Obyczaje w liceum

 Tadeusz
Pierwsze wrażenie w liceum: wróciła sytuacja sprzed lat – jestem w grupie najmłodszych, smarkaczy, po korytarzu chodzą prawie dorośli koledzy ze starszych klas. Drugie: jestem w liceum, w gronie młodzieży, to już nie dzieci z podstawówki. Ambiwalencja,  relatywizm – to moje zmory i błogosławieństwa. Budynek i klasy jakby prymitywniejsze, surowe w nastroju, mniej eleganckie od nazaretańskich, ale wyraźnie dostojniejsze. Czuło się czas, który w tym budynku upłynął. Jeszcze nie miałem świadomości jacy wspaniali ludzie przede mną w tych ławkach siedzieli, po tych podłogach biegali. Lech opisał strukturę – 2 kondygnacje, 2 korytarze i klasy po bokach, dobudowany segment stanowił szatnię, klatkę schodową i dwie pracownie – biologiczną i fizyczną. Na końcu górnego korytarza była lada, za nią na stołku wiadro z chochlą, para unosiła się, na ladzie emaliowane szare talerze, aluminiowe  łyżki i miska z kromkami chleba. Na dużej przerwie sprzedawana była bardzo tanio zupa, dzieci wedle klucza sierocego dostawały za darmo. Ja dostawałem. Smakował mi kapuśniak i krupnik, mniej ogórkowa. Nie były wodniste. Zupę jedliśmy stojąc przy oknach z szerokimi parapetami. Mury były grube na pół metra, to i parapety jak stoły rozległe.
Po korytarzu chodzili, biegali, rozmawiali uczniowie ze wszystkich klas. Stale chodził też któryś z nauczycieli.  Profesor Zdzisław Bielas, ktorego Lech już wymienił,  chodził zawsze z zapalonym papierosem. Już po naszym skończeniu szkoły, w 1978, umarł na raka płuc. Wśród uczniów zdarzały się bójki, zupełnie na serio, ale wedle sportowych, bokserskich zasad. Także mocowanie się, zapasy. Zawsze wewnątrz klasowe, nie było dominacji starszych nad młodszymi  (a może ja nie zauważyłem). Kopanie było niedopuszczalne, dwóch na jednego przyniosło by wstyd. Nie zdarzały się żadne wulgarne wyrazy. Starsi byli szanowani! Młodsi nie byli pomiatani, chociaż traktowani nieco protekcjonalnie! Dziwne czasy, niespotykane dziś maniery. 
Na pierwszych lekcjach z polskiego był sprawdzian naszych umiejętności. Chyba było dyktando. Ale mnie w pamięci zaryło się zwyczajne czytanie. Każdy po kolei, uczeń po uczniu po kilka zdań. Kilku uczniów sylabizowało – przeważnie to absolwenci szkół wiejskich. Większość czytała wolno ale płynnie. Parę osób tekst interpretowało czyli rozumiało treść już przed jego głośnym odczytaniem. Z klasy na klasę było nas mniej, stopniowo ilość zmniejsza się, mimo że repetujący z klas wyższych przybywają. Dwie klasy VIII czyli pierwsze w liceum miały w sumie ponad 60 uczniów. Maturę zdała połowa. Spory odsiew. Lekcje były od 8 rano. Po południu w naszym budynku funkcjonowała szkoła dla pielęgniarek. Czasami wychodząc po ostatniej lekcji spotykaliśmy się na schodach. Ale nie w szatni – nie wiem jak to było zorganizowane. 
Podczas karnawału organizowane były zabawy taneczne, zapraszane były dziewczęta z innych szkół. Grała malutka orkiestra, na podium było pianino, wówczas nie istniały magnetofony, gramofony nie miały wzmacniaczy do nagłośnienia sali. Pod ścianami stały krzesła. Nasze sukcesy taneczne były bardzo nieporadne. Pierwsze kroki do walca i tanga mieliśmy jeszcze w podstawówce na WF, ale to było takie odrabianie ćwiczeń, po dwóch chłopców niechętnie udawało, że tańczy. Na początku liceum rozróżniałem 4 tańce: tango, walca, fokstrota i polkę. Walc był najtrudniejszy, nigdy nie nauczyłem się go tańczyć w lewo. Oczywiście tango było najbardziej lubiane, bo pozwalało na przytulanki. Było też białe tango – dziewczęta prosiły chłopców. Nie wiem czy to jeszcze bywa praktykowane. Ze szkoły poprzedniej został mi wyrażający szacunek dystans do dziewcząt. Bywały więc sytuacje trochę groteskowe, gdy przy namiętnym tangu doły ciał się przytulały, a góry zwracały per koleżanko, kolego. Dziewczęta trzymały w mankietach rękawów chusteczki pachnące perfumami. Po zabawie, już w domu, wąchałem swoje dłonie i czułem ten dziewczęcy zapach. W starszych klasach chodziliśmy na zabawy do liceów żeńskich. Mieliśmy dwa zaprzyjaźnione. Liceum Królowej Jadwigi czyli doroślejsza wersja naszej zakonnej podstawówki. Tam był zawsze świetny poczęstunek – kanapki, ciasta, oranżady, kompoty. Tańce były w tej samej sali, w której przed laty, w II lub III klasie tańczyłem trojaka i kujawiaka  na jedynej ćwiczonej przez parę tygodni zabawie. Na następnej ulicy było liceum Królowej Kingi, jego 
właściwa powojenna nazwa to imienia Śniadeckich. Tam były ładniejsze, liczniejsze i łatwiejsze w kontakcie dziewczęta. Bywało, że najadaliśmy się w jednym miejscu i szliśmy do drugiego. To nie było ładne – ale nie będę ukrywał – pamiętniki powinny zawierać nieco szczerości. Szukam w pamięci strojów na, jakby nie było, dancingach (dziś słowo już chyba nie funkcjonuje). I tylko białe bluzki i plisowane granatowe spódniczki kryjące kolana przychodzą na myśl. Ale marynarskich kołnierzy to już nie było. Nie istniały jeszcze rajstopy, wyłącznie pończochy z podwiązkami. Oczywiście żadnych szpilek! Chłopcy również zwyczajnie, codziennie ubrani, ja parę razy byłem w butach narciarskich. 
Z Kingą raz na Prima Aprilis zrobiliśmy doskonały kawał. Zamieniliśmy się klasami. Nie chce mi się dziś wierzyć, że kadra nauczycielska nie zauważyła przemieszczania się chłopaków w żeńskiej szkole, ani dziewcząt u nas. Tym bardziej w takim dniu o wzmożonej podejrzliwości i czujności. Ale nic po sobie poznać nie dali. Nasza lekcja u Kingi była krótka, ale zupełnie sympatyczna, bez wyrzutów czy złości. Natomiast dziewczęta trafiły na naszego profesora od Przysposobienia Obronnego – Wrońskiego. To był weteran z wojsk Andersa, rubaszny facet z dziobatą twarzą. Na widok dziewczyn podobno wpadł w zachwyt, tryskał zarówno dowcipami jak i anegdotami z wojny. Nauczycielki z Kingi zabrały swe uczennice tak szybko, jak tylko mogły. To był dowcip, który z pewnością spodobał się wszystkim stronom. Tak przy okazji – bardzo źle wypadłem na pierwszej lekcji z profesorem Wrońskim. Na pytanie z czego składa się nabój karabinowy powiedziałem, że z czubka, łuski i kapiszonu. Ani jedna nazwa nie była prawidłowa!
Na lekcjach dwa zwyczaje wydają mi się już całkowicie historyczne. Podczas klasówek polegających na pisaniu wypracowań, rozwiązywaniu szeregu zadań, opisywaniu procesów – wybieranie odpowiedzi z podanych czyli obecne testy jeszcze nie były stosowane – czasami komuś brakło atramentu w wiecznym piórze. Dochodziło wtedy do procedury pożyczania z pióra do pióra po kropelce na stalówkę. Oczywiście pod bacznym okiem profesora. 
Drugie zjawisko wynikało z rzadkości posiadania zegarków. W naszej klasie był chyba jeden szczęśliwiec, niestety nie pamiętam kto. Był on bardzo nagabywany by na palcach pokazywać ile minut do końca lekcji pozostawało. Swój pierwszy zegarek miałem w maturalnej już klasie po naprawie u zegarmistrza starej Cymy taty. Rodzinna relikwia po ojcu, niestety już zawodna. Przed samą maturą dostałem Roamera – zegarek wysokiej jakości, do dziś jest sprawny. To był prezent od stryja z Anglii. 

Lech

Lech dodaje swoje trzy grosze…
Jak to dobrze móc porównać z kolegą swoje wspomnienia. Prawie żadnego z podanych przez Tadeusza wydarzeń nie pamiętałem, ale gdy o nich przeczytałem to przypomniałem sobie. Tak własnie było.
Jedna uwaga – bójki – wydaje mi się, że bójki na pięści miały miejsce głównie w szkole podstawowej. W Liceum chyba tylko w pierwszym roku. Zasadą było – walka do pierwszej krwi. Pamiętam jak raz, chyba w VI klasie, dostałem niezłe lanie a krew nie chciała lecieć, ani z nosa, ani z wargi. Musiałem dalej trwać.
Opowiadałem o tym synowi – był przerażony – Tatusiu, biłeś się na pięści? w katolickiej szkole? Spojrzałem na niego ze smutkiem – takie istotne doświadczenie życiowe go ominęło. 

 Tadeusz dodaje następne trzy grosze…
Z tymi bójkami to nie było tak świetlanie jak Lech pamięta. W X klasie jeden z kolegów pobity przez drugiego nosił kilka tygodni gips bo miał złamaną szczękę, ale że nie wykazano złej woli sprawcy obyło się bez poważniejszych dyrektorskich konsekwencji.  Ja też w tym okresie walczyłem w przejściu obok szkoły. Gdy byłem już wygrany przeciwnik sięgnął po kamień brukowy i zamierzył się. Stanąłem prosto, ręce opuściłem. Zreflektował się i kamień odrzucił, szlachetny etos walki zwyciężył :).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s