Nauka języków

Lech Lech

W programie liceum były dwa nowe języki obce – niemiecki i angielski. Zasługą wykładowców jest, że oba te przedmioty są najmilej przez mnie wspominanym wydarzeniem szkoły średniej.

Niemiecki – pan Adam Miętus. Poliglota, prócz niemieckiego uczył łaciny w klasie A, mógłby równieć uczyć starożytnej Greki. Zawsze ogolony na wysoki połysk, starannie uczesany, elegancko ubrany. Lekcje prowadził też starannie i z solidną elegancją. Czasami wtrącał archaiczne słowa, na przykład – proszę teraz wyjąć preparacje – chodziło o zeszyty.
Jeśli miałbym określić naukę niemieckiego jednym słowem to powiedziałbym – gramatyka.
Koniugacja – ich sage, du sagst, er/sie/es sagt, wir sagen, ihr sagt, sie sagen. Deklinacja – der,des,dem,den… To było logiczne prawie jak tabliczka mnożenia i łatwo wchodziło mi do głowy. Podobnie zasady wymowy. Pan Miętus nie poprzestawał na nauce suchych reguł, bardzo istotny był dla niego kontekst kulturowy języka. A więc literatura niemiecka, poezja, Goethe, Schiller. Często zadawał wiersze – Erlkonig, Schatzgraeber, Am Brunnen vor dem Tore… KLIK. Fragment wielu wierszy pamiętam do dzisiaj. Widziałem radość w jego oczach gdy uczniowie dobrze nauczyli się jakiegoś wiersza. Niestety kończyło się to zazwyczaj niemiło. Pan Miętus zastanawiał się chwilę i wreszcie proponował – a może wyrecytujecie to razem całą klasą. Tylko na to czekaliśmy. Zaczynaliśmy bardzo równo I poprawnie, pan Miętus z błyskiem w oczach dyrygował zgranym chórem, kiwał głową potakująco I wtedy zaczynał się chaos – jedni zaczynali recytowac wiersz niesłychanie szybko,, gdy dobijali do końca zaczynali od początku, inni zwalniali tempo, jeszcze inni powtzrali w kółko jedno słowo albo tylko jeden dźwięk. Pan Miętus próbował przez chwilę to opanować, ale nie miał szans – rozpędzona klasa dostawała amoku – niektórzy zaczynali piszczeć, inni stukali w ławki, tupali. Stop, koniec – nauczyciel machał rozpaczliwie rękoma, ale trzeba było kilku minut aby to wszystko ucichło. A jednak za jaki czas próbował znowu.
Osobna sprawa to zamiłowanie pana Miętusa do muzyki klasycznej. Często poruszał jakieś tematy z tej dziedziny. Tutaj trafił celnie. Wraz z Tadeuszem zaczęłiśmy właśnie wkraczać w ten świat. Nie wystarczała już muzyka z głośnika czy radia, zaczęliśmy chodzić na koncerty naszej , dośc skromnej, Wojewódzkiej Orkiestry Symfonicznej. Słuchaliśmy więc z duzym zainteresowanie, zadawaliśmy pytania, na które pan Miętus udzielał obszernych odpowiedzi. Klasa wykorzystywała to bezlitośnie. Nie raz dostawałem zadanie żeby zagadać nauczyciela przynajmniej na 20 minut to nie zdąży sprawdzić prac domowych. Prawie zawsze się udawało. Język niemiecki nieco mi pomógł w pewnych sprawach zawodowych. Muzyka stała się koniecznym elementem życia.

Rajmund Ertel

Angielski – pan Rajmund Ertel – zdjęcie skopiowane ze strony Rodzina Hoffmanów – http://genus.boo.pl/albumh/slides/158h.html  –
podobnie do pana Miętusa bardzo elegancki w ubiorze i zachowaniu, ale z „typowo” angielskim dystansem i pozorną niedbałością. Typowo umieściłem w cudzysłowie gdyż nie miałem pojęcia jak zachowuje się i wygląda typowy Anglik (o ile taki w ogóle istnieje), ale po lekturze Dzieci kapitana Granta i obejrzeniu filmów z Alec Guinnessem, wiedziałem, że właśnie tak jak pan Ertel.

Pan Ertel był również poliglotą – uczył francuskiego w równoległej klasie A (do roku 1955), wiem że uczył też niemieckiego. 
Na lekcjach wprowadził nieznany mi dotąd bezpośredni kontakt z uczniami. Krążył po klasie, zagadywał do uczniów po angielsku i zachęcał do odpowiedzi. Potrafił to robić w taki sposób, że już po kilku lekcjach czułem wymierne rezultaty – mogłem rozmawiać z kimś po angielsku. Jeśli więc miałbym okreslić jednym słowem nauke angielskiego to powiedziałbym – konwersacja.
Mój zasób słów w rosyjskim był dużo bogatszy, w niemieckim podobny jak w angielskim, ale nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że mogę z kimś prowadzić konwersację w tych językach.
Pan Ertel inscenizował ad hoc scenki rodzajowe, w które wciągał najmniej się tego spodziewających. I stawiał stopnie, wyjątkowo wiele stopni, nie za tylko za formalne odpowiedzi, ale również za takie przypadkowe sprawdziany.
W naszej klasie był jeden kolega odstający od wszystkich. Duży, ponury chłopak, chyba sporo od nas starszy, ubrany niezmiennie w zielonawą kurtkę z amerykańskiego demobilu. Nie miał żadnego kontaktu z klasą, nauczyciele chyba trochę się go bali bo nie pamiętam żeby wywoływali go do odpowiedzi. Rezultat był jednak łatwy do przewidzenia – niechętne spojrzenie spode łba, wzruszenie ramionami, nie wiem.
Jednak udziału w scenkach organizowanych przez pana Ertla nie dało się uniknąć. Nawet Duży obserwował je z rozbawieniem i nie zauważył jak w którejś sam wziął udział. Doskonale – klasnął w dłonie pan Ertel – piątka! – Jak to piątka? – w oczach Dużego widziałem pełne zaskoczenie. Bardzo dobrze – piątka – potwierdził pan Ertel i pospieszył do stolika żeby wpisać ocenę do dziennika. Była to pewnie pierwsza piątka w szkolnej karierze Dużego. Kręcił z niedowierzaniem głową. Niestety pozostało niewiele czasu do końca roku szkonego, zresztą Duży zniknął ze szkoły przed tym końcem.
Jak wspominałem w innym miejscu, po roku nauki zmieniono program nauczania i angielski odpadł. Dzięki inicjatywie rodziców i dyrektora szkoły kontynuowaliśmy naukę dalej i to w większym wymiarze godzin i w zmniejszonej liczebnie klasie. Poczułem, że ta nauka może zakończyć się praktyczną umiejętnością.
Pan Ertel zachęcił nas również już na wczesnym etapie nauki do czytania angielskich książek, oczywiście w skróconym i uproszczonym formacie. Zarówno odwaga do podjęcia konwersacji jak i lektura bardzo mi pomogły gdy skończyła się regularna nauka języka.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s