Ameliówka – moimi oczami

 Tadeusz
Po wakacjach Lech z wielkim entuzjazmem opowiadał o pobycie w Ameliówce, pani Milewska również chwaliła wszystko. Przed następnymi wakacjami udało się  namówić matkę Janusza Wilmana by nas dwóch dołączyła do swego syna i wszystkich trzech doglądała. To nie była sprawa łatwa – należało przede wszystkim dać nam jeść. Zaopatrzenie to były produkty przywożone raz w 
tygodniu przez odwiedzających innych rodziców, nabiał u pana Kosińskiego oraz  zbiory własne czyli grzyby i owoce z sadu. Kuchnia oczywiście na drewno.  Nie pamiętam żadnych narzekań ani grymaszeń przy jedzeniu – a byłem w jedzeniu kapryśny i zgodnie z imieniem niejadek.
Z leśnych wypraw mieliśmy przynieść dwie rzeczy – grzyby na obiad i kwiaty dla pani Wilmanowej. Kwiaty dokładnie określone – białe storczyki. Mocno, egzotycznie pachniały. Dziś już wiem, że to był podkolan dwulistny, roślina obecnie bardzo chroniona, rzadka, a myśmy ich co parę dni naręcze pani Wilmanowej wręczali. Było ich sporo, na zboczach pod sosnami rosły co kilkanaście metrów, świeciły na ciemnym, brązowym igliwiu jak świece. Od tamtych czasów tylko raz spotkałem ten storczyk, w Puszczy Knyszyńskiej – jedno, jedyne stanowisko, w następnym roku już go nie było. Grzybów było sporo, przeważnie maślaki.
Cała okolica to były wzgórza pokryte lasami, z różnymi piętrami poszycia. Kto się poślizgnął i przewrócił mógł znaleźć się w ułamku sekundy w innym lesie – na miękkim ciemnym mchu pod gęstym, jasno zielonym dachem paproci, obok widoczne same pnie, lub same nogi kolegi. 
Bawiliśmy się także w inną szkodliwą dla natury zabawę. Wdrapywaliśmy się na odpowiednio cienką, ale też odpowiednio grubą brzozę, trzymając się rękami szczytu odpychaliśmy się od pnia i brzoza pod naszym ciężarem zginała się, a my wolno jak ze spadochronem spływaliśmy na ziemię. Raz wybrałem brzozę zbyt starą, zdrewniałą u dołu. Była dość wysoka. Po odepchnięciu się od pnia czubek zgiął się i … zamarł w bezruchu, po chwili pękł i ja z kilku metrów spadłem płasko na siedzenie. Nie wiem jakie mechanizmy anatomiczne powodują, że taki upadek blokuje ośrodek oddechowy. Przez długie sekundy wiłem się z bólu i nie mogąc złapać oddechu. Powoli oddech wracał, ból kręgosłupa pozostał na wiele dni. Wtedy znów się modliłem. Prosiłem Boga bym nie miał garbu, który wydawał mi się niemal oczywistą konsekwencją wypadku.
Do zabawy mieliśmy prawdziwą starą wiatrówkę. Łamaną (a może z dźwignią) czyli nie wymagającą naboi ze sprężonym powietrzem. Kaliber miała ogromny – ponad 5 mm. Zamiast śrutu, którego nie mieliśmy wcale, używaliśmy pączków różnych roślin. Trafienie w gołą nogę było trochę bolesne. Ale oczywiście najczęstszymi zabawami były te opisane wcześniej przez Lecha.
Lech pisał o łowieniu ryb, jeden kiełb był dorobkiem całego mojego życia, wędkowanie zupełnie mi się nie spodobało. Lepsze łowy bywały wkładem w wyżywienie. Ciekawy sposób zdobywania robaków czyli po prostu dżdżownic był tam przez wędkarzy stosowany. Za stodołą, która także była kiedyś oborą było miejsce nasączone gnojówką, nawozem, zawsze wilgotne. Tam wbijało się głęboko widły i wielokrotnie uderzało dłonią  w trzonek. Dżdżownice uciekały na wierzch jedna za drugą, drgania ziemi były dla nich sygnałem o zbliżającym się krecie. 
Znana z książek  Żeromskiego Lubrzanka poniżej młyna, przed którym staw nadawał się do pływania, była mało przyjazna, mroczna, z kamienistym dnem, po którym trzeba było chodzić w trampkach by stóp nie kaleczyć. Pod trawiastymi brzegami w jamach chowały się duże ryby, któryś z dorosłych wyciągnął rękami półmetrowego szczupaka! Od Lubrzanki wznosiła się góra Radostowa. Lech pisał o jej wysokości. Ja pamiętam ją w dwóch wersjach. Za dnia wysoka stroma góra w kratkę małych pólek o różnych barwach zieleni, brązów, beży. Nocą podczas pełni na mrocznej, ogromnej, ciemnej plamie leżał na szczycie księżyc.
Za domem, w którym spaliśmy – ten wyższy na zdjęciach Lecha – ciągnęło się wzgórze, a na jego szczycie był Wichajster. Lech wiele razy go po pierwszych wakacjach wspominał – jaki duży, jaki ciekawy, jaki inny od wszystkiego. Oczywiście poszedłem go obejrzeć. I rzeczywiście – Wichajster stał dumnie, wysoki na parę pięter, ażurowy, z drewnianych czarnych belek, zwężający się ku górze jak stożek, na szczycie jakieś urządzenie, no po prostu Wichajster. Niemiec spytałby: Wie heisst er? Odpowiedziałbym mu: Er heisst Wichajster! Dziś powiem: to była elektrownia wiatrowa jeszcze sprzed wojny, już bez śmigieł. 
Do naszych obowiązków zaopatrzeniowych należało przynoszenie nabiału i jarzyn od pana Kosińskiego. Jego gospodarstwo było ponad kilometr od Ameliówki, krętą,  stromą drogą w dół. Wbrew słowom Lecha to nie był już majętny człowiek. Po reformie rolnej pozostawiono mu kilka hektarów, które z trudem uprawiał. Mieszkał w typowym drewnianym dworku szlacheckim gontem krytym. Ganki z obu stron.

Mama narysowała ten od ogrodu.

My siedzieliśmy przeważnie na przednim i ubijaliśmy masło w drewnianej maselnicy. Jak dla mieszczuchów praca męcząca, ubijanie było więc na zmianę. Pan Bohdan miał rozdwojoną osobowość po zmianie ustroju. W tygodniu orał, nawoził, kosił, pełł, karmił konia i krowy, ciął sieczkę czyli żył jak zwykły chłop, choć jeszcze miał dwie „dusze” – Antkę i jej syna w naszym wieku. Na soboty, niedziele i wyjazdy do Kielc przebierał się elegancko i przeistaczał w szarmanckiego, inteligentnego przedwojennego szlachcica, brydżystę, a przy okazji lowelasa. Żona i syn Maciek nie chcieli z nim mieszkać, byli w Kielcach. 
Do dziś zadziwia mnie fakt, że w tym dworze nie było studni – po wodę chodziło się z wiadrami (czyli chodziła Antka) kilkanaście metrów w dół do strumyka.  Dziś tego dworu nie ma ani śladu. Mąchocice stały się zwykłym daczowiskiem.
Niedaleko dworku pana Kosińskiego dom, chyba tuż przedwojenny, miała jego siostra pani Orłowska. Zapewne wynikało to z podziału dawnego dużego majątku podczas reformy rolnej – ale to mój dzisiejszy domysł tylko. U niej widziałem na ręce wytatuowany numer z niemieckiego obozu koncentracyjnego. Do dziś jest we mnie uraz i niechęć do tatuaży – kojarzą mi się ze złem przede wszystkim niemieckim, ale też znakowaniem bydła przez wypalanie znaków własnościowych. Do tego dochodzi znak kryminalnej przeszłości na ramieniu Milady z „Trzech Muszkieterów” Dumasa – książki czytanej przez nas z zapartym tchem. 

Lech  Lech

Jak to dobrze, że Tadek tam był. On pisze o sprawach, których ja zupełnie nie pamiętam. Pamiętam tylko jak byłem świadkiem jego upadku z brzozy. Zamarliśmy w przerażeniu. Tadek nie ruszał się. Gdy próbowaliśmy go poruszyć coś wybełkotał. To było jeszcze gorsze. Na szczęście wkrótce oprzytomniał, ale przez kilka dni poruszał się z trudem.

W relacji z wcześniejszego pobytu wspominałem o zabawach indiańskich i ozdobach, które sobie robiliśmy.  Poniżej zachowana w zbiorach Tadka ilustracja naszych osiągnięć…

Indianie w Ameliówce

Przedstawiam od lewej do prawej: w górnym rzędzie (dziewcząt wtedy nie zauważaliśmy) – pierwszy z lewej plus ten ucięty to chyba bliźniacy, synowie zarządców, następnie Janusz Wilman, starszy Piwowar, młodszy Piwowar, ja (ależ byłem opalony), Andrzej-Ostaś i Tadek. Ten dorosły mężczyzna to pan Władek, który zorganizował nam ogromne podchody. Polegały one na odszukaniu przeciwnej drużyny i zlikwidowanie przeciwnika przez trafienie szyszką. Pan Władek dobrał do swojej drużyny tylko dwie osoby – nieco starszego od nas chłopca, którego nie ma na zdjęciu i Ewę, córkę właścicieli Ameliówki, państwa Kofroń. Żeby wyrównać szanse pan Władek miał tarczę (pokrywę kotła) a żeby „zabić” członka jego drużyny trzeba było trzech trafień szyszką. Nasza, kilkunastoosobowa, drużyna przegrała.

Ewa Kofroń, siostra Leszka, którego poznaliśmy rok wcześniej. Sprawdziły się wszelkie zapowiedzi jej brata. Uczestniczyła z entuzjazmem w naszych zabawach, wspinała się na drzewa lepiej niż my. Chyba nawet lepiej ode mnie pływała. To była chyba pierwsza dziewczyna, jaką zauważyłem. Właściwie to była jak chłopak, zupełnie inna od dziewczynek przebywających z nami na wakacjach. A przecież było w niej coś dodatkowego, coś za czym tęskniłem gdy zabawy się skończyły.
Do furii doprowadził mnie starszy Piwowar, który stwierdził – jakbym chciał to mógłbym się z nią ożenić jak tylko zrobię maturę. Ale nie chcę, ona dla mnie za stara.
Przez kilka dni marzyłem o tym żeby go zlać, rozpuściłem nawet pogłoski, że szykuję się do bitki, ale jakoś do tego nie doszło.

Tadek wspominał w osobnych wpisach o swoich pobytach na Św Katarzynie i na Św. Krzyżu. Nasi opiekunaowei zorganizowali nam wycieczkę w te miejsca. Na Św Katarzynie mieszkaliśmy i stołowaliśmy się u zakonnic przestrzegających ścisłej reguły nie kontaktowania się ze świeckim światem. Odbyliśmy stamtąd wyprawę na najwyższy szczyt Gór Świętokrzyskich, Łysicą – 611 m. Nie była to atrakcyjna wędrówka. Marsz przez las i zwaliska kamieni – gołoborza. Ze szczytu nie było wiele widac bo widoczność ograniczały drzewa.
Ciekawsza była wycieczka na Św. Krzyż. Nie pamietam wspomnianych przez Tadka pozostałości po niemieckim obozie dla jeńców radzieckich pamiętam natomiast  niewielką, ciemną i chłodną kaplicę, w której znajdowały się trumny ze zmumifikowanymi zwłokami księcia Jaremy Wiśniowieckiego i dwóch powstańców z 1863 roku.
Ze Św Krzyża zeszliśmy na nocleg do Nowej Słupii – kolebki polskiego hutnictwa – KLIK. Stamtąd  pojechaliśmy kolejką towarową do miejsca najbliższego Ameliówki i dalej piechotą. 

Jeszcze jedno ważne wydarzenie. Andrzej-Ostaś nauczył nas grać w kierki, a od tego był już tylko jeden krok do bridża. Ten krok wykonaliśmy pod okiem pana Ostaszewskiego. W następnych latach bridż zastąpił nasze dziecięce zabawy po lekcjach.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s