Chorowanie i leczenie

 Tadeusz

W dzieciństwie chorowanie było moim częstym sposobem istnienia.
Przede wszystkim przeziębienia, bo te z powodu rozpiecuszania mnie przez 3 kobiety – babcię, ciocię i mamę – były niemal codziennością. Byłem notorycznie przegrzewany, spocony. Lekarstwa były domowe i apteczne. Apteczne to aspiryna i sulfatiazol, domowe to mleko z masłem, czasami także z czosnkiem i podstawowe działanie czyli wygrzanie się i wypocenie choroby.
Na kaszel były cukierki ślazowe, których słój stał na ladzie w każdej aptece. Były też stawiane bańki. Szklane obłe słoiczki wielkości jajka, z grubym brzegiem, pocierane były wewnątrz zmoczoną w denaturacie i płonącą watą na patyku. To pocieranie było tuż przy gołej skórze pleców lub piersi. Potem bańka błyskawicznie przykładana była do skóry i przysysała się mocno. Na jedną stronę – plecy lub piersi – wchodziło ponad tuzin baniek. Przykrywane były kołdrą na 15-20 minut. Potem lekko naciśnięte przy brzegu bańki odskakiwały. Pozostawał okrągły ślad, a im bardziej brązowy tym bańka była skuteczniejsza i potrzebniejsza. Gdy byliśmy z żoną i córką w Moskwie w latach 70. córka przeziębiła się. I tam dostała bańki w państwowej radzieckiej przychodni. Ja też umiem stawiać bańki, mam zestaw, dawno jednak nie używany.
Obrzydliwe było leczenie bólów brzucha – olej rycynowy podawany na stołowej łyżce, który po przełknięciu zajadało się kawałkiem mocno posolonego chleba. Decyzyjną osobą w domu we wszystkich, a więc też leczniczych sprawach, była babcia, wychowana w oschłym protestantyzmie, potem obarczona ciężkim życiem wdowy z trojgiem dzieci w dramatycznym okresie tuż przed i podczas I Wojny Światowej, twarda kobieta. Zmarła gdy miałem 12 lat. 

Pierwszą prawdziwą chorobę znam tylko z opisu mamy. W Wilnie jako niemowlę miałem czerwonkę, to była choroba ze sporą umieralnością, ale się wywinąłem. 
Drugi kontakt z lekarzem spowodowany był trzecim migdałem. Taka narośl między nosem a przełykiem utrudniająca oddychanie. Miałem 4 lata, mieszkaliśmy w Lublinie. Pamiętam jak siedziałem na kolanach pielęgniarki trzymającej mnie mocno bym się nie szarpał. Doktor Ossowski włożył mi do gardła małą srebrną skrzyneczkę na srebrnym patyku i po sekundzie było po wszystkim. Mama dostała zalecenie by mi kupić lody i podawać je co jakiś czas. Babcia, której obsesją były przeziębienia, poleciła lody podgrzać. Tak więc jadłem po prostu kogiel-mogiel z mlekiem, ciepłe.

Moje laryngologiczne kłopoty trwały nadal mimo wycięcia trzeciego migdałka. Jeździłem już z Kielc z mamą do Krakowa do zachwalanego lekarza Wiktora Hassmana. Mieszkał w starym budynku, wnętrze z ciemnymi boazeriami. Po zabiegu miałem cały tydzień katar. Po paru latach ten znany lekarz przeniósł się do Kielc. Przyjmował na 1 piętrze przy ulicy odchodzącej od Bazaru czyli Obrońców Stalingradu. Kolejka do niego zaczynała się już przed domem, ludzie z miasta i wsi siedzieli na schodach, oblężenie trwało do późnego wieczora.
Wizytę u niego pamiętam doskonale. Wkładanie nasączonych jakimś płynem patyczków do nosa, siedzenie kilkanaście minut, pieczenie. Asystowała mu żona, prześliczna młoda  kobieta z ciemnymi krótkimi włosami. Że też takie szczegóły zapamiętał 10-11-latek! Po paru latach doktor Hassman zniknął z Kielc. Gdy zamieszkałem w Białymstoku już w końcu  lat 60. znalazłem go jako twórcę i profesora  kliniki otolaryngologii w Akademii Medycznej. Dziś Klinikę prowadzi jego córka.

Dziwne bywają przypadki splątania losów. Do tego samego doktora Ossowskiego chodziła moja żona, także wówczas była w Lublinie. Oczywiście nic o sobie nie wiedzieliśmy. A gdy Lech czekał na ruszenie pociągu w Zagnańsku w 1943 to ona w tymże Zagnańsku już właśnie mieszkała. 

W tych dawnych czasach nie było powszechnych szczepionek poza ospą. Tak więc jak prawie każde dziecko miałem koklusz. Koszmarnie męczący wszystkich w domu kaszel przez całe noce. I domowe zabiegi – werandowanie czyli trzymanie w kołdrze i poduszkach na balkonie, najlepiej w czasie mrozu. Było także plucie z mostku do Silnicy na kieleckich plantach, trudno mi orzec ile było w tym zabawy, a ile guseł.

Dużym przeżyciem w wieku 7 lat było wbicie w podeszwę bosej stopy drzazgi, dużej jak zapałka, wbitej płasko pod skórą. Pogotowie chyba nie istniało, telefonu w pobliżu nie było, po dorożkę daleko trzeba było iść. Mama zaniosła mnie do przychodni. Ułożono mnie na jednym z kilku stołów, wokół chodziło sporo osób, mama też przy stole stała. Na usta i nos położono mi watę, kazano głośno liczyć i kapano jakiś płyn z buteleczki, bardzo zimny i z dziwnym, raczej przyjemnym zapachem. To był eter. Policzyłem do kilkunastu, ale dowiedziałem się, że w istocie do 3 tylko. Obudziłem się na kozetce pod oknem w tej samej sali, upaćkany wymiocinami – śniadanie przecież jadłem! Na stołach leżeli już inni ludzie. Mama znów musiała mnie zanieść do domu. Pamiątkową drzazgę miałem jeszcze niedawno, ale mi się zapodziała. Blizna jest do dziś.

Męczącymi i niebezpiecznymi chorobami, dziś dzięki szczepionkom dzieciom zaoszczędzonymi, były odra i ospa wietrzna. Przy jednej bardzo bolała mnie głowa – okręcanie mokrym ręcznikiem z octem słabo pomagało, raziło światło, okna były zasłaniane, ciało było łaciate w czerwone plamy. Przy drugiej okropne były swędzące wypryski. Smarowane były  białą mazią z cynkiem i mentolem. Ale i tak na noc miałem wiązane ręce, aby przez sen ranek nie rozdrapywać. Szczęśliwie nie miałem po tych chorobach żadnych komplikacji. Udało mi się nie mieć częstej, ale w innych szkołach, szkarlatyny.

Przed pójściem do szkoły należało się zaszczepić przeciw ospie, tej prawdziwej. Na ramieniu robione były nacięcia na krzyż i te płytkie ranki pocierano mętnym płynem. Robił sie po paru dniach strup wielkości monety od takiej groszowej po złotówkową, u różnych osób różnie. Gdy odpadł pozostawała blizna na całe życie.
Gdy w latach 60. przywleczono ospę do Polski, odporność po dawnych szczepieniach wygasała i w niektórych rejonach Polski szczepienia wznowiono – ale już bez nacięć tylko wciskaniem tępą igłą, blizny były niezauważalne. 

Powszechne  było zagrożenie gruźlicą, powszechny też strach przed nią i bardzo wielu chorych. Jeszcze nie znano antybiotyków. Zaczęto wprowadzać szczepienia. Najpierw wstrzykiwano na przedramieniu próbę, która pokazywała czy organizm już się z prątkami zetknął, gdy pokazywało się zaczerwienienie to był znak uodpornienia, reakcji obronnej i wtedy szczepienia nie było. Istniał powszechny obowiązek corocznego prześwietlania płuc. Aparaty rentgenowskie były prymitywne i dziś wiemy, że sporo promieniujące. Wtedy tego nie wiedziano.
Badany stawał tyłem do ogromnej maszyny, a przodem przytulał się do ruchomej na wodzidłach tablicy wielkości około pół na pół metra, to był ekran, który w ciemności oglądał lekarz starannie, kazał się obracać, ręce podnosić, trwało to parę minut. Nieświadomość zagrożenia była pełna.

Naprzeciw naszej szkoły na Słowackiego w czerwonej ceglanej kamienicy mieszkał doktor Romszajd. Miał on opinię bardzo kompetentnego ale też bogatego. W domu miał własny aparat rentgenowski, w swoim prywatnym mieszkaniu na 1 piętrze – za oszklonymi drzwiami była sypialnia, za innymi gabinet… Niemal każdy pacjent na wszelki wypadek był prześwietlany. Ja także, kilka razy. Nie wiem czy po zmianie lokatora zrywano tynki dla usunięcia napromieniowania pomieszczenia, myślę, że ono tam nadal jest.

W wypadkach nagłej gorączki wzywany był lekarz do domu. Przeważnie był to doktor Makulski, który po pracy w kolejowej przychodni po południu i wieczorem jeździł motocyklem do swych pacjentów. Nigdy nie zawodził, a bywał w śnieg i mróz. Wizyta kosztowała 10 zł czyli 5 ciastek. Ciastka to w dzieciństwie była moja jednostka przeliczeniowa. 

Śmieszne choć skuteczne było leczenie zakażeń po zaniedbanych skaleczeniach czy ukłuciach. Gdy nie pomagało polewanie spirytusem, (po latach wodą utlenioną) i pojawiał się jednak zamknięty wrzód, chory palec trzymałem w gorącej aż do bólu wodzie z sodą. 

Znienawidzona przez dzieci powojenna akcja prewencyjna to było picie tranu. W szkole dostawaliśmy łyżkę stołową. To był tran netto bez żadnych dodatków ukrywających okropny smak.

Częste było też zjawisko anemii czyli braku czerwonych krwinek. Rutynowe lekarskie badanie to było odciąganie dolnej powieki i oglądanie jej od środka, blada oznaczała anemię. Lekarstwem była surowa wątróbka, której do dziś nie znoszę nawet po usmażeniu. Witamina B12 była zachodnią nowością sprowadzaną przez bardzo nielicznych i w naprawdę ciężkich przypadkach.

W szkole bywały przeglądy włosów, ponieważ wszy nie były rzadkością niezależnie od domowych starań. Ścinanie włosów jednak nie było częste, kojarzyło się z obowiązkowym goleniem głowy u rekrutów. Stosowano wyczesywanie bardzo gęstym grzebieniem, moczenie naftą i obwiązywanie głowy chustką na jakiś czas. Mycie mydłem nie wystarczało, a specjalnych szamponów jeszcze nie wymyślono.
Prawdę powiedziawszy to żadnych szamponów jeszcze wtedy nie wymyślono. Do mycia i prania wszystkiego było szare mydło. To były przecież czasy, gdy ściany domów miały świeże dziury od pocisków. 

O dentystach nie będę pisał, tematu po wydarzeniach ze św. Katarzyny nie lubię.

Lech  Lech

No to ja napiszę o dentystach!

Najpierw jednak jedno doświadczenie natury ogónej.
Nie pamiętam tego lecz Matka często wpominała dramatyczny przebieg zapalenia płuc, które przechodziłem. Dostałem bardzo wysokiej gorączki i nie było sposobu żeby ją zmniejszyć. Wtedy nasz doktor domowy – dr Krasowski, chyba miał gabinet na ul Słowackiego – zastosował drakońską metodę. Kazał napełnić wanienkę zimną wodą i osobiście mnie w niej zanurzył. Potrzymał kilka minut poczym wyjął, dobrze wytarł, opatulił kołdrami i polecił Matce żeby co pół godziny powtarzała tę procedurę aż do czasu gdy temperatura spadnie. Po pięciu kąpielach zacząłem się mocno pocić, temperatura spadła. 
Zapalenie płuc. Słyszałem opinie, że drugie zapalenie płuc kończy się śmiercią. Nic dziwnego, że Matka bardzo pilnowała żebym się nie przeziębił.

Dentyści. 
Pierwszym problemem były moje zęby mleczne. Nie chciały wypaść i trzeba było wiele z nich wyrwać żeby zrobić miejsce dla dorosłych. To niemiłe zadanie przypadło dr Samsonowicz, bardzo sympatycznej dentystce, tak że nawet niezbyt bolało.
Dorosłe zęby. Matka miała wiele obaw o ich stan, uważała, że będę miał słabe zęby gdyż byłem za krótko karmiony piersią. Uparte mleczne zęby zdawały się temu przeczyć. Kłopoty z prawdziwymi zębami miały bardziej przyziemne przyczyny. Nienawidziłem mycia zębów. Przyczyna była prosta – zęby myło się proszkiem. Żeby dobrze umyć trzeba było nasypać sporo tego proszku na szczotkę i wtedy przez dość długi czas po prostu się dusiłem. Nie można było złapać tchu bo suchym drobnym proszek łatwo było się zakrztusić.
Nie wiem kiedy zacząłem używać pasty do zębów, ale wtedy trudno było zmienić stare nawyki.
Najgorsza rzecz wydarzyła się podczas wakacji, już w okresie szkoły średniej. Matka zapomniała dopilnować żebym wziął pastę do zębów więc pierwszego dnia poszedłem kupić ją w sklepie. 
– Proszę o tubę po zużytej paście – poprosiła ekspedientka.
No oczywiście! To było warunkiem sprzedania pasty. To było dopiero wykorzystanie surowców wtórnych. Stałem przed ladą w zupełnym pomieszaniu.
– Sprzedam kawalerowi proszek do zębów – zaproponowała ekspedientka. Nie pamiętam czy kupiłem ten proszek. Pamiętam, że czasem szorowałem zęby mokrą szczoteczką.
Po wakacjach, jak zwykle, Matka posłała mnie do dentysty. Do chyba najbardziej renomowanego dentysty w Kielcach – dr Ślósarczyka – ojca mojego szkolnego kolegi. 
– To będzie kilka wizyt – stwierdził doktor. Po zakończeniu kuracji policzył pógłosem: 6 razy dwa… to będzie tysiąc dwieście złotych. Stałem jak rażony gromem – tysiąc dwieście złotych! To była prawie dwumiesięczna pensja Matki.
– Powiedz Mamie, żeby się ze mną porozumiała, to uzgodnimy jak to rozłożyć na raty.
Nie śmiałem wrócic do domu.
Renoma dr Slósarczyka była uzasadniona. Na pierwszym roku studiów poszedłem na przegląd zębów do uczelnianej przychodni. Dentystka znalazła dwie dziury.
– Kto panu robił te plomby? – zapytała.
– Nasz dentysta w Kielcach – odpowiedziałem.
– To wyjątkowo dobra robota – stwierdziła – ja nie mam do dyspozycji takich materiałów, i wykończenie u nas nie takie. Radzę żeby pan zaplombował te nowe dziury w Kielcach.
Ale ja już byłem na własnym rozrachunku więc poleciłem żeby zrobiła to od ręki. 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s