Słowackiego 13 – kuchnia

 Tadeusz
Dzięki dokładnemu opisaniu przez Lecha naszego świata politycznego i tła ustrojowego,  mogę się spokojnie ograniczyć do pokazania detali materialnych tych naszych lat pięćdziesiątych. 
Po śmierci babci miałem aż do powrotu mamy z pracy całe mieszkanie dla siebie. Po opisie podwórka i ogrodu pora na pokazanie mojej kuchni. Poza zlewem już opisanym i piecem kuchennym z duchówką, w którego palenisku eksplodował mi pocisk świetlny, najważniejszą częścią był stół. Nad nim wisiała lampa. Była ona jedynym źródłem energii elektrycznej. A więc musiała być do niej wkręcona złodziejka czyli rozgałęziacz między oprawką i żarówką. Dziś takie urządzenie jest trudno dostępne i uchodzi za muzealne. Spod żarówki więc zwisał kabel zasilający maszynkę elektryczną do gotowania. Poranny pośpiech śniadaniowy nie pozwalał na rozniecanie ognia w piecu, maszynka była więc rozwiązaniem. Również szybkim, ale jednak wolniejszym w uruchamianiu, sposobem był prymus – bardzo ciekawe urządzenie na naftę, z efektownym rozpalaniem płonącym denaturatem, drucikiem do każdorazowego przetykania dyszy, z pompką do nafty i głośnym, dźwięcznym szumem palącego się palnika – to był starodawny prototyp obecnej gazowej kuchenki turystycznej. 
Moje zainteresowanie wzbudzała jednak tylko maszynka. Miała odkrytą spiralę żarzącą się na czerwono. Ułożone na pokrywce od jakiegoś blaszanego pudełka kawałki ołowiu dawały się stopić. Gdy spirala ulegała przepaleniu skręcałem końce i znów wszystko działało. 
Podręcznik do fizyki pokazał mi schematyczny rysunek elektrycznego dzwonka. Uznałem, że warto sobie taki dzwonek zrobić. Rdzeń elektromagnesu był jak podkowa, a najbliższy jej kształtu był skobel. Owinąłem go więc posiadanym drutem, zwój przy zwoju jak rysunek pokazywał, skonstruowałem blaszkę z przerywnikiem, zgodnie ze schematem przewody połączyłem i podłączyłem do gniazdka w złodziejce. Niestety spaliły się korki. Naprawiałem je z wprawą – wystarczył kawałek drutu. Miałem świadomość, że nie może być gruby. Próby z dzwonkiem spełzły jednak na niczym.
Następnym eksperymentem była lampa łukowa. Dwa pręciki węglowe ze starych bateryjek węglowo-cynkowych na elektrody nadawały się świetnie. Niestety korki znów poszły. Prawo Ohma podpowiedziało – za mały opór, robi się krótkie spięcie! Połączyłem szeregowo z maszynką do gotowania. Rewelacja! Trochę prób z bezpiecznym, bo przez szmatkę, uzyskiwaniem odstępu elektrod i łuk świecił niby domowe słońce, pięknie syczał. Zapach ozonu rozchodził się po domu – choć jeszcze nie wiedziałem co to ozon. Łuk był niestabilny, krótkotrwały, sypał czasem iskrami – nie wiedziałem, że prąd zmienny słabo się do tego nadaje. Prawdę powiedziawszy prądy zmiennego tośmy jeszcze wtedy nie przerabiali na lekcjach. Nikt jakoś nie zauważył zużycia prądu po moich badania świata elektryczności. Korki czyli bezpieczniki, były reperowane po kilka razy dziennie. Automatyczne wówczas jeszcze nie istniały.
Galwanotechnika skończyła się całkowitą klęską, prąd zmienny się do niej nie nadawał, baterie były zbyt drogie. Kto jeszcze pamięta typową baterię płaską 4,5 V, podstawę energii do latarek. Radia na baterie jeszcze nie istniały. Latarka  z taką baterią świeciła tylko parę godzin. 
W pokoju nęcącym i intrygującym przedmiotem był głośnik. Wierzyłem, że istnieje możliwość przeróbki takiej, by można było odbierać inne stacje. Próby skończyły się na  równoległym doprowadzeniu przewodu od gniazdka głośnikowego do słuchawki telefonicznej zawieszonej na dywanie przy łóżku. Mogłem słuchać  w łóżku nawet przy wyłączonym głośniku głównym! Chyba doszedłem do fazy zastosowania potencjometru.
Parę lat później zacząłem kupować Radioamator – miesięcznik dla chcących budować własne radio, nawet miałem już kupione 2 lampy 3S4T – niektórzy przypomną sobie takie coś. Ale na tym się skończyło – chassis, zasilacz, potencjometry, kondensatory itp to przekraczało moje możliwości. Ale działanie triody potrafię wytłumaczyć nawet dziś. 
Naprzeciw stołu w kuchni stało łóżko. Do 1952 spała na nim babcia. Żelazne, czarne, z wysokimi poręczami i stalową siatką. Na niej leżał siennik czyli wielka koperta, poszwa z grubego szarego płótna wypchana słomą. Każdego końca lata, po żniwach, kupowaliśmy snopek słomy, wówczas długiej ponad metr. Była ona łamana, zgniatana, skręcana, mierzwiona i wciskana do siennika. Na to derka, prześcieradło. Kołdra, kapa. Taki materac był jakiś czas bardzo sprężysty. Pokojowe materace były dwojakiej jakości. Gorsze wypchane tzw. trawą morską. Lepsze, dziś już zupełnie unikalne i bajońsko zapewne drogie – włosiem końskim. 
Ciocia Jadzia, siostra mamy, pracowała w izbie skarbowej. Nie istniały wówczas maszyny liczące w biurach. Gdy przychodził okres bilansu nie starczało czasu biurowego na wszystkie obliczenia. Ciocia przynosiła do domu sterty dokumentów i w kuchni, czasem do rana, stukała liczydłami – sumy z różnych źródeł musiały się zgodzić, bywało, że szukanie 1 grosza zabierało wiele godzin pracy. Czasami, gdyśmy spać już poszli, ciocia zabierała się do grania na gitarze, przypominała sobie lata dawne. To były różne tęskne melodie, zbiór nut jeszcze mam, tylko „oczy czarne” z tytułu pamiętam. Gitara była piękna, 7-strunowa, inkrustowana masą perłową. Obecnie wisi na ścianie u córki. Ciocia była panną, i aż do śmierci nalegała by tak się do niej zwracano  – panno Jadziu. Była zgorzkniała, sentymentalna i religijna. Za młodu bardzo ładna. Miała narzeczonego, który został jedną z ofiar przewrotu majowego z 1926 r. Poległ po stronie rządowej więc nienawidziła Piłsudskiego. A jej siostra była żoną legionisty z 5 pułku piechoty, a brat ułanem u Beliny Prażmowskiego – obie formacje z I Brygady. 
Na zdjęciu obok – Jadwiga Malanowska w wieku 20 lat.
To tyle o kuchni na ul. Słowackiego 13 m. 5.

Trzy grosze Lecha… Doskonale pamiętam tę lampę łukową. Nazywałem ją łukiem Volty.  Oprócz prętów węglowych z baterii próbowałem również używać grafity z ołówka – wychodziło całkiem efektownie. Oczywiście było wiele przypadków spalonych korków, nie raz kopnął mnie prąd. Istny cud, że to nie zakończyło się tragicznie.
„Ciocię Jadzię” też dobrze pamiętam. Moja Matka również pracowała jako księgowa, ale pani Jadwiga pracowała chyba na wyższym stanowisku gdyż Matka wyrażała się z wielkim szacunkiem o Jej znajomości tematu. Pamiętam ją jako piękną kobietę naznaczoną wielką tragedią osobistą.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s