Języki do nowego myślenia.

 Tadeusz
Profesor Ertel to był rzeczywiście wyjątkowy i prekursorski pedagog! Ja nigdy nie przepadałem za uczeniem się języków (co mam sobie oczywiście za złe), ale on mnie zwyczajnie zagarnął ku sobie i opanował. Lekcje angielskiego nie były lekcjami lecz swoistą przygodą, na którą czekało się do końca zajęć, bo zawsze były po ostatniej lekcji. Nigdy nie mieliśmy podręczników! Z początku były opisane przez Lecha swobodne rozmowy i scenki. Potem czytaliśmy po małym kawałku adaptacje literatury pięknej.  Były to opracowania radzieckie, doskonale przystosowane do poziomu naszego wieku. Pamiętam dwie pozycje: „Słowik i róża” Wilde’a i „Silas Marner” Eliota. Gramatyka była tylko naturalnym uzupełnieniem tekstu.
Profesor Adam Miętus nie wydaje mi się dziś skutecznym pedagogiem, nacisk na ćwiczenia, gramatykę, podręcznikowy rygor i rytm  mocno mnie zniechęcał, miałem też negatywne osobiste uwarunkowania antyniemieckie. Profesor Miętus miał barwny życiorys okupacyjny, prowadził tajne nauczanie, był też żołnierzem NSZ, o czym dowiedziałem się niedawno. Dopiero po latach Gerry Wolff swoją piosenką „Die Rose war rot”  KLIK pokazał mi różne odcienie niemieckiej artykulacji, innej niż te z okupacyjnych filmów. Ale to właśnie prof. Miętus miał na mnie wpływ największy przez swoje lansowanie muzyki klasycznej. Miałem ku niej zawsze jakieś inklinacje. Na lekcjach niemieckiego zostało to jednak uporządkowane. Co tydzień profesor wraz z wybranym uczniem chodził po klasach i rozprowadzał bilety na najbliższy koncert w filharmonii. Na lekcjach dawał się wciągać  w problematykę muzyczną. By zadać pytanie, wciągnąć profesora w dyskusję należało zrobić to w miarę kompetentnie. To wymagało przygotowania zarówno przez zadającego pytanie jak i paru dyskutantów. Dla mnie lekcje  języka niemieckiego stały się forum muzykologicznym. Niemieckiego nie nauczyłem się prawie wcale!
W tym okresie moje słuchanie muzyki rozdzieliło się na dwa sposoby. Jeden, pierwotny, to podkładanie pod muzykę nastroju, marzeń, literatury nawet. Jednak słowa śpiewane tylko mi przeszkadzały, zbyt często nie zgadzały się z moim odczuwaniem, wolałem więc muzykę instrumentalną lub słowa w obcym języku.  Powoli kształtował się drugi sposób słuchania – zestaw dźwięków implikował następny. Ogromną przyjemnością było ( i nadal jest) słuchanie instrumentu lub orkiestry z odrobiną czasowego wyprzedzenia, jakbym tę muzykę tworzył w sobie. Przy utworach słyszanych po raz pierwszy były oczywiście niespodzianki – czasami radosne, czasami zaskakujące, niekiedy nawet przykre, gdy utwór zawodził moje oczekiwania. Kielecka filharmonia nie mogła wydawać mi się słaba czy prowincjonalna. Ona była jedyna, a domowy głośnik radiowy był bardzo marnej jakości. W pamięci zachował mi się jako doskonałość utwór wokalny – Halina Mickiewiczówna śpiewała Arię z Bachianas Brasileiras No 5. Od Bachianas do Bacha był tylko krok. 
Muzyka powoli stawała się moim wzorcem piękna uniwersalnego – obejmowała zarówno piękno matematycznej proporcji jak i witalny urok romantyzmu. Nigdy nie porzuciłem muzyki popularnej, nie odciąłem się od piosenki. W tamtych licealnych czasach królowała piosenka francuska – Piaf, Aznavour – te nazwiska zostały na zawsze w moim wyobrażeniu artystów najwyższej próby. Lech dał przykład muzyczny pieśni z „Podróży zimowej” Schuberta. Bardzo mnie zaskoczyła ta nasza nowa zbieżność upodobań. Obecnie mam swoje dwa ulubione cykle muzyczne, słuchane na zmianę, są kontrowersyjnie zestawione, wręcz prowokacyjnie. To jest właśnie cały cykl „Winterreise” w wykonaniu Pietera Schreiera z akompaniamentem Światosława Richtera i, jako przeciwwaga i kontrast, Sandra ze swymi przebojami z Marią Magdaleną na czele. To jest zestawienie seksu i śmierci. Oba zjawiska fascynujące, wzajemnie się dopełniające. Dodam, że to zestawienie sztuki wysokiej ze szmirą – splecenie przeciwieństw, pokazuje pełnię człowieczego przeżywania, odczuwania piękna,  artystyczna akceptacja motta: Nic co ludzkie nie jest mi obce.
Liźnięcie zaledwie teorii muzyki, zasad harmonii, struktury sonaty, uzmysłowiło mi jak blisko muzyce do matematyki, logiki.
Wzruszenie do łez przy tęsknej arii Pucciniego lub banalnej rosyjskiej czastuszce uzmysłowiło mi jak blisko muzyce do zachwytu życiem czysto biologicznym, subiektywnym, ulotnym i kapryśnym.

Na krańcach długiej linii piękna uniwersalnego, powszechnego, obejmującego wszystkie dziedziny tak sztuki jak i życia, ustawiłem czysto osobiste, umowne dwa symbole –
twierdzenie Pitagorasa
i Brigitte Bardot.
Można je nazwać ogólniej:
wzór i powab.
W samym centrum linii piękna jest Toccata i fuga d-moll Bacha. Mój od chłopięcych lat ulubiony pisarz Stanisław Lem słowami swych astronautów słuchających tego utworu pytał: skąd ten stary, sprzed wieków, Bach wiedział jak wielki, nieskończony i wspaniały jest wszechświat? KLIK

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s