicze, dwa pełne tygodnie, opłacony przejazd, niewiele kosztowały, nie wymagały większych starań ani żadnych przywilejów – dziś w kapitalizmie nie do pomyślenia. Byłem w Zakopanem, Krynicy, Lądku-Zdroju. Wędrówki po okolicach, koncerty orkiestry zdrojowej, spotkania z rówieśnikami, flirty z dziewczętami – to wszystko nie było niczym wyróżniającym się. 
Po IX klasie, latem 1956 dostałem propozycję bycia druhem na koloniach. Kolonie dla dzieci pracowników trwały cały miesiąc i były dla rodziców bardzo tanie. Status druha był jasno określony – pomocnik wychowawcy. Wolontariat – dziś można by określić. Albo może raczej barter: za pomoc – utrzymanie i kwatera. Do obowiązków należała kontrola w nocy czyli spanie z chłopcami, koleżanka druhna z dziewczynkami  (sale po kilkanaście łóżek – klasy szkolne, bo to był budynek sporej wiejskiej szkoły), nadzór podczas spacerów, kąpieli, wolnego czasu, zwoływanie na posiłki itp. Wieczorami usypiałem dzieci opowiadaniem różnych wymyślanych ad hoc historyjek. Dzieci miały od 7 do 14 lat, zwyczajne bajki starszych by nie zainteresowały. Nie pamiętam żadnej opowieści, a mogło być czasami niepedagogicznie. Pewnej niedzieli kilkanaścioro dzieci poprosiło mnie o zaprowadzenie do kościoła na mszę. Zaprowadziłem, na mszy byliśmy, przyprowadziłem, normalnie. Jesienią mama dostała informację, że moje zachowanie było nieodpowiednie – propagowałem religię wśród dzieci. Przed maturą mama dostała z kręgów kościelnych propozycję, by namówiła mnie na seminarium duchowne. Opowiadam o tym, bo to pięknie obrazuje powszechne przepływanie informacji w społeczeństwie w różnych kierunkach. W tym wypadku wywiad kościelny i państwowy zadziałały równolegle.
Stałe przebywanie z dziećmi, ich nieustanny hałas początkowo były dla mnie bardzo męczące. Powoli się przyzwyczajałem. Po miesiącu, już w domu, odczuwałem przez czas jakiś irracjonalną pustkę, brak tych wrzeszczących dzieciaków! Gdy wychowawczynie prowadziły jakieś zajęcia, albo gdy dzieci posnęły, my z druhną Wenantą (jest takie imię!) uczyliśmy się z pomocą jednej z wychowawczyń palić papierosy z zaciąganiem się. Pierwsza lekcja skończyła się u mnie zatruciem. Potem szło lepiej, wtedy pomalutku zacząłem wpadać w nałóg na prawie 40 lat. 
Osobnym tematem wakacyjnym był autostop. Ale to było zjawisko warte osobnego opowiadania.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s