Wakacje 1954 – Sopot

Lech

Nadszedł czas wakacji i poważny kłopot. Nikt z nie wybierał się do Ameliówki. Nikt nie miał ochoty zabrać mnie ze sobą na wakacje. Matka znowu była zrozpaczona. W końcu udało jej się coś załatwić – jak 3 lata temu do Pieszyc, do rodziny pani, u której jadałem obiady. Nie umywało się to do Ameliówki, ale wspomnienia z Pieszyc miałem miłe, może być. Matka ucieszyła się, to świetnie. Pani S wspominała, że bedzie tam też jej syn Janek i , że on bardzo chciał żebym przyjechał do Pieszyc. Ta wiadomość zmroziła mnie. Długo się wahałem, wreszcie wykrztusiłem – ja nie chcę z nim być na wakacjach.

Co się stało? Dlaczego?
To wydarzyło się chyba w lutym, kiedy Janek był w Kielcach w okresie przerwy międzysemestralnej. Któregoś dnia pani S powiedziała – mój syn jest studentem medycyny, chciał z tobą porozmawiać na tematy medyczne, podam ci obiad w drugim pokoju.
Janek zamknął drzwi i wyjaśnił, że jestem w okresie dojrzewania, nie mam w rodzinie mężczyzny a właśnie teraz potrzebna jest mi męska rada. W duszy przyznałem mu rację. Potem… mówiąc krótko i po angielsku „indecently touched me”. To mi się zupełnie nie podobało. Zjadłem podaną zupę siadając w ten sposób żeby nie mógł mnie dotknąć a na drugie danie przeszedłem do głównego pokoju.
Janek wrócił na studia a ja zupełnie zapomiałem o tym incydencie, ale teraz skojarzenie było oczywiste.

Matka była zdruzgotana. Najpierw ogarnęła ją wściekłość – zgłosimy to na milicję, powiadomimy akademię medyczną, taki człowiek nie może mieć uprawnień lekarskich. Uspokajałem ją, że przecież nic mi się nie stało, że właściwie już o wszystkim zapomniałem. W końcu uznała, że ewentualne zeznawanie na milicji czy w akademii medycznej będą dla mnie większym stresem niż samo wydarzenie i dała spokój.

Pozostała sprawa wakacji. Matka napisała list do brata Ojca, stryja Ziemowita, malując w najczarniejszych barwach perspektywy moich wakacji – w domu z chorymi, z gruźlicą rozpadową i syfilisem snującymi się po korytarzach. Stryj odpisał proponując żebym przyjechał do Sopotu. Ciekawe, ze wile osob nie mowilo Sopot tylko Sopoty.

Następnego dnia Matka spakowała mnie i wyprawiła pociągiem do Sopotu. Tam na dworcu czekał na mnie stryj. Pieszo przeszliśmy do miejsca jego zamieszkania. Piękna stara willa na ulicy Krasickiego blisko ulicy Armii Czerwownej (obecnie ul. Armii Krajowej, w czasie wojny Horst Wessel Strasse, przed wojną Kronpzinzenstr.). W tej willi mieszkała moja stryjenka Helena a stryj wynajmował pokój na poddaszu. Trudno to zresztą nazwać pokojem. Była to część strychu pod stromym dachem i bardzo wysoki stryj nie mógł się tam wyprostować. W pomieszczeniu było łóżko oparte na cegłach oraz łóżko polowe dla mnie. To wszystko.

Stryj zapoznal mnie ze stryjenką Heleną i zaprowadził na pobliską ulicę Mickiewicza na kolację do domu stryja Wladysława.

Dygresja rodzinna. Pisałem obszernie o rodzinie Ojca. Stryjenka Helena, stryj Władysław – to były dzieci Antoniego, brata mojego dziadka Jakuba. Matka wspominała tę gałąź mojej rodziny z wielkim uznaniem – Antkowicze – jak oni się trzymali. Ojciec na posadzie, dziewięcioro dzieci. Wszystkie pokończyły studia. Założyli rodzinną spółdzielnię, ci którzy już zarabiali wpłacali składkę na fundusz na studia młodszego rodzeństwa…

Antkowicze

Na powyższym zdjęciu stryjenka Helena to chyba ta dziewczynka po prawej a stryj Władysław to na pewno ten chłopiec obok niej, w czarnym ubraniu, ze szpicrutą w dłoni.

Stryj Władysław mieszkał z rodziną w ładnej willi. Potężnie zbudowany mężczyzna o silnym głosie i ciemnych włosach. Przed wojną ukończył szkołę morską w Tczewie, tę samą co brat Matki wuj Rysiek, tylko wydział mechaniczny. Wojna zaskoczyła go w Gdyni, brał udział w obronie Helu i spędził wojnę w niemieckim oflagu. Obecnie był dyrektorem Polskiego Rejestru Statków. Poznałem również jego żonę – stryjenkę Wandę i trzy córki – Kasię, już studentkę, Anielę, maturzystkę, i Joasię – 7 lat. Prócz nich były tam jeszcze dwie córki stryja Antka – najmłoszy chłopiec na powyższym zdjęciu – Basia, maturzystka i Dorota, 7 lat.
Tyle nowych twarzy. Byłem mocno oszołomiony. Tu masz zawsze bezpieczną przystań – powiedział stryj Ziemowit.

Następnego dnia wprowadził mnie w nowy rytm życia. Przedstawił mnie właścicielom naszej kwatery – miłe małżeństwo w średnim wieku. Spytał czy prowadzę rejestr wszystkich wydatków. Nie prowadziłem. Dał mi więc notesik i polecił robić to codziennie. Pierwsza pozycja to opłacenie kwatery. Stryj rozliczył mój udział w koszcie mieszkania na 2 dni, potem będę mieszkał sam i zapłacę za to właścicielce.
Następnego dnia rano poszliśmy na śniadanie do baru mlecznego przy dworcu kolejowym. Kawa z mlekiem i bułka z serem. Potem poszliśmy na plażę. Bezpłatną, obok Łazienek Północnych. Na obiad do baru mlecznego – makaron z jajkami – cena chyba 6.70 – to było najdroższe danie. Na kolację do stryjostwa Władków. Po kolacji dorośli grali w bridża. Dowiedziałem się, że od najbliższego poniedziałku rozpocznę pracę na polach doświadczalnych Instytutu Hodowli i Aklimatyzacji Roślin (IHAR), w którym pracowała stryjenka Helena. Stryj wyjechał w niedzielę po południu.

To było dla mnie zupełnie nowe doświadczenie. Nigdy dotąd nie mieszkałem sam, nigdy nie musiałem się troszczyć o swoje sprawy bytowe. Nigdy nie pracowałem zarobkowo. Jednak nie był to dla mnie żaden szok. Matka nie przekazała mi żadnych praktycznych umiejętności, ale przekazała jakiś fatalizm, pozytywne godzenie się z losem – świat wokół ciebie może się w każdej chwili zawalić a ty masz dalej robić swoje.

W poniedziałek rano stryjenka Helena pojechała ze mną na pola doświadczalna gdzie zapoznano mnie z moją pracą. Miałem pracować jako pszczółka – zapylać kwiaty ziemniaka To było proste. W pudełku od zapałek miałem kwiaty których pyłek miałem użyć do zapylania. Na wyznaczonej działce rosły ziemniaki, które miały być zapylone. Najpierw trzeba było każdy kwiat wykastrować – wykałaczką odciąć mu pręciki. Na paznokieć kciuka lewej ręki sypałem pyłek z kwiatów w pudełku od zapałek i zanurzałem w tym pyłku czubek słupka zapylanego kwiatu. Oprócz mnie zapylał jeszcze jeden chłopiec, mój rówieśnik. Na poletku była z nami para etatowych pracowników Instytutu.
Pracowałem 5 dni w tygodniu, tylko gdy nie padał deszcz. Zaczynaliśmy pracę chyba o 6:30, 6 godzin. Po zakończeniu pracy szybko szedłem do stacji Sopot-Wyścigi i jechałem kolejką do Sopotu żeby zdążyć na plażę.

Gospodarze mojej kwatery pozwolili mi korzystać z bardzo prowizorycznej kuchni. Był to mały pokoik bez okna wyposażony tylko w zlew i maszynkę elektryczną.
Maszynkę elektryczną…. zaraz przecież teraz nikt nie zrozumie co mam na myśli – google zasypuje mnie ofertami eletrycznych płyt kuchennych. Maszyka eletryczna było to urządzenie o średnicy dużego talerza, wysokości około 8 cm, w którym, w ceramicznej obudowie, znajdowała się niczym nie przykryta spirala elektryczna. Można było na niej postawić garnek lub czajnik i gotować. Ja ograniczałem się do gotowania wody na herbatę a w niedzielę jajek na twardo. Do tego kromka lub dwie chleba z masłem i serem i śniadanie załatwione. Biegiem do przystanku tramwajowego i jazda do pracy. Lodówek nie było a kuchnia na poddaszu mocno się nagrzewała więc trudno było robić jakiekolwiek zapasy. Nawet pół kostki masła zdążyło się czasem roztopić zanim je skończyłem.
Gdy docierałem nad morze nie było już tam moich znajomych więc przeniosłem się na plażę obok Łazienek Południowych gdyż serwowano tam dobre obiady – fasolkę po bretońsku. W zatłoczonej, dusznej i gorącej sali kłębił się tłum, zlana potem załoga dwoiła sie i troiła. Trzeba było odczekać w kolejce conajmniej pół godziny. Potem miałem już wolne.
Plażowanie kończyłem około 5 i kierowałem się na ul. K Rokossowskiego (obecnie Bohaterów Monte Cassino, poprzednio – Meerstr – ulica Morska). Tam sprzedawali włoskie lody a na przeciwko był (i chyba jest nadal) Klub Międzynarodowej Książki i Prasy.
Jak spędzałem wieczory? W Sopocie były dwa kina, w lecie zmieniały program 2 razy w tygodniu więc było co ogladać. Miałem wprawdzie stałe zaproszenie do domu stryja Władysława, ale nie korzystałem z niego zbyt często gdyż nie było tam nikogo w moim przedziale wiekowym więc wpadałem tam aby pożyczyć książki. Przeglądałem książki i inne materiały zgromadzone w moim pokoiku. Był tam pięknie wydany Mein Kampf i albumy z walk niemieckich łodzi podwodnych.
Pamiętam, że wkradłem się przed dziurę w siatce do Opery Leśnej, w której wystawiano Fausta Gounoda w wersji koncertowej.
Zapylanie ziemniaków kończyło się pod koniec lipca. Stryj zakładał, że wkrótce potem wrócę do Kielc, ale Matka poleciła mi zostać do końca wakacji. Wtedy miałem okazję plażować razem ze szkolnymi kolegami. Byli to głównie koledzy, których ojcowie byli lekarzami. Był więc oczywiscie Staszek Ś. Pamiętam jak starał się mnie usilnie przekonać żebym zmienił klasę i przeniósł się do klasy A, w której była większość kolegów z Nazaretu. Jego argumenty – solidarność, siła przebicia – wydawały mi się zupełnie nie z tej ziemi. Wiedziałem, że i tak będzie jak będzie.
Już po powrocie do Kielc otrzymałem przekaz pocztowy z moimi zarobkami – 420 zł. Matka kręciła głową z niedowierzaniem – może metody wychowawcze braci Ojca nie były takie złe.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s