Religia

Lech Lech

Introibo ad altare Dei.
Ad Deum qui laetificat juventutem meam. 

 

 

 

Dom, w którym mieszkaliśmy mieścił się przy ulicy Seminaryjskiej. I wprawdzie nowa władza przemianowała ją na ulicę Gwardii Ludowej to jednak fakty były oczywiste – wychodząc z domu miałem przed sobą wielką stodołę należącą do Seminarium. I chociaż w najwyższym punkcie ulicy mieściła się siedziba Urzędu Bezpieczeństwa (UB) to przecież początkiem ulicy, jej fundamentem i źródłem, był duży budynek Seminarium Duchownego. 

Niejeden raz, mijając Krakowską Rogatkę i idąc w stronę cmentarza napotykaliśmy długi szereg kleryków wracających ze spaceru. To była kielecka Młoda Gwardia.

Często spotykało się na ulicy księży wypełniających swe obowiązki. Ksiądz niosący święte sakramenty do umierającego. Poprzedzał go zakrystian z dzwonkiem, klękaliśmy z opuszczonymi głowami. Pogrzeby mijające Krakowską Rogatkę w drodze z katedry na cmentarz. Procesje Bożego Ciała. 
Każdego mijanego na ulicy księdza pozdrawiałem – niech będzie pochwalony… 

W domu Malskiej była spora kaplica, w której odprawiano w każdą niedzielę mszę.
Z wcześniejszych czasów pamiętałem msze odprawiane w piwnicy gdzie chroniliśmy się podczas bombardowań.

Do tej kaplicy chodziliśmy najczęściej na niedzielne msze. Lubiłem jednak chodzić do miasta. Wspominałem, że na szczycie mojej ulicy znadował się Urząd Bezpieczeństwa. Ale jednak w najwyższym punkcie Kielc znajdowała się katedra i sąsiadujący z nią Pałac Biskupi.

Katedra

Katedra nieco przytłaczała mnie swoim ogromem. Stojąc w tłumie nie widziałem co się dzieje przy ołtarzu. Większość czasu spędzałem z zadartą głową ogladając namalowane na sklepieniu polichromie o tematyce biblijnej autorstwa Stefana Matejki.

Jednak główną atrakcją niedzielnych wypraw do kościoła była wizyta w cukierni na ulicy Kilińskiego (stara nazwa – ulica Mała)…

Kilińskiego

Zdjęcie z 2006 roku.

W cukierni zamawialiśmy zawsze to samo – herbatę i napoleonkę. Prócz tego Matka kupowała kilka babeczek nadziewanych budyniem.

Dygresja. Pisząc te wspomnienia co chwilę uświadamiam sobie, że tamte czasy są obecnemu pokoleniu bardziej obce niż podróże kosmiczne mojej, urodzonej za cara, Matce.
Więc wspomnę lody.
Oczywiście nie było lodówek. Jeśli trzeba było coś przechować w zimnie to obkładało się lodem. Wiem, że w Australii w tamtych czasach niektórzy mieli w domu „ice-box”. Ja o niczym takim nie słyszałem. Lód miały niektóre sklepy i budki z piwem o czym wspominał Tadek.
U nas w domu jedynym produktem, który trzeba było chłodzić było masło. Trzymało się je latem w garnku wypełnionym zimną wodą. Co kilka godzin wymieniało się wodę na zimną ze studni lub kranu.
Oczywiście w zimie trzymalo się sporo jedzenia na mrozie, między podwójnymi oknami.
Śmieszą mnie dzisiejsze sugestie naukowców, że dobrze dla zdrowia jest jeść świeże produkty, jeszcze lepiej kupować je od farmerów. W tamtych czasach innej opcji nie było.

A lody? 
Zapewne w cukierni mieli lody, ale tego nie pamiętam. Lody roznosił po ulicy lodziarz, w dużym białym pudle niesionym na plecach.
Zatrzymywał się przed bramą naszego domu w wołał głośno; Lody, lody, lodyyyyy!
Biegłem do bramy. Lody były śmietankowe. Lodziarz nakładał lodzianą masę na kawałek wafla i przykrywał drugim waflem. Stożkowe wafle pojawiły się później i lody w nich podawane nie smakowały już tak dobrze. 

Wrócę jeszcze na katedralne wzgórze. Za katedrą był Pałac Biskupi…

Pałac Biskupi

Po wojnie pałac zajęła Rada Narodowa, biura diecezji przeniesiono do budynku na przeciwko katedry, po drugiej stronie ul Generała Świerczewskiego, przedtem Długa, teraz Jana Pawła II.

Matka pochwalała tę decyzję. To znaczy lokalizację biur diecezjalnych w budynku skromniejszym niż pałac. Pałac to było miejsce dla organów nielubianej władzy.

W szkole prowadzonej przez zakonnice religia odgrywała szczególną rolę.
Początki były przyjemne – księga Genesis w formie bajki. Kolorowaliśmy obrazki z aniołami, Adamem i Ewą, Noem, Józefem wrzuconym do studni.
60 lat później na liście moich ulubionych książek znalazł się Józef i jego bracia Tomasza Manna.

Przełomowym wydarzeniem była oczywiście Pierwsza Komunia. Długie przygotowania, ćwiczenia rytuału – ostatni raz byłem u spowiedzi… od tego czasu obraziłem Boga następującymi grzechami…
Grzechy, grzechy. Lenistwo, nieposłuszeństwo – te były oczywiste, ale jakies takie ogólne. Lepiej brzmiało – pobiłem się z kolegą, używałem brzydkich słów.
Wyczekiwanie na stukanie księdza w konfesjonale, ucałowanie stuły i ogromna ulga i lekkość.

Komunia była trudniejsza. Najświętszy sakrament, przeistoczenie chleba i wina, spożywanie ciała Jezusa. Na szczęście rytuał przesłaniał skomplikowane pojęcia. Jak trzymać ręce, jak otworzyć usta, jak trzymac język. I w żadnym wypadku nie pogryźć opłatka, ale i nie połykać zbyt szybko bo przyklei się gdzieś w gardle.
Tu też była ulga i lekkość, ale raczej dlatego, że obyło się bez profanacji.

Istotnym wydarzeniem był Wielki Post. Częste nabożeństwa w szkolnej kaplicy, droga krzyżowa. Nie będę się upierał, ale wydaje mi się, że nie raz klęczeliśmy prawie godzinę bez przerwy. Siostra pilnowała aby nikt nie przysiadał na stopach.

W klasie piątej przeszliśmy pod opiekę księdza. Na lekcjach religii wiele czasu poświęcaliśmy liturgii. Po pierwsze ksiądz stawał się kapłanem. Po drugie msza po łacinie. Oczywiście celem było nauczenie się ministrantury i służenie do mszy. Próbowałem i ja. Już pierwsza odpowiedź – Ad Deum qui laetificat juventutem meam – sprawiała mi wielką trudność. Wydawało mi się, że mam dobrą pamięć. Po  trzech przeczytaniach potrafiłem wyrecytować bezbłędnie 4-zwrotkowy wierszyk, ale tego qui-letyficat-juventutem nie potrafiłem wymówić. Dalej było już łatwiej, ale jak przeskoczyć tę pierwszą przeszkodę.
I tak mi już zostało – wszak te słowa – Introibo ad altare Dei – to początek Ulissesa Jamesa Joyce’a. Tej książki też nie dałem rady przeskoczyć.
W końcu ksiądz zestawił mnie w parę z Andrzejem Paszkiewiczem, który był bardzo doświadczonym ministrantem i bardzo często służył do mszy. Każdy z ministrantów pełnił inną role – jeden przenosił mszał na  różne miejsca ołtarza, drugi podawał kapłanowi wodę i wino, obmywał palce. Nie pamiętam już, który z nich dzwonił.
Mnie przydzielono mszał. Dla pewności uzgodniliśmy, że Andrzej będzie mi dawał znak – opuści wyraźnie na dół złożone dłonie.  Przy pierwszym przenoszeniu nastąpiłem na dzwonek, omal się nie przewróciłem a dzwonek poleciał gdzieś daleko w głąb kaplicy wzbudzając wesołość uczennic mieszkających w internacie. 
Potem było już dobrze i razem z Andrzejem recytowałem wszystkie łacińskie odpowiedzi (poza tą pierwszą). Wydaje mi się, że służyłem jeszcze do mszy dwa czy trzy razy, ale jakoś nie przypadło mi to do gustu.
Istotną przyczyną były chyba szaty kapłana – alba, cingulum, humerał, stuła, ornat, dalmatyka, kapa. To było trudniejsze niż laetificat. Już wiedziałem, że nie zostanę księdzem.

Poważnym problemem był strach przed piekłem, a muszę stwierdzić, że niektóre siostry straszyły nim często.
A choćby i czyściec. W naszym mszaliku przy wielu modlitwach podana była ilość lat odpustu. Litania do Wszystkich Świętych – 500 lat. Pięćset lat!!
Ileż lat czyśca można dostać za palenie papierosa? No chyba nie więcej niż tysiąc. Odmawiałem więc litanie dość często.
Oczywiście Tadek służył mi radą. Według jego obliczeń najbardziej opłacało się odmawiać Litanię Loretańską. Dawała wprawdzie tylko 300 lat odpustu, ale nie była zbyt długa i była ciekawa:

…Różo duchowna,
Wieżo Dawidowa,
Wieżo z kości słoniowej,
Domie złoty,
Arko przymierza,
Bramo niebieska,
Gwiazdo zaranna,
Uzdrowienie chorych,
Ucieczko grzesznych,
Pocieszycielko strapionych,

Wspomniałem o papierosach. To musiał być ciężki grzech gdyż odczuwałem silne wyrzuty sumienia. Matka oczywiście podejrzewała, że palę.
Pewnego dnia zastawiła na mnie pułapkę. Wróciłem właśnie ze szkoły, z sobotniej spowiedzi, czułem się lekko i radośnie i wtedy Matka zapytała czy palę papierosy.
To był grom z jasnego nieba. Nie, nie mogę się przyznać. Ale jeśli skłamię to co z jutrzejszą komunią? Jeśli nie przystąpię to wszyscy to zauważą, jeśli przystąpię to potępienie murowane, może szatan porwie mnie już od ołtarza, na oczach wszystkich.
Stałem osłupiały. Już to starczało chyba za odpowiedź. Zresztą Matka zreflektowała się, wycofała pytanie, przeprosiła mnie. Powoli uspokoiłem się, ale uraz pozostał na długo.
Że też wtedy nie istniała jeszcze książka Milana Kundery (nie pamiętam tytułu) gdzie wywodzi on, że kłamstwo nie jest grzechem gdyż po pierwsze nie jest wymienione w dekalogu a po drugie Bóg nie mógłby zadekretować takiego grzechu gdyż byłoby to całkowite zniewolenie człowieka, ruina życia społecznego.

Poważnym uszczerbkiem autorytetu księdza w moich oczach była jego mowa na temat fizyki jądrowej. Rozszczepienie atomu – toż to jest naukowe wyjaśnienie tajemnicy przeistoczenia chleba w ciało! Naukowcy kwestionowali podstawy naszej religii a teraz sami dostarczyli argumentu na jej słuszność.
Słuchałem zawstydzony. Chłonąłem wtedy wiedzę i w żadnej z nauk podstawowych – fizyce, chemii, biologii – nie widziałem zagrożenia dla idei Boga Stwórcy. Śmieszyła mnie propaganda naukowego światopoglądu. To było naiwne naginanie nauki w celu otumanienia ludzi. I oto mój sympatyczny ksiądz odrzuca mistykę kapłaństwa i dołącza do tej bandy 😦

W tym okresie Matka podsunęła mi inną wspaniałą książkę – Klucze Królestwa A.J. Cronina. Ze zdumieniem czytałem zdanie: Jezus był nadzwyczajnym człowiekiem, ale Konfucjusz miał więcej poczucia humoru.
I to z ust księdza. Mało tego, ten niepokorny ksiądz był najbardziej sympatyczną postacią w książce.
Patrzyłem pytająco na Matkę. Rozkładała bezradnie ręce – niezbadane są wyroki Boskie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s