Słowackiego 13 – ogród

 Tadeusz
Schody w końcu podwórka prowadziły do ogrodu. Ciągnął się on aż do ulicy Śniadeckich, zakończony  drewnianym płotem, wysokim na 2-2,5 m z wąskich, poczerniałych sztachet. Wciskając stopę miedzy sztachety i skręcając ją wchodziliśmy na plot jak na drabinę. Ogród był długi na prawie 60 m, szeroki około 20 m. Po bokach miał płoty następnych ogrodów, rzadko odwiedzanych. Tak więc wykorzystując parę odchylanych sztachet całość naszego królestwa to było niemal pół hektara terenu z drzewami, krzewami, zaroślami, rzadkimi grządkami.
Nasz ogród miał środkiem alejkę z piwoniami, po bokach grządki lokatorów z jarzynami, kwiatami, zajmowały one około 1/3 po środku ogrodu. Moja rodzina grządek nie miała ponieważ zamieszkaliśmy tu za późno. Do chłopięcej  dyspozycji był teren na początku i na końcu ogrodu. Na początku, tuż za schodami były bzy, walące się komórki, dwa duże orzechy włoskie, których cień nie pozwalał na żadne uprawy. Dach drwalek pod moim balkonem był nad ziemią  w ogrodzie tylko na pól metra, tędy do ogrodu chodziłem. 
W maju zrywaliśmy wszystkie kwiaty bzów, dzieliśmy na bukiety i zanosiliśmy do każdego lokatora po jednym. W czerwcu przy schodkach zakwitał na różowo kwitnący stary głóg, wyrastający ponad nasze domy.  Jesienią strząsane i zrywane były orzechy. Dzielone na równe kupki i jak bukiety bzów po wszystkich rodzinach roznoszone. To był okres czarnych rąk od zrywania łupin z orzechów. Nie pamiętam żadnego trybu nacisku, dozoru doroslych. Stefek mówil: no to dziś zbieramy orzechy. I zbieraliśmy. 
Zabawy w chowanego, podchody, strzelanie – to była codzienność. Zimą lepienie bałwanów, fortec – zawsze na koniec dnia  burzonych. 
Każdy znany nam dorosły mężczyzna w tamtych czasach palił papierosy – a więc i my podejmowaliśmy takie próby. Jednak papierosów nie kupowaliśmy, lecz robiliśmy je z suszonych liści różnych roślin. Najlepsze okazywały się te z orzecha. Oczywiście nie było mowy o jakimkolwiek zaciąganiu się, również oczywiste, że mam na myśli okres wczesny, z podstawówki. Ceremonia przebierania liści, darcia gazet, skręcania papierosów, w końcu palenia, nie mogły rzucać się w oczy więc robiliśmy sobie kryjówki. 
Kryjówka  to właściwie była nasza obsesja stała, niezależnie od papierosów. Często to był szałas z oberwanych gałęzi. Czasem zbita z desek od walącej się komórki nowa komórka. Czasem gęsto rozrośnięte krzaki tuż za płotem w ogrodzie obok.  Częstą kryjówką była korona któregoś drzewa, szczególnie dużego klonu na końcu ogrodu, obok gruszy, śliwy, drugiego klonu. W kryjówce omawiane były nowe wiadomości, komentowane wydarzenia, wyniki gier – pod orzechami na gołej, płaskiej ziemi graliśmy w państwa, gra była z rysowaniem granic, zakreślaniem ich zmian, wedle reguł, których już nie pamiętam. W kryjówce pokazywaliśmy sobie zdobycze, znaleziska: pociski, czubki, łuski, planowaliśmy ich wykorzystanie, wymianę. Różne maszyny i ich fragmenty dobre do rozkręcania i ponownego składania, stare transformatory, z których miedziany drut był skarbem do wielu zastosowań – choćby do obciążania czubków strzał do łuku lub kuszy. Zdobyty nabój od rakietnicy to było zajęcie na wiele dni. Rozbieranie, próbne zapalanie prochu, kawałków kostek na kolorowo płonących i rozrzucających iskry. W okolicy kryjówki robione były skrytki do takich zabawek.
Przez jakiś czas mieliśmy mały rewolwer bez okładek na kolbie, iglicy i sprężyny. Był fascynujący, malutki, chromowany, tylko nieco zardzewiały. Z bębenkiem na chyba 5 naboi.  Po parodniowej, burzliwej dyskusji wrzuciliśmy go do jedynej dostępnej studni – u kolegi z ulicy Śniadeckich – Marka Bieńkowskiego. Do niego była droga prosta – przez płot, ulicę i już. Jego dom był własnością jego rodziny. Ogród przypominał nasz, ale dom już był inny. Był ze wszystkim wewnątrz jeszcze sprzed wojny i mieszkała w nim jedna rodzina! Najważniejsza była szafka z książkami! Same wydania sprzed wojny. Różne Verny, Guliwery, Robinsony, baśnie, dziesiątki tytułów, których nie pamiętam choć wszystkie przeczytałem. 
Jedna z kryjówek była najwspanialsza, ale też bardzo naganna, wręcz przestępcza. Ściana murowanej szopy z sąsiedniej posesji wychodziła na ogród i miała na stryszku małe okrągłe okienko. Wiele tygodni, wspinając się po stercie gałęzi i chwastów, nożami, drutami, gwoźdźmi wydłubywaliśmy cegły aby otwór powiększyć. W końcu dostaliśmy się na pusty niski stryszek. Mogliśmy tam posiedzieć, odczekać deszcz, poszeptać – pod podłogą z desek była ubikacja często odwiedzana i drwalki. Ale strych był nasz!
Czasami na niebie pojawiał się samolot – to był kukuruźnik czyli dwupłatowiec z płóciennym obiciem kadłuba i wielkim śmigłem – biegliśmy na podwórko, gdzie niebo nie było gałęziami przysłonięte i wrzeszczeliśmy: Lotnik, lotnik, puść ulotki. I zdarzało się, że puszczał. Chmura kartek frunęła po niebie niczym stado gołębi, spadała na ulice, dachy, z rzadka nawet jakaś spadła do nas. Młody historyk ująłby to jako poniżające, haniebne wtłaczanie komunistycznej propagandy do domów i umysłów zniszczonej wojną i zatrwożonej nowym reżimem ludności. A myśmy się z tej żółtawej przeważnie kartki cieszyli jak z trofeum i chowali do swych skrytek nawet nie czytając. 
Mimo mieszanego składu urzędniczo-robotniczego sąsiadów nie poznałem wówczas żadnych wulgaryzmów. Najgorszymi przekleństwami były cholera jasna i psiakrew. Wśród kobiet nadużywane było zawołanie dziś już zapomniane całkowicie: Matko Boska! albo Jezus Maria! Wiejskie Olaboga znam tylko z literatury. Moja jedna z pierwszych miłości, Iwonka, jeszcze z podstawówki, mówiła „o jeżuś”, co mnie bardzo urzekało. Nie pamiętam żadnej podwórkowej terminologii genitalnej – prócz bardzo zabawnego palca bez paznokcia. No i picki Jadźki  spod Marzysza.
Siedząc na progu, na którym przeważnie pan Siekański rozwarstwiał opony, 30 czerwca 1954 roku (sprawdziłem w Wikipedii) oglądaliśmy prawie całkowite zaćmienie słońca. Przygotowania do niego trwały parę dni. Błony od zdjęć rentgenowskich dobre do obserwacji były już dawno zużyte. To były błony celuloidowe doskonale do robienia rakiet, palące się gwałtownie niczym proch wydobywany z pocisków. A więc musieliśmy zrobić filtry z szyb osmalanych sadzą. Problem polegał na osmaleniu zanim szyba pękła od gorąca  płomienia świecy. To nie było łatwe i wiele szyb zmarnowaliśmy. Samo zaćmienie było zwyczajne, jak to zaćmienie – zapowiedziane, zrozumiałe, oczywiste, tylko trochę ciemniej się stało.
To był koniec szkoły podstawowej.
Wołania nas przez matki do domu było rzeczą równie nieprzyjemną jak gimnastyka poranna w radio o godzinie 7. Czasami tylko kończyło się powrotem do ogrodu z kromką chleba ze smalcem, albo nawet garścią bobu lub kilkoma plackami ziemniaczanymi  do podziału.
Pewnego dnia, już w czasach liceum, tuż za bzami postawiono gęsty wysoki parkan. Rozpoczęła się budowa milicyjnej siedziby.  
Na zdjęciu z 2008 r. za schodami widać jasny optymistyczny budynek. To był nasz mroczny koniec chłopięcego raju. Widać też wystający i chyba właśnie kwitnący głóg.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s