Ubrania z tamtych lat

 Tadeusz
Dużo zmieniło się od tamtych czasów w zakresie odzieży. To co dziś jest banalnym ubieraniem się, wówczas w okresie powojennej biedy było starannie planowaną inwestycją. Oczywiste, jak pisała pani w komentarzu, że surowce były wielokrotnie wykorzystywane. Wełna kupowana na targu u właściciela owiec oddawana była do gremplowania i przetworzenia na włóczkę poddawaną później farbowaniu, niekiedy w garnku w domu. Potem było robienie motków znanych dziś z rysunków kotków bawiących się tymi kłębkami wielkości nawet dużego jabłka. Wieczorami w miejsce telewizji, jeszcze nie istniejącej, panie robiły na drutach lub szydełkiem swetry, rękawiczki i mnóstwo innych rzeczy. Moja mama nie umiała szydełkować ani na drutach dziergać,  ta faza była oddawana dorabiającym znajomym paniom. Swetry czy szaliki po wyraźnych oznakach zużycia były prute, wełniana przędza znów na motki nawijana i ponownie na nowy sweter czy szalik albo rękawiczki przetwarzana.

Termometr przy omawianiu ubrań wydaje się na miejscu. Obok wersja z mego domu – skale podwójne R i C. Niestety rtęć się potłukła i dorobiłem nowy słupek alkoholowy, czyli niestety już nie całkiem to autentyczne.

Tkaniny bardzo różniły się jakością. Największą wadą tkanin było gniecenie się. Nie było jeszcze apretur zmieniających cechy tkanin. 
Prasowanie było częstą czynnością, a narzędzie było prymitywne – początkowo u mnie było żelazko na duszę czyli z rozgrzewanym w piecu kawałkiem żelaza pasującym do środka obudowy. Im cięższa dusza tym dłużej ciepło trzymała,  ale i ręce męczyła. Postępem było żelazko elektryczne w latach 50. Ale bez żadnego termostatu ani spryskiwacza. Para pochodziła z mokrej szmatki kładzionej na rzeczy prasowanej.
Tkaniny na marynarki, płaszcze i spodnie  najwyższej jakości to były wełny bielskie odróżnialne w sklepach jednym chwytem i ściśnięciem – nie gniotły się. Ale ich cena była przygnębiająca. Przedwojenne kostiumy wełniane i spódnice były więc prute i nicowane na moje spodnie czy kurtki, to wiązało się z chodzeniem do pań umiejących szyć na branie miary i przymierzanie pofastrygowanych ubranek. Pierwszy garnitur miałem szyty u prawdziwego krawca dopiero przed maturą,  mieszkał on w drewnianej chacie za Lecha domem u Malskich.
Mama szyć nie umiała ani trochę. Choć była w domu maszyna do szycia – słynny na całym świecie singer na korbkę – najprostsza i najtańsza wersja maszyny do szycia, która nigdy się nie psuła. Podczas którejś mojej choroby, gdy się nudziłem sam w domu, maszynę rozłożyłem na części, na szczęście byłem na tyle przewidujący, że elementy ułożyłem w odpowiedniej kolejności i porządku i wszystko złożyłem jak należy. Podobnie postępowałem z budzikami. 
Poważnym wydatkiem były buty.  Zimowe były ze skóry. Najszybciej ścierała się w nich podeszwa, zelówka – co jakiś czas konieczna była jej wymiana. Płat grubej wołowej skóry odpowiednio przycięty przybijany był od spodu buta dziesiątkami drewnianych kołków grubości zapałki ułożonych w parę rzędów w podkowę przy krawędzi buta.  Na nosku i obcasie przybijane były żabki – metalowe grube blaszki w kształcie nerki z trzema dziurkami. Czasami krawędzie obcasów obijane były kątownikiem zgiętym w podkówkę. Chłopcy z takimi obcasami uderzali czasem nimi o kamienne chodnikowe płyty i sypała się wiązka iskier. W Kielcach i okolicy wydobywano różne skały, z piaskowców wycinane były o różnych odcieniach brązów, beży i rudości płyty kwadratowe o boku około 30 cm, którymi wyłożone były chodniki najważniejszych ulic. 
Otoczony kobietami miałem kontakt z językiem zapewne dziś mało zrozumiałym. Oto nieco przejaskrawiona próbka: 
Vis-a-vis dużego tremo siedziała trois quarts kobieta w pilśniowym kapeluszu ubrana do figury w princeskę z seledynowej żorżety z baskinką, na nogach miała fildekosowe pończochy i irchowe czółenka, za nią na stoliku z patarafką stał jej pastelowy portret en face z beżowym passe-partout. 
Nasycenie przestarzałymi dziś wyrazami jest tu przesadne, ale wszystkie słowa były u mnie codzienne, potocznie używane.  Tremo przewiezione z Kielc do Białegostoku obecnie stoi w moim przedpokoju vis-a-vis wejścia.

Lech  Lech

Pumpy

Istotną częścią mojej garderoby były spodnie – pumpy. Poszukałem w google i kolejne totalne rozczarowanie. Okazuje się, że nazwą pumpy obdarzane są każde spodnie ze ściągaczem na dole nogawki. Może rownież piżamy i kalesony? Pumpy jakie ja nosiłem to były dość długie spodnie z  zapięciem u dołu. Spodnie były zapinane pod kolanem. Na początku nadmiar materiału zwisał pod kolanem aż do połowy łydki. W miarę upływu czasu właściciel pump rósł, zwisało coraz mniej materiału, w końcu dół spodni nie sięgał pod kolano, trzeba było obstalować nowe.
Zamiast z google skorzystałem ze strony o szermierce. Tak właśnie wyglądały pumpy  gdy z nich wyrastałem. Tylko nie były takie obcisłe.

Mój rozkład noszenia spodni aż do matury wyglądał następująco:
Od połowy maja do końca września – krótkie spodnie. Październik i od połowy marca do połowy maja – pumpy. Gdy było ciepło miałem gołe łydki, gdy zimno zakładałem podkolanówki. Od Wszystkich Świętych do połowy marca – spodnie naciarskie – wąskie u dołu, wchodzące w buty, z gumka pod stopą. Te spodnie również szyło się na wyrost. Gdy nogawki zwisały nad kostką mówiło się, że to styl norweski. Gdy spodnie ciągnęły się to był styl alpejski.
Normalne, długie spodnie z kantami dostałem dopiero w IX klasie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s