Słowackiego 13 – podwórko

 Tadeusz
Większość ulic kieleckich poza ścisłym śródmieściem miała charakter wsi ulicówki.   Czyli dom od frontu, za nim jakieś budynki typu oficyna albo szopa, drwalki, potem ciągnący się aż do następnej równoległej ulicy ogród. Od wsi różniły się tym, że przeważnie były murowane.Taka też była posesja na ul. Słowackiego 13. Była ona własnością miasta, prawdopodobnie pozostałość po wymordowanych Żydach. Jest to tylko moje przypuszczenie, ale nie widzę innego wytłumaczenia zamieszkiwania przez kilkanaście przypadkowych rodzin, z których żadna nie była właścicielem. Od ulicy parterowy budynek z trzema rodzinami. Wielka, dziś już nie istniejąca dwuskrzydłowa drewniana brama z drzwiami w jednym skrzydle. Po obu stronach wybrukowanego okrągłymi kamieniami podwórka stały piętrowe oficyny. Lewa była większa, stykała się z frontowym budynkiem. To moja. Mieszkałem na 1 piętrze, w głębi. Drewniane schody, okno na klatce schodowej, a po jego bokach szafki służące za spiżarki. Drewniane drzwi zamykane na zamek z wielkim kluczem i dodatkowo na kłódkę. Oba klucze od śmierci babci nosiłem na sznurku na szyi, pod swetrem. Na drzwiach był okrągły dzwonek –  z pokrętłem z zewnątrz, a od wewnątrz czaszą dzwonka i młoteczkami w kształcie kółek – to działało  jak ręczny dzwonek do roweru. Kuchnia z kranem i zlewem przy oknie. Charakterystyczny był zlew, dziś już takiego kształtu nie spotykam. Pozioma dolna ćwiartka  kuli o średnicy pół metra, zewnątrz matowa, czarna, wewnątrz pożółkła emalia, z tyłu zlew zamknięty ścianką wychodzącą  ponad jego krawędź około 40 cm. Odpływ to kilkanaście dziurek. Kran oczywiście mosiężny, nigdy nie psuły się w nim uszczelki! 
Z kuchni wejście do sporego pokoju, ca 4 na 5 m.  Dwa okna na podwórko i wyjście na balkon bez balustrady, ale wprost na dach drwalek. 
Wszystkie okna  podwójne, z oberluftami, skrzydła zewnętrzne otwierane na zewnątrz – mycie było niebezpieczne.
Pod nami mieszkała rodzina z dwoma synami – młodszym i starszym ode mnie. Sporo starszy Stefek był naszym przywódcą, ale nie powodowało to żadnych sytuacji konfliktowych, przykrych, po prostu lepiej wiedział od maluchów co i jak należy robić.
Ich ojciec był robotnikiem lub dozorcą. Całe pogodne popołudnia spędzał na progu wejścia i rozdzielał stare opony na warstwy. To była złożona procedura, na którą patrzyliśmy jak zafascynowani. Najpierw przy pomocy długiego noża i młotka odcinanie brzegowych utwardzonych drutem obręczy. Trudne  oddzielanie pierwszych centymetrów, odciąganie obcęgami jedną ręką, drugą nacinanie. Potem płat unieruchamiany był w odchyleniu dłonią, łokciem. Częste ostrzenie szewskiego noża na osełce. Warstwy gumy grubości do pół centymetra, grubość kontrolowana przez pojawianie się nicianego wzmocnienia. Płaty były dostarczane do wytwórców kapci na podeszwy. To była najtańsza ale też najtrwalsza forma obuwia letniego i domowego, kupowana na straganach na rynku. 
Naprzeciw, też na parterze mieszkał Andrzej – późniejszy kolega z liceum, rok ode mnie młodszy. Czterech chłopców na jednym podwórku, żadnej dziewczynki. Byliśmy bardzo zgraną grupą. Dołączał do nas syn stolarza z sutereny sąsiedniego domu, tego w którym mieszkał dr Krasowski. Dzięki niemu mieliśmy dostęp do narzędzi stolarskich. 
Oficyna prawa był krótsza, mieszkania mniejsze. Nie było w nich żadnych dzieci. Z piątki lokatorów dwoje było ciekawych. Na piętrze w głębi mieszkało małżeństwo, ona była podobno w młodości cyrkówką, jedynym tego potwierdzeniem było wychodzenie przez okno na dach innych drwalek i opalanie się tam lub rozwieszanie prania. On natomiast po swej biurowej pracy, miał konika – dziś hobby – oprawiał książki. U niego poznałem podstawy introligatorstwa – rozdzielanie na arkusze, podklejanie, szycie na specjalnym urządzeniu z deseczek, oprawa twarda i łączenie jej ze zszytym blokiem. Mam kilka książek, które sam po tamtych lekcjach, już po wielu latach, sobie oprawiłem. 
Również na piętrze, w pojedynczym pokoju mieszkała mocno zdziwaczała pani. Miała trzy koty, kurę i bardzo zniszczony dziecinny wózek. Codziennie koty zamykała, a kurę sadzała na krawędzi wózka i jechała z nią na jakieś działki czyli ogródki uprawne. Wracała wieczorem, z kurą i pękami roślin – marchwi, buraków. W domu słyszałem rozmowę, że ona jest koleżanką mamy i cioci z gimnazjum pani Krzyżanowskiej – prywatnej szkoły z czasów tuż przed i po I W.Ś. Poznały to po nazwisku i śladach podobieństwa. Ale nie chciały się jej przypominać, chyba bały się kłopotliwego nawiązania bliższych stosunków.  
Niedawno natrafiłem w internecie na stronę: KLIK
tam jest zdjęcie (mylnie datowane na 1920, w istocie to okolica 1914) z panną Wandą Kozierkiewicz. Wśród uczennic siedzi ksiądz. Mam zdjęcie klasowe mojej mamy z tym samym księdzem! A więc podsłuchane wiadomości o koleżance były prawdziwe. 

Na zdjęciu z 2008 r. widać podwórko, już z cementową peerelowską nowoczesnością zamiast bruku. Prawa oficyna zasłonięta budą, której nie było. Okno od pani Kozierkiewicz otwarte, bez szyb, chyba nikt nie mieszka. W głębi widać schody. To wejście do ogrodu, na zdjęciu zamiast niego gmach milicji, teraz policji. Nowy temat, nasz chłopięcy świat. 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s