Muzyka, Sopot, pływanie i ten cały jazz

Lech

Wspominałem jak to dzięki głośnikowi muzyka zagościła w naszym domu. Wkrótce wyprowadziła mnie z domu na koncerty Wojewódzkiej Orkiestry Symfonicznej, które odbywały się w skromnej sali koncertowej lub w Teatrze im St. Żeromskiego. Z programu tych koncertów zapamiętałem melodyjne utwory a więc Franza von Suppe uwerturę do opery Lekka Kawaleria lub Carl Marii Webera Zaproszenie do tańca czy Mascagniego uwerturę do opery Rycerskość wieśniacza. Kilka razu odwiedziła Kielce Maria Fołtyn wykonując pieśni Moniuszki i na bis L. Delibesa Dziewczęta z Kadyksu.
W głośniku, a potem w radio, słuchałem dość ambitnego repertuaru w wykonaniu orkiestry Filharmonii Narodowej czy Orkiestry Polskiego Radia w Katowicach.
Coraz częściej docierała do mnie również muzyka rozrywkowa. Były to orkiestra Glenna Millera i latynoskie orkiestry Jerry Mango czy Xaviera Cougata. Według mnie nie ustepowała im orkiestra Waldemara Kazaneckiego z Katowic. Zauważyłem też progamy słowno-muzyczne Muzyka i Aktualności czy Rewia Piosenek prowadzona przez Lucjana Kydryńskiego. Miały one urok owocu może nie tyle zakazanego co przemyconego pod niezbyt czujnym okiem władz. Muzyka rozrywkowa podobala mi się, rejestrowałem nazwy żeby móc uchodzić za człowieka obeznanego z tematem, ale szybko doszedłem do wniosku, że to nie jest dla mnie satysfakcjonująca strawa. To było dobre jako szybki relaks, ja czułem potrzebę czegoś co dostarczy trwałe emocje i znajdowałem to w muzyce klasycznej.

Wakacje 1955 i 1956 roku to był znowu Sopot i zapylanie kwiatów ziemniaka. Przypomnę, że pracowałem rano i na plażę docierałem dopiero po drugiej. Samotny chłopiec na plaży – znowu wzbudziłem czyjeś niezdrowe zainteresowanie. Tym razem byli to nauczyciele. Po doświadczeniu ze studentem medycyny reagowałem szybko i dość ostro.
Natomiast nie nabrałem żadnych podejrzeń gdy na kilka dni dokwaterowano mi dwóch lokatorów – księdza z ministrantem. Korzyści były wymierne. Po pierwsze znaczna redukcja opłaty, po drugie ksiądz ze swoim podopieczuym jadali śniadania w dobrej restauracji i zapraszali mnie na nie. Gruby plaster szynki i jajka w szklance to było miłe urozmaicenie mojej diety. Ksiądz byl bardzo miły i dowcipny i ubierał się „po cywilnemu”. Po śniadaniu gdzieś znikali i pojawiali się dopiero wieczorem na nocleg.

Lech

W 1956 roku, podczas pobytu w Sopocie, zmieniłem fryzurę. Kazałem się ostrzyc na fanfana.
Tego roku spędzilem w Sopocie tylko lipiec, w sierpniu pojechałem na obóz pływacki nad jeziorem Garczyn w okolicach Kościerzyny na Pojezierzu Kaszubskim. Obóz trwal miesiąc, jego celem było wyszkolić nas na instruktorów pływania. Do Garczyna dotarliśmy chłodnego i deszczowego ranka po całonocnej podróży. Po śniadaniu odbyły się testy pływackie w prowizorycznym basenie przy brzegu jeziora. Zakwalifikowałem się do drugiej grupy i wyznaczono mnie na drużynowego. Każda grupa liczyła chyba 16 chłopców i zajmowała osobny drewniany barak. W baraku były metalowe łóżka, przy każdym niewielka szafka na rzeczy osobiste. Program dnia był mocno wypełniony zajęciami różnego rodzaju – metodyka nauki pływania, doskonalenie stylu pływania, lekkatletyka, gry zespołowe. Nie pozostawało więcej niż 2 godziny wolnego, które najczęściej spędzaliśmy leżąc na łózkach i snując opowieści. Przez cały czas obozu pogoda była bardzo kiepska. Któregoś dnia doszło do małej tragedii. Była niedziela, w planie wycieczka piesza do Kościerzyny i udział w pikniku. W drodze złapała nas ogromna ulewa i burza z piorunami. Kierownictwo ogłosiło odwrót, każdy na własną rękę. Wszyscy rzucili się pędem do obozu. Ja dotarłem dość późno i przed sąsiednim barakiem zauważyłem kilku wijących się z bólu chłopców.  Według relacji ich kolegi dobiegli całą grupą do baraku, byli przemoczeni i spoceni otworzyli więc okno i drzwi żeby był przeciąg i rzucili się na łóżka. Wielu z nich oparło stopy na poręczach łóżek. Właśnie wtedy w stojącą przy baraku brzozę uderzył piorun – kula ognia wpadła przez okno, przepłynęła po metalowych poręczach łóżek i wypadła przez drzwi. Wszyscy chłopcy, którzy mieli stopy oparte na poręczach zostali dotkliwie porażeni prądem. Chłopiec, który zdawał relację trzymał nogi na łóżku. Chyba trzech z nich zabrało pogotowie i już nie wrócili na obóz.

Droga powrotna do domu… koniec sierpnia, okropnie zatłoczony pociąg, do Warszawy jechałem stojąc w korytarzu. Tuż obok mnie stały dwie osoby, których twarze i nazwiska znałem ze sportowych gazet – trójskoczek Ryszard Malcherczyk i oszczepniczka Anna Wojtaszek – reprezentanci Polski na zbliżające się igrzyska olimpijskie w Melbourne. Olimpijczycy i tak jak ja stoją w tłoku, czułem się znobilitowany. Przysunąłem się bliżej. Bardzo dobre wrażenie zrobił na mnie poziom ich rozmowy, to byli kulturalni, myślący, ładnie się wyrażający ludzie. Rozmawiali głównie o sporcie. Moją uwagę zwróciły słowa Anny Wojtaszek, że ten wyjazd ma dla niej wyjątkowo duże znaczenie. To było przecież oczywiste – olimpiada – jakże mogłoby byc inaczej? Nawet pan Malcherczyk nieco się zdziwił tym wyznaniem.

Obóz pływacki pamiętam z jeszcze jednego powodu – przez ten obóz nie było mnie w Sopocie w okresie pierwszego Festiwalu Jazzowego. Oczywiście robiłem minę męczennika i ogromnie narzekałem na los. Po powrocie do domu zainteresowałem się głębiej tym tematem. Prawdę mówiąc to jazz robił na mnie jeszcze mniejsze wrażenie niż wspomniana na wstępie muzyka rozrywkowa, ale poczułem, że jest to temat, którego znajomość dodaje powagi i autorytetu więc poświęciłem mu sporo uwagi i wysiłku. Przy okazji było to drobne ćwiczenie w języku angielskim – wymowa nazwisk muzyków i zepołów, nazwy styli jazzowych.
W 1957 roku byłem znowu na wakacjach w Sopocie i tym razem miałem okazję uczestniczyć w festiwalu. Nie wiem czy informacje o festiwalu w 1956 roku były mocno przesadzone, czy po jednym roku entuzjazm wygasł, ale to nie była już impreza, która narzucałaby całemu Trójmiastu swój klimat. Byłem na koncercie w hali Stoczni Gdańskiej i na Jam Session w Operze Leśnej. Na jam session krążyła po widowni taca z kromkami chleba posmarowanymi dżemem śliwkowym a na scenie orkiestra Karela Vlacha grała bardzo popularny przebój – Wiśniowy sad – KLIK. Oczywiście wywyższałem się z powodu tych doświadczeń niesamowicie, ale tak naprawdę tylko kilka pierwszych taktów dixielandu wzbudzało we mnie jakieś emocje – KLIK.

Bardziej pamiętne są dla mnie rozgrywane w Sopocie turnieje tenisowe. Pamiętam, że moimi towarzyszami był kolega szkolny Andrzej Sz. wraz z ojcem i siostrą. To był tenis o jakim opowiadała mi Matka – sport królów. Wszyscy zawodnicy i zawodniczki ubrani na biało. Sporo mężczyzn grało w długich spodniach. W przerwach podawano zawodnikom gorącą herbatę. W turnieju występowała przedwojenna gwiazda polskiego tenisa Jadwiga Jedrzejowska i dość łatwo pokonywała o połowę młodsze rywalki. W konkursie męskim sensację budził Władysław Skonecki, który w poprzednich latach święcił spore triumfy w tenisie zawodowym. Do Polski wrócił wyraźnie na sportową emeryturę. Wprawdzie nadal błyszczał, szczególnie w grze przy siatce, to jednak w długich tenisowych pojedynkach ulegał młodszym zawodnikom z lepszą kondycją – Andrzejowi Licisowi czy Wiesławowi Gąsiorkowi.

Jeszcze inne wspomnienie z roku 1956 w Sopocie to występ Kazimierza Krukowskiego w koncercie wspomnień o kabarecie Qui pro Quo. Tę nazwę znałem z opowiadań Matki i to zwabiło mnie na występ. To było duże rozczarowanie. Więc moi Rodzice pasjonowali się czymś takim? Wprawdzie prowadzący program i moja Matka zapewniali, że tego nie da się powtórzyć, że to trzeba było osobiście przeżyć, ale niezbyt mnie to przekonywało.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s