Przeprowadzka

Lech

Wspominałem już, że w Domu Malskiej żyliśmy w uprzywilejowanych warunkach – zajmowaliśmy dwa pokoje. Kilka dwuosobowych rodzin zajmowało tylko jeden pokój, ale to było z przydziału tuż po wojnie. Obecnie czasy się unormowały i przepisy określały minimalną powierzchnię mieszkalną na lokatora jako 8 m2. Nasze pokoje miały po 15 m2 więc nie mogli nas ścieśnić. Żyliśmy w takiej sielance prawie 10 lat gdy zapukał do nas ktoś z kwaterunku – mamy dla państwa mieszkanie o właściwym wymiarze. Umówił się z nami na inspekcję proponowanego lokalu.

Nowy lokal znajdował się w dzielnicy Baranówek, 2.5 km od mojej nowej szkoły, w tamtych czasach to były już zupełne peryferie masta. Na froncie znajdowała się willa właścicieli posiadłości…

LWybraniecka10

 

Źródło – google street view

…w podwórku stał niewielki domek, w którym były dwa jednopokojowe mieszkania. Pokoje były o wymiarach 4 x 4 m , kwadratowe, dzięki czemu wydawały się dość duże. W jednym mieszkaniu mieszkała już rodzina – małżeństwo z dwójką dzieci, w drugim, przewidzianym dla nas, mieszkała jakaś pani, która miała zostać przeniesiona do innego lokalu. Oczywiście nie było kanalizacji. Na podwórku była studnia na korbę, drewniana toaleta była na końcu ogródka kilkanaście metrów od domu. Mieszkanie wymagało remontu więc mieliśmy trochę czasu do namysłu.

Matka miała dużo zastrzeżeń – po pierwsze odległość od miasta, po drugie koniecznośc wychodzenia na zewnątrz po wodę i do toalety. Faktu zmniejszenia powierzchni nie było co dyskutować – zgadzało się z normami.
Ja widziałem trochę plusów – blisko na basen i na narty na górę Telegraf i na Skocznię. Poza tym prześladowała mnie obawa, że mogą nam przydzielić przechodni pokój albo część pokoju oddzieloną zasłoną od sąsiadów.
Nie wiem na ile moje argumenty były istotne, ale zgodziliśmy się. Przeprowadzka odbyła się zimą 1954/55. Okazało się, że kuchnia, pełniąca również rolę pieca, bardzo trudno się rozpala. Dopóki się na dobre nie rozgrzała dymiła na cały pokój. Po kilku dniach zmagań Matka zrezygnowała – wszystkie posiłki w ciągu tygodnia gotowała na stojącej na parapecie okna maszynce elektrycznej. Kuchnię rozpalało się dopiero w sobotę. Gdy już była rozgrzana łatwo było utrzymać ogień. Mieliśmy więc ciepło do poniedziałku rano. W ciągu tygodnia woda w stojącym na oknie czajniku zamarzała. Mój zimowy rozkład dnia był więc prosty. Po szkole zjadałem obiad w stołówce u Zytek i szedłem na narty. Wracałem do domu o zmroku. Lekcje, jeśli je w ogóle odrabiałem, to bardzo poiwerzchownie i w kilku warstwach ubrania. Wcześnie spać.

Poniżej szkic rozmieszczenia sprzętów w naszym nowym mieszkaniu…

LWyb10

 

Dwie kreski na dole to schodki do sieni naszego domku. Drzwi po prawej prowadziły do mieszkania państwa K, po lewej do nas. Po lewej od wejścia wychodzące na wschód okno, pod nim szafki z książkami, radio, na parapecie maszynka elektryczna. Na przeciwko drzwi moje łóżko, za nim szafa z ubraniami, dalej łóżko Matki, we wnęce kuchnia, na prawo od drzwi komoda. Ta ogromna pusta przestrzeń wokół kuchni była zajęta przez kubeł z węglem, kubeł z czystą wodą, kubeł z brudną wodą, miskę – konfiguracja dość elastyczna zaleznie od aktualnej sytuacji. Gdyby nie krępujaca sytuacja z toaletą i ubikacją to doprawdy nie wiem po co komu wiecej miejsca.

Mieszkanie w jednej izbie bez kanalizacji stwarzało pewne problemy. Myliśmy się w dużej misce. Matka myła się gdy ja byłem już w łóżku, odwrócony twarzą do ściany. W zimie bardzo często było zbyt zimno by chodzić do odległej toalety, tę rolę pełnił więc kubeł. Natomiast bardzo lubiłem chodzić po wodę do studni. Zawieszony na łańcuchu kubeł zjeżdżał na dół pod własnym ciężarem, należało dłonią hamować obroty kołowrotu. Kręcenie korbą i wyciąganie pełnego wody kubła było niewatpliwie pożyteczną czynnością. W lecie woda ze studni była cudownie zimna. W zimie przy studni tworzyła się gruba i śliska lodowa powłoka, którą nasz gospodarz co kilka dni rozbijał siekierą.
W lecie życie było lżejsze. W końcu czerwca i na początku września miałem blisko na basen. W mieszkaniu nie dokuczał chłód. W toalecie było towarzystwo brzęczących much.

Nasi sąsiedzi, pani Krysia i jej mąż byli bardzo życzliwymi ludźmi. Pani Krysia nie pracowała, dorabiała robieniem na drutach. Jej mąż pracował w jakiejś spółdzielni jako urzędnik i niestety w soboty często przychodził z pracy pijany. Dochodziły do nas wtedy odgłosy awantur.
Właściciele posesji – państwo S – on pracowal jako prywatny taksówkarz i mieliśmy z nim minimalny kontakt. Wyczuwałem, że nie był zadowolony z przydzielonych mu na siłę lokatorów. Dodatkowo zraziło mnie do niego to, że regularnie drażnił swojego psa, który żył w budzie na łańcuchu.
Żeby był zły i ostry – tłumaczył gospodarz.
Zły? Ostry? Dla kogo ostry? Chyba tylko dla nas.
Pani S, jak to kobieta, wpadała czasem do pani Krysi na wieczorne pogawędki, Matka do nich dołączała. Na wiosnę pani S dała mi nawet kawałek działki w swoim przydomowym ogródku i pomogła posadzić rzodkiewki. Niestety sprawiłem jej zawód. Nie zajmowałem się grządką, zarosła chwastami a rzodkiewki sparciały w ziemi. 

Dzielnica Baranówek miała połączenie autobusowe z centrum Kielc – autobus nr 2 – ale  rano i po pracy niesposób było się do autobusu dopchać. Dla mnie był to regularny spacer, dla Matki spore umęczenie.
Na Baranówku nie można było korzystać z głośnika. To była dla mnie dotkliwa niewygoda. Dopiero za kilka miesięcy kupiliśmy radio. Do tego czasu wpadaliśmy do pani Krysi żeby posłuchać wieczornego dziennika i niedzielnego koncertu życzeń. Radio było czeskiej produkcji, kupiliśmy je w Państwowym Domu Towarowym (PDT). Pamiętam jak sprzedawca prezentował nam jego zalety – fale krótkie – porozumiewawczo mrużył oko, wiadomo – Wolna Europa. Ta radiostacja była jednak bardzo skutecznie zagłuszana i rzadko udawało mi się coś usłyszeć.

W niedzielę chodziliśmy na msze do lokalnego drewnianego kościoła. Atmosfera była taka bardziej wiejska.
Widziałem, że Matce doskwierało oddalenie od miasta. W Domu Malskiej miała pod bokiem kilka życzliwych sąsiadek. Po pracy można było jeszcze iść do kina. Niedaleko od nas mieszkały koleżanki Matki z pracy i moi koledzy.
Ja mogłem po szkole wybrać się do kina na wczesny seans, ale Matka  mogła iśc do kina tylko w niedzielę. Podobnie z wizytami u znajomych. Oczywiście nikt nie miał telefonu więc czasem obeszliśmy w niedzielę kilka miejsc i nikogo nie zastaliśmy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s