Nauka w Liceum

Lech

We wrześniu 1954 roku rozpoczęłiśmy naukę w Liceum im. Stefana Żeromskiego. Szkoła założona w 1737 roku przez księży komunistów. Nawet nie księży-patriotów, ale po prostu – komunistów – KLIK.

Liceum

To była szkoła męska, ale tym razy było nas w klasie około 30. Program klasy VIII nie różnił się wiele od ostatnich lat szkoły podstawowej, przybyły tylko dwa języki – niemiecki i angielski. Mimo, że szkoła była państwowa to mieliśmy nadal lekcje religii.
Największą zmianą był skład grona pedagogicznego – przeważali mężczyźni. Pierwszy z nich to nasz wychowawca – pan Wypych, który również uczył języka rosyjskiego – ten pan w jasnym płaszczu na zdjęciu w czołówce blogu. Moim pierwszym wrażeniem było, że to jest rodowity Rosjanin, ale jednocześnie było to wrażenie sympatyczne. Pan Wypych budził autorytet, potrafił dobrze organizować klasę, świetnie prowadził lekcje, ładnie śpiewał. Po szkole podstawowej potrafiłem dobrze pisać i czytać po rosyjsku i z chęcią zabrałem się do nauki. Pod koniec pierwszego okresu pan Wypych zapowiedział sprawdzian z całego przerobionego materiału i nastąpił zimny prysznic. Nauczyciel wezwał mnie do odpowiedzi i polecił wyrecytować wiersz, którego uczyliśmy się na początku okresu. Bardzo łatwo uczyłem się wierszy na pamięć i równie ławo je zapominałem. Z tego wiersza pamiętałem tylko jedną linijkę – …liogkuju pachodku Lenina. Ale na lekkim kroku Lenina daleko nie zajechałem – dwójka. Uznałem to za okropną niesprawiedliwość tym bardziej, że nikt inny z klasy nie został wezwany do recytacji tego wiersza. Od tego czasu miałem do wychowawcy duży i trwały żal. Nadal go lubiłem, ale już tylko na dystans.
Drugi nauczyciel, którego dobrze zapamiętałem to pan Bielas – matematyk.  Pod koniec przerwy ktoś z kolegów wycierał na sucho tablicę i nie oparł się pokusie żeby taką, pełną kredowego pyłu, szmatą w kogoś rzucić, ten rzucił w następnego. Wchodzi nauczyciel, wszyscy wstają a ja mam w dłoni tę nieszczęsną szmatę. Czymprędzej rzuciłem ją w stronę tablicy i trafiła w ramię pana Bielasa, który niespodziewanie szybko przeszedł od drzwi do stolika. Wielka biała plama na ramieniu, klasa zamarła. Kto to rzucił? – spytał pan Bielas. Nie było co się ukrywać – ja. Pan Bielas popatrzył mi długo w oczy, słusznie uznał, że był to przypadek, otrzepał marynarkę i wezwał dyżurnego żeby wypłukał szmatę.

Program nauczania nieco mnie rozczarował. Każdy przedmiot poza matematyką to było powtórzenie materiału znanego nam ze szkoły podstawowej. Oczywiście było to powtórzenie pogłębione i rozszerzone, ale właśnie to mnie zniechęcało. Geografia to nie było już odwiedzanie miejsc znanych mi z książek podróżniczych lecz wiadomości o gospodarce i bogactwach mineralnych. Historia to nie były wizyty na królewskich dworach i emocjonujące bitwy lecz polityka i walka klas. Jedynie pogłębianie wiadomości z fizyki było dla mnie interesujące.

Koledzy… 30 chłopców w klasie, tylko dwóch z nich znałem ze szkoły postawowej. Zaskoczyło mnie, że w nowym towarzystwie czułem się bardzo dobrze. Chodząc do prywatnej szkoły miałem poczucie pewnej elitarności, okazało się że chłopcy z innych szkół niczym się od nas nie różnili. Poziom był mniej więcej wyrównany, nie było zdecydowanego prymusa, nie było oferm klasowych. Oczywiście utrzymywaliśmy nadal bliski kontakt z naszymi kolegami, którzy wybrali klasę z łaciną. Wszystko było w porządku.

W szkole średniej działał Związek Młodzieży Polskiej – ZMP. Muszę przyznać, że czułem sympatię do tej organizacji. Na kronikach filmowych oglądałem dziarskich Zetempowców jak pomagali przy żniwach, walczyli z analfabetyzmem, pomagali na wielkich budowach socjalizmu. Ja też chciałem coś takiego robić. Miałem świadomość, że Matka izoluje mnie od trudów życia. Widziałem też, że za tym trudem kryje się radość i satysfakcja. Jednak ZMP był nie do zaakceptowania ze względów ideowych. Swoją drogą spora ilość jego członków to byli moi starsi koledzy z Nazaretanek.

Szkoła… trzon szkoły to był stary budynek sprzed 150 lat. Długi korytarz, po obu stronach spore klasy. Po północnej stronie był dobudowany nowszy segment, w którego dolnej części miesciła się szatnia.
Szkoła nie miała sali gimnastycznej i w zimie chodziliśmy na lekcje W.F. do sportowej hali Wojewódzkiego Domu Kultury (WDK). Tam poznałem grę w koszykówkę. Bardzo mi się spodobała – byłem chyba najwyższym uczniem w klasie więc nieco łatwiej było mi trafić do kosza.

Nowe przedmioty – niemiecki i angielski – o tym w osobnym wpisie.

PS. Jak widać w czołówce wpisu zmieniłem uczesanie na bardziej dorosłe.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s